sobota, 13 stycznia 2018

"Krzywda. Historia moich blizn"

Eve Ainsworth to brytyjska pisarka książek dla dzieci i młodzieży. Parę miesięcy temu recenzowałem dwie powieści od tej autorki – „Zadurzenie” oraz „Siedem dni”. Po „Zadurzeniu”, które okazało się naprawdę niezłe, postanowiłem także zamówić „Krzywdę”, czyli najnowszą książkę psiarki. Czy była ona równie dobra, jak poprzednie?

Gabi na pozór prowadzi normalne, nastoletnie życie. Właściwie, to niczym nie różni się od swoich rówieśnic. Być może w szkole nie jest prymuską, za to naprawdę spełnia się w tym, co kocha robić – jeździć na deskorolce. Deska sprawia, że dziewczyna czuje się naprawdę szczęśliwa. Szczęśliwa, wolna, pozbawiona problemów.

Miłość do deski wiąże się jednak także z nieco innymi wspomnieniami. To właśnie dzięki niemu Gabi nie przestała próbować jeździć po pierwszym upadku. To on motywował ją do dalszej nauki, nie oceniał i kochał całym sercem – jej dziadek. Wszystko zmienia się, gdy dziadek Gabi umiera.

Dziewczyna nigdy nie miała dobrego kontaktu ze swoją matką, która z nieznanych dla Gabi przyczyn zawsze miała o coś pretensje do swojego ojca – a dziadka dziewczynki. Jej ojciec często zaś przebywał poza domem. Nic więc dziwnego, że kochający dziadek był swego rodzaju ostoją dla nastolatki. Dlatego, gdy ten odchodzi, dziewczyna nie potrafi sobie poradzić z codziennością.

Nikt nie potrafi zrozumieć tego, co przeżywa Gabi. Ani jej rodzice, ani przyjaciele. Zresztą dziewczyna nie próbuje nawet z nimi poważnie o tym porozmawiać, bo po zachowaniu widzi, że kompletnie nie znają uczuć, które się w niej kłębią. Jedyną osobą, z którą Gabi może porozmawiać, jest tylko ona sama. W tej samotności – choć przecież otacza ją grono roześmianych ludzi – nastolatka podejmuje decyzje, które uważa za jedyne słuszne. Otacza się obronnym murem, a bliską przyjaciółką zostaje… ostra żyletka.

Głębokie nacięcie, ból i spływająca po skórze ciepła krew sprawia, że dziewczyna potrafi przeżyć kolejny dzień. Tylko czy taki sposób radzenia sobie ze stratą będzie dobry na dłuższą metę? Do czego doprowadzą decyzje Gabi? I czy naprawdę nikt nie zauważy, że nastolatka zaczyna robić sobie krzywdę?

Po lekturze dwóch poprzednich książek Ainsworth byłem pewien, że powieść, którą tym razem zamówiłem do recenzji, będzie dobra. Zwyczajnie, przygotowany do tego, jaki poziom reprezentuje pisarka, liczyłem, że będę po raz kolejny zadowolony. To, co Ainsworth zaprezentowała, nieco mnie zaskoczyło. Na całe szczęście pozytywnie!

„Krzywda. Historia moich blizn” to historia o problemie często dotykającym młodych ludzi – samookaleczeniu i braku pomocy ze strony środowiska. Muszę przyznać, że ten temat w ostatnim czasie jest dość popularny, a w pewnych momentach wydaje się nawet mocno wyeksploatowany. Ja sam miałem okazję przeczytać całkiem niedawno dwie książki, których fabuła opierała się właśnie na tym zaburzeniu psychicznym. Mimo to, autorce udało się stworzyć opowieść, która jest bardzo dobra fabularnie, mimo tej tematyki.

Eve Ainsworth stworzyła historię mocną, ale z pewną subtelnością. W książce „Krzywda. Historia moich blizn” nie ma niepotrzebnej brutalności, agresji czy całkowicie odbiegających fabularnie wątków. Czytając, dokładnie wiedziałem, o czym traktuje ta powieść, jednocześnie nie czułem przytłoczenia, czy też niechęci. Właśnie to jest jednym z najpoważniejszych błędów w książkach o tej tematyce – autorzy usilnie starają się zagrać na naszych emocjach, umieszczając w swoich książkach ciężkostrawne, bardzo obrazowe opisy. W przypadku tej historii, pewnie bardzo dużą rolę odgrywa tutaj grupa wiekowa, do której kierowana jest książka. Na okładce widnieje bowiem liczba dwanaście plus.

Pisarka udowadnia jednak, że przy takiej powieści wcale nie potrzebny jest dokładny, szczegółowy opis tego, jak główna bohaterka nacina swoje ciało. O wiele mocniejsze jest to, co bohaterka przeżywa, to co dzieje się w jej głowie.

Ainsworth podkreśla w swojej książce, jak wiele zależy od nas i od pomocy drugiej strony. Warto zauważyć, że samookaleczenie, oprócz dającej pozornej przyjemności, naprawdę wycieńcza psychicznie i przeradza się w nałóg. I choć mi samemu trudno wypowiadać się na ten temat, bo nie jestem ani psychiatrą, ani psychologiem, to potwierdzają to liczne artykuły, choćby londyńskiego Royal College of Psychiatrists.

„Krzywda. Historia moich blizn” to także książka mówiąca o problemie zrozumienia pomiędzy pokoleniami oraz o rodzinnych tajemnicach, o przeszłości, która ma bardzo duży wpływ na teraźniejszość i przyszłość. Ale także o dawaniu drugiej szansy i zaufaniu.

Powieści Eve Ainsworth cechują się tym, że mimo niezbyt dużej objętości, są napisane dobrze, a cała fabuła jest poprawnie skonstruowana. Tak jest i tym razem. Praktycznie każdy z wątków ma wpływ na kolejne zdarzenia, a one z kolei ułożone są prawidłowo. Pod względem konstrukcji fabularnej, jak zwykle, na piątkę z plusem. Co do bohaterów – szczególnie wyrazista jest Gabi. To ona przykuwa uwagę i taka właśnie ma być główna bohaterka. Nie ukrywam jednak, że porównując ten tytuł z poprzednimi, postacie z „Zadurzenia” podobały mi się nieco bardziej. Obie historie są jednak oddzielne i traktują o innym problemie, dlatego też bohaterowie także muszą różnić się pod względem charakteru i doświadczeń.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy ta książka faktycznie pasuje dla grupy wiekowej dwanaście plus, jak zapewnia na okładce wydawca? Tak jak zawsze, tak i tym razem twierdzę, że wszystko zależy od tego, jak dojrzały czytelniczo jest przyszły odbiorca. Samemu trzeba wyczuć, czy temat jest odpowiedni. W każdym razie, mimo że może nie było w „Krzywdzie” zbyt drastycznych scen, to ta książka naprawdę potrafi poruszyć cienkie struny. A przynajmniej było tak w moim przypadku. Niezależnie bowiem ile przeczyta się takich historii, każda z nich sprawia, że choć troszeczkę zmieniamy swój punkt widzenia.

Podobnie jak dwie poprzednie książki autorki, tak i ten tytuł, w Polsce wydany został przez Wydawnictwo Zielona Sowa. „Krzywda. Historia moich blizn” swoją premierę miała 25 października 2017 roku.

Za przekład tytułu odpowiedzialny jest Marcin Mortka, który to przetłumaczył także „Siedem dni”, „Zadurzenie” oraz parę innych tytułów Zielonej Sowy. Redakcją zajęła się Teresa Zielińska, a korektą Monika Pruska i Emilia Grzeszczak.

Polska wersja okładki powstała na podstawie oryginalnej, brytyjskiej wersji. Gdy otrzymałem swój egzemplarz do ręki, to moje reakcja była tylko jedna – wow. „Krzywda” jest powieścią dla młodzieży, a została wydana w niesamowitej okładce: genialnej w swej prostocie, eleganckiej, a jednocześnie zachęcającej do sięgnięcia po książkę. Faktura oprawy (która notabene jest miękka ze skrzydełkami) jest zresztą równie świetna. Już dawno tak bardzo nie zachwycałem się samą okładką.

Na powieść składa się niecałe 280 stron. Cena detaliczna wynosi około 25 złotych, a cena książki w wersji elektronicznej to 17,40 zł. I to wszystko bez promocji w księgarniach internetowych! Czasem mówi się, że cena przekłada się na jakość. Przy „Krzywdzie”, której cena w jednej z księgarń online wynosi niecałe 15 złotych za egzemplarz, to stwierdzenie się z pewności nie sprawdza.

Eve Ainsworth to mistrzyni w pisaniu o trudnych tematach. Udowodniła to już dwa razy poprzednimi tytułami, a „Krzywdą” potwierdza to po raz trzeci. Samookaleczenie to problem dotyczący szczególnie osób przed trzydziestym rokiem życia. Nie dziwi więc fakt, że takie książki kieruje się właśnie do młodzieży. Jestem jednak pewien, że historia Gabi zachwyci także i starszych czytelników. Jest to napisana w świetny sposób, dobra fabularnie powieść. Zwyczajnie musicie mieć ją na swojej półce. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

Tytuł: "Krzywda. Historia moich blizn"

Autor: Eve Ainsworth


Tłumacz:Marcin Mortka
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 278 [4]


ISBN: 978-83-8073-559-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



sobota, 6 stycznia 2018

"Większość bezwzględna"

W ostatnich latach, zawirowania na polskiej scenie politycznej były dość widoczne, tym bardziej że po wyborach w 2015 roku, do większości poselskiej zalicza się konserwatywne prawicowe ugrupowanie, w przeciwieństwie do poprzednich lat. Temat polityki jest więc bardzo nośny – nie tylko w programach telewizyjnych, ale także w książkach i filmach. Niecały rok temu recenzowałem „Wotum nieufności”, pierwszą część politycznego cyklu Remigiusza Mroza. Dziś jestem już po lekturze drugiej części. I co myślę o „Większości bezwzględnej”?

Adam Chronowski wydaje się skończony. Premierowi nikt nie jest już w stanie zaufać. Jego reputacja traci na wartości, wiarygodność idzie na dno, tym samym polityk traci poparcie nie tylko wśród obywateli, ale też partyjnych kolegów. A jednak – parlament nie może przegłosować wotum nieufności, wszystko za sprawą niespodziewanego wypadku samochodowego posła Patryka Hauera, który to miał zastąpić Chronowskiego. 

Zamiast w gabinecie premiera, Hauer trafia na szpitalny oddział. Mimo wielu trudności i śpiączki farmakologicznej, udaje się uratować młodego posła Unii Republikańskiej. Mimo wszystko, według diagnozy lekarzy, Patryk nigdy nie wróci do sprawności sprzed wypadku. Mężczyzna początkowo załamany jest wizją jeżdżenia wózkiem, zamiast sportowym samochodem, wkrótce jednak postanawia walczyć. Bo taki właśnie wydaje się poseł Hauer. 

Tymczasem Daria Seyda rozgościła się już w fotelu prezydenta. I choć, co trzeba przyznać, fotel ten jest bardzo wygodny, to Seyda poznała też te mniej miłe sprawy związane z byciem głową państwa. Oprócz konfliktów i problemów w budynku przy Wiejskiej, prezydent cały czas zmaga się z własnymi problemami rodzinnymi. Na głowie ma też Adama Chronowskiego, który to odpowiedzialny jest za dziwną sytuację sprzed kilku miesięcy w podwarszawskim motelu.

Tymczasem na arenie międzynarodowej zaognia się konflikt pomiędzy Ukrainą a Rosją. Żadne z państw nie chce ustąpić, dlatego w Polsce odbyć ma się pokojowy szczyt, podczas którego głowy najważniejszych państw spotkają się, by przedyskutować obecną sytuację i spróbować rozwiązać konflikt. Pomysł wydaje się wręcz idealny, tym bardziej że Polska leży pomiędzy dwoma państwami, które nie potrafią się porozumieć i może zaistnieć jako obiektywny rozjemca. 

Wkrótce jednak pojawiają się informacje, jakoby na szczyt planowany był atak terrorystyczny. Biorąc pod uwagę wydarzenia na świecie, prezydent poważnie traktuje te doniesienia, choć wielu polityków doradza jej zachowanie spokoju. Niepokój Seydy podkręca jednak także fakt, że ktoś z jej najbliższego otoczenia zaczyna działać przeciw niej, a w polskiej polityce pojawia się nowy gracz, który wydaje się równie śmieszny, co niebezpieczny. 

Seyda będzie stała przed wieloma problemami, których rozwiązanie będzie co najmniej problematyczne. Jednak to właśnie od niej wymagać się będzie największego opanowania i słusznych decyzji. Wkrótce Daria i Patryk będą musieli ponownie zacząć współpracę, jakkolwiek dziwnie by to nie wyglądało… 

Muszę przyznać, że seria z Seydą i Hauerem wybitnie udała się Remigiuszowi Mrozowi. Już przy pierwszej części, mimo początkowej niechęci, naprawdę przekonałem się do tej historii. Drugim tomem – „Większością bezwzględną” autor daje do zrozumienia, że tematy polityczne wychodzą mu równie dobrze, co kryminały. 

W przeciwieństwie do pierwszego tomu, w „Większości bezwzględnej” już od pierwszej strony czuć ten całkowicie inny klimat, inny niż w przypadku serii o Forście czy Chyłce. Jest to jednak jak najbardziej pozytywne uczucie, bo właśnie czegoś takiego potrzeba wśród książek Remigiusza Mroza. Seria polityczna jest odskocznią autora od tego, do czego przyzwyczaił czytelników. I wychodzi mu to naprawdę nieźle. Polityczne wojenki i wspólne sojusze nadają drugiej części „W kręgach władzy” niezłe, całkiem świeże spojrzenie na polską literaturę, w której nie znalazłem jeszcze, oprócz tej serii, dobrego political fiction

Ostatnie książki Remigiusza Mroza były dość mocno krytykowane przez recenzentów i blogerów, ja sam zresztą nieszczególnie wysoko oceniłem czwartą część przygód Wiktora Forsta. Nie rozumiałem natomiast nagonek na „Czarną madonnę”, która, szczerze mówiąc, nawet mi się podobała. Myślę jednak, że „Większością bezwzględną” Mróz przerwał swoją złą passę, bo to, co prezentuje w politycznej serii, naprawdę wydaje się napisane w sposób ciekawy i dynamiczny, prosty w odbiorze dla czytelnika, a jednocześnie niedający wrażenia, że autor robi z odbiorców książki kompletnych ignorantów w sprawach politycznych. Można nawet przypuszczać, że nawet puszcza czytelnikowi oko, gdy w jednej ze scen Seyda mówi o… Prawie i Sprawiedliwości!

Zarówno Patryk Hauer, jak i Daria Seyda, są naprawdę wyrazistymi postaciami. Podoba mi się sposób, w jaki Remigiusz Mróz przedstawił bohaterów swojej nowej książki. Dwójka tych głównych bohaterów budziła we mnie naprawdę wiele różnych uczuć. Seyda wydawała mi się bowiem zarówno nieco nieogarniętą i niezbyt przygotowaną na polityczne starcia zagubioną gąską, jak i jednocześnie kobietą, która w zanadrzu ma ciętą ripostę na każdą okazję. Jej postawa była dość sprzeczna, a ta ciętość języka Darii w pewnych momentach przywodziła mi na myśl bohaterkę innych książek Remigiusza Mroza – Joannę Chyłkę.

Patryk Hauer też trochę się zmienił i wcale nie chodzi o jego formę fizyczną po wypadku samochodowym. W „Wotum nieufności” mieliśmy do czynienia z nieco aroganckim, ale pełnym zawodowych planów i naprawdę nowoczesnym posłem młodych. W „Większości bezwzględnej” ten wizerunek nieco się rozmywa, a sam Patryk Hauer zaczyna stawać się bardziej statyczny. A na taki obrót sprawy w ogóle nie liczyłem…

Zakończenie tej książki było naprawdę dobre. Już dawno tak bardzo się nie zaskoczyłem, jak podczas czytania ostatnich stron. Jest to jedno z najlepszych zakończeń, jakie udało się stworzyć Remigiuszowi Mrozowi. Chcę więcej, naprawdę proszę o jak najszybsze wydanie trzeciego tomu.

„Większość bezwzględna”, podobnie jak „Wotum nieufności”, została wydana przez Wydawnictwo Filia. Książka miała swoją oficjalną premierę w listopadzie 2017 roku, choć o ile dobrze pamiętam, sporo osób miało już możliwość zakupu egzemplarza na październikowych Targach Książki w Krakowie. Fani mogli też podejść od razu po podpis do autora – o ile ktoś miał akurat z sześć godzin wolnego czasu.

Za redakcję i korektę powieści odpowiadają Gabriela Niemiec i Mirosław Krzyszkowski. Projektem okładki zajął się Mariusz Banachowicz. I, co w przypadku Banachowicza było do przewidzenia, okładka wyszła mu bezapelacyjnie wspaniale.

Powieść wydana została w oprawie miękkiej bez skrzydełek, podobnie zresztą jak pierwsza część politycznej serii oraz seria wysokogórska o Wiktorze Forście. Na „Większość bezwzględną” składa się niecałe 500 stron. Co ciekawe, jak zapowiada na okładce wydawca, prawa do ekranizacji historii o Seydzie i Hauerze także zostały już sprzedane. Teraz pozostało nam czekać na ekranizację i liczyć, że będzie ona na poziomie przynajmniej amerykańskiego „House of cards”.

Do „Większości bezwzględnej” podszedłem z pewnym poczuciem, że mam przed sobą dobrą książkę. I wcale się nie zawiodłem. Political fiction w wykonaniu Remigiusza Mroza pełne jest współczesnych politycznych problemów, ale opowiedzianych w sposób dynamiczny i dobrze skonstruowanych fabularnie. Pomysł na tę historię, osadzony w polskich realiach, jest po prostu świeży, niewyeksploatowany i Remigiusz Mróz dobrze z tego korzysta. Niełatwo będzie więc czytelnikowi odmówić sięgnięcia po kolejną książkę z serii „W kręgach władzy”.

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Filia

Tytuł: "Większość bezwzględna"

Autor: Remigiusz Mróz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Filia


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 493 [5]


ISBN: 978-83-8075-340-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


sobota, 30 grudnia 2017

Blogowe podsumowanie 2017 roku

Zabierając się za pisanie tego podsumowania, zdałem sobie sprawę, ze właściwie nie wiem, kiedy minął mi kończący się rok. Pamiętam, jakby dopiero wczoraj witałem 2017 z pierwszymi lekturami.


Tradycyjnie, mam wrażenie, jakbym w ciągu tego roku nie wyrobił się z wszystkim, co sobie zaplanowałem. Dlatego też, w 2018 pojawią się recenzje książek, które przeczytałem jeszcze w „starym” roku. Na całe szczęście, przypomniałem sobie jednak, że warto byłoby napisać podsumowanie kończącego się roku, a wygląda ono tak:

1.    Książki, które okazały się naprawdę fenomenalne: 

„Wotum nieufności” – była to pierwsza książka Remigiusza Mroza w pełni poświęcona polityce, jednocześnie była to też pierwsza z obsadzonych w polskich realiach powieść political fiction. Okazała się naprawdę dobra i jest to jedna z moich ulubionych książek spod pióra Mroza.

„Najlepszy powód, by żyć” – Augusta Docher nie raz udowodniła, że żadnej pracy się nie boi, a swoje historie tworzy dla różnych grup wiekowych. „Najlepszy powód, by żyć” był jej debiutem w gatunku New Adult, ale jakim debiutem! Ta książka, oparta na prawdziwych zdarzeniach, wzruszyła nawet najtwardszych emocjonalnie czytelników.

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” – zaczynając 2017 rok, naprawdę nie przypuszczałem, że będę miał możliwość przeczytania książki, w której jednym z narratorów jest pies. Nie spodziewałbym się także tego, że taka książka mi się spodoba. A jednak – „Tajemnicza śmierć” pełna była humoru, zwrotów akcji i śląskiego klimatu. I mimo drobnych potknięć, kończyłem czytać tę książkę z wielkim uśmiechem na ustach.

2.    Książki, na których bardzo się zawiodłem:

„Zły Romeo” – no tak, tytuł mówi chyba sam za siebie. Ale ja naprawdę liczyłem na to, że ta książka okaże się przyjemną, lekką historią o miłości na deskach teatru. Bardzo się przeliczyłem, bo choć autorka i jej książki ma naprawdę wielu oddanych fanów, to ja z pewnością do nich nie należę.

„Młody świat” – książka Chrisa Weitza brzmi bardzo wtórnie, a jednak wydaje mi się, że wśród literatury dla młodzieży, mogłaby mieć dużą szansę. Krótko mówiąc, ten tytuł miał spory potencjał na to, by stać się prawdziwą sensacją na rynku. Niestety, wyszło jak zwykle.

„Dance, sing, love. Miłosny układ” – Layla Wheldon to bardzo młoda autorka, która swoim „Miłosnym układem” debiutowała na rynku. Widać to gołym okiem, gdyż jej książka okazała się naprawdę mocno niedopracowana. Tańca mamy tam niewiele, śpiewu jeszcze mniej, a prawdziwej miłości ze świecą szukać. Czytelnik otrzymuje za to niegrzecznego piosenkarza ze skrętem i tancerkę, której najbliższą przyjaciółką jest butelka whisky. Trzy razy nie.

3.    Wydarzenia czytelnicze, w których brałem udział:

W tym roku brałem udział w trzech dużych wydarzeniach związanych z literaturą. Były to Warszawskie Targi Książki, Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie i Śląskie Targi Książki w Katowicach.


Wyjazd na Warszawskie Targi nie była do końca zaplanowana, gdyż na pomysł wpadliśmy wraz z Sardegną na krótki czas przed targami. Mimo wszystko, naprawdę świetnie wspominam ten czas, gdyż były to moje pierwsze Targi Książki w stolicy. Spotkałem mnóstwo niesamowitych osób, kupiłem też parę ciekawych tytułów!


Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie to już mój coroczny, obowiązkowy wyjazd. Tego roku także było nieco chaotycznie, gdyż z powodów prywatnych, do samego końca nie byłem pewien, którego dnia pojawię się w grodzie Kraka. Jednak, tak jak w poprzednich latach, na MTK pojawiłem się w sobotę. Tłumy ludzi, tłumi pisarzy, tłumy blogerów i stosy książek. Czyli to, co lubię najbardziej. 


Ostatnie książkowe wydarzeni, czyli moje lokalne Śląskie Targi Książki. W tym roku odbyły się w listopadzie, po krakowskich targach. Jak zawsze, były one mniej oblegane, ale i tak nie miałem czasu na chwilę wytchnienia. Gdy nie zajmowałem się stoiskiem Śląskich Blogerów Książkowych, to biegałem na stoiska do autorów, na spotkanie przy scenie czy na zwyczajną kawę ze znajomymi. Były to naprawdę aktywnie spędzone trzy dni.

4.    Najchętniej czytane recenzje w 2017:
 W tym roku najchętniej przeczytaliście recenzje takich tytułów jak:

„Naznaczeni śmiercią” – przedpremierowa recenzja książki Veroniki Roth, znanej z bestsellerowej trylogii dla młodzieży „Niezgodna”;

„Połów” – druga część przygód na Wyspach Owczych stworzona przez niejakiego Ove Logmansbo, a tak naprawdę Remigiusza Mroza pod pseudonimem;

„Wotum nieufności” – wspomniana już dziś książka, czyli political fiction od Remigiusza Mroza;

„Chemik” – najnowsza książka Stephenie Meyer, autorki „Zmierzchu”. Ten tytuł nie należał do najlepszych, jakie miałem możliwość przeczytać w tym roku.

5.    Książka, którą przeczytałem jako ostatnią, a także ta, którą czytam aktualnie.

Ostatnią książką, którą w pełni ukończyłem w 2017 roku, jest „Światło w cichą noc” Krystyny Mirek. Lekka, świąteczna opowieść o miłości, świętach i wpływie rodziny na życie dorosłych ludzi.

„Terapia” Kathryn Perez – tę książkę właśnie zaczynam czytać i prawdopodobnie ukończę ją dopiero w 2018 roku. Jest to pierwsza książka wydana przez startujące Wydawnictwo Niezwykłe. Ten tytuł zbiera naprawdę mnóstwo pozytywnych opinii, dlatego mam wobec niego duże oczekiwania.

Cieszę się, że mój 2017 był naprawdę różnorodny – miałem szansę być na kilku dużych czytelniczych wydarzeniach, mogłem spotkać wiele osób i przeczytać mnóstwo różnych książek, zarówno tych dobrych, jak i mniej udanych.

A jak wyglądał Wasz 2017 rok? Czy choć jeden z punktów mojego podsumowania pokrywa się z Waszym?

Jednocześnie, przy okazji, chcę życzyć Wam wszystkim, byście w 2018 roku pełnili byli energii do dalszego działania, pasji, do tego, co robicie i mnóstwa czasu, by czytać książki, które sprawiają Wam radość!

sobota, 16 grudnia 2017

Co ŚBKi chętnie znaleźliby pod choinką?


Święta Bożego Narodzenia to – dla mnie – naprawdę przyjemny czas. Chociaż często przed dwudziestym czwartym grudnia panuje dość napięta atmosfera, a przygotowania wydają się nas, domowników, przerastać, to jednak lubię te chwile. 

Jednak obok dwunastu świątecznych potraw, pasterki i sianka pod obrusem, wraz ze świętami zawsze pojawiają się… upominki! Często liczy się miły gest, a nie sam podarunek. A co konkretnie mógłbym chcieć dostać pod drzewkiem ze światełkami? Czy dla blogera piszącego o kulturze, mola książkowego, może istnieć lepszy prezent niż dobra powieść? 

1.    Pobawmy się pieczątkami, czyli exlibris i stempelki notesowe 

No tak, być może nie jest to prezent, który niesamowicie zaskakuje. Nigdy przecież nie ukrywałem faktu, że: a) korzystam z notesów podczas pisania; b) mam mnóstwo książek, więc fajnie byłoby mieć swój exlibris. Szkoda tylko, że do tej pory nie potrafię zmotywować się, by zamówić odpowiednie stemple.


Mój wymarzony exlibris? Właściwie, to nie mam konkretnego pomysłu na projekt mojej pieczęci na książkach. Jestem pewien jednak, że taki prezent naprawdę bardzo by mnie ucieszył. Niezwykle podobają mi się także te „gotowe” exlibrisy – tworzone np. przez Książkę w Mieście – a jednak, wydają mi się one jedynie przedsmakiem tego, co oferuje prawdziwy exlibris. Bo przecież te pieczęci mają przedstawiać właściciela, powinny więc być jedyne i niepowtarzalne! Co powinno znaleźć się na moim? Obowiązkowo książki i kawa. Dużo kawy. I książek też. 
 
Stemple do notesów to już właściwie taki gadżecik, a nie pieczęcie do stałego użytku. A jednak – kręci mnie na przykład datownik dla swoich notatek, w postaci pieczątki, czy też inne stempelki, które mają już gotowe formularze. I choć moim notesom i notatkom daleko do tych, które prezentują właściciele Bullet Jurnalów, to coś takiego byłoby u mnie na serio trafionym prezentem.

2.    Prawie jak w filmie – notesy Mead „Composition Book”

Kolejny z niby przyziemnych prezentów, ale jednak, do tej pory nie mogę zabrać się za zakup sobie tego… no właśnie, notesu! Skoro były już stempelki do notesów, to teraz czas na sam notes.

Zdjęcie producenta.
Co do tego – jest to notes firmy Mead, pełna nazwa tej linii notesów, czy też właściwie zeszytów, to „Composition Book”. Nie wiem, czy kojarzycie notesy i zeszyty, na których szatę graficzną składa się głównie wzór w coś na wzór pipetki. „Composition Book” to bardzo popularne, głównie w Stanach zeszyty, a ja od małego mam do nich słabość. Choć jeszcze nigdy nie miałem okazji w nich pisać.

Dlaczego akurat te notesy, które, szczerze mówiąc, nie wydają się nawet szczególnie ładne? Z tymi zeszytami wiąże się fakt, że w dzieciństwie miałem okazję zobaczyć film familijny z 1996 roku – „Harriet the Spy”. Być może wielu z Was kojarzy go z dziewczyną, której szafa pełna była zeszytów pełnych zapisek. Te zeszyty to właśnie notesy podobne do tych od Meadu. I od momentu zobaczenia tego filmu, mam dziką ochotę zamówić sobie ten notes za pięć dolarów za sztukę.

3.    „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, czyli kurs języka szwedzkiego 

Ten prezent to jeden z tych nietypowych, których fizycznie raczej nie można podłożyć pod choinkę. Od paru dobrych lat naprawdę kręcą mnie klimaty Skandynawii – miałem z resztą okazję być już w Finlandii i Danii. Kolejnym miejscem, które w przyszłości chcę odwiedzić, jest Szwecja.

Jyvaskyla (Finlandia) marcową porą.
Na razie zostaje mi jednak czytanie o Szwecji, kupowanie „szwedzkich” produktów (patrz: punkt piąty tej listy) i wręcz maniakalną obserwację wszystkich skandynawskich blogów. Do tej listy z chęcią dodałbym naukę języka szwedzkiego. Być może potrafiłbym nauczyć się go sam, z pomocą podręczników i e-kursów, myślę jednak, że byłoby to zdecydowanie trudniejsze, chociażby z tego względu, że z językami germańskimi nie miałem praktycznie nigdy do czynienia. Do tej pory uczyłem się jedynie angielskiego i francuskiego, które ze szwedzką wymową nie mają zbyt wiele wspólnego.

Nauka języków skandynawskich to jedno z tych marzeń, które pragnę, prędzej czy później, zrealizować. A na ten moment pozostaje mi oglądać skandynawskie seriale na Netflixie wraz z napisami. Swoją drogą, ostatnio pochłonął mnie serial „Ófærð” (ang. „Trapped”) – naprawdę musicie go zobaczyć!

4.    Dysk zewnętrzny i projektor, czyli nowe technologie zawsze na czasie

No dobrze, ten prezent może nie jest tak imponujący, jak nauka szwedzkiego, ale… nie ukrywajmy, że jako bloger mam wiele różnych potrzeb. Także tych związanych z nową technologią.
 
Autor fot.: Takeshi Kuboki
licencja CC-by-2.0
Dysk zewnętrzny to chyba jedna z podstawowych rzeczy, która przydatna jest w mojej „branży”. Aktualnie naprawdę wiele plików trzymam na dysku komputera, nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby ten nagle zastrajkował i nie chciał odpalić danych z dysku C i D. Jak na sobotni poranek, jest to zbyt przerażająca wizja. A jeden kubek kawy to za mało.

W każdym razie, dysk zewnętrzny, na którym mógłbym zapisywać wszystkie moje zdjęcia, które tworzę na potrzeby bloga (i nie tylko) oraz pliki tekstowe z notkami blogowymi, byłoby dla mnie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. I bardzo proszę nie proponować wrzucanie plików na chmurę – wiadomo, jak to z chmurami bywa, raz są, a raz ich nie ma. A ja wolę mieć wszystko pod ręką, niezależnie, czy jestem podłączony do sieci, czy działam offline, jadąc pociągiem.

Spotkanie, które prowadziłem podczas
ostatnich ŚTK.
W tym punkcie wymieniłem też projektor. Ten gadżety jest już trochę bardziej narzędziem, które połączyłoby miłe z pożytecznym. Po pierwsze: projektor zawsze będzie potrzebny, gdy jeżdżę do szkół czy innych instytucji i prowadzę spotkania oraz wykłady. Co prawda, cena projektor nie jest zbyt niska, ale cóż, niezależność kosztuje! Rzutnik wykorzystywałbym (chyba nawet częściej) także do… oglądania seriali z Netflixa. Duży obraz z projektora równa się więcej skandynawskich seriali. Nie wiem jednak, czy dobrze odbiłoby się to na regularności pojawiania się notek na blogu!

5.    I ostatnie – tak duży prezent, dosłownie, że nie zmieści się pod choinką. Drodzy państwo, bloger potrzebuje fotela z IKEI 

Okej, tylko się nie śmiejcie. Mówiłem, nie śmiać się, proszę. Zdaję sobie sprawę z tego, że to się raczej pod choinką nie zmieści. Ewentualnie pod jakąś dużą palmą. No ale musiałem; uznajcie ten fotel za dodatek do tej listy. Szalenie wygodny dodatek.

Zdjęcie producenta.
Chodzi o to, że gdy oglądam sobie wiele zdjęć na blogach, Instagramie i Facebooku, często pojawia się tam on – ten cudny fotel z Ikei, którego nazwę zna chyba każdy książkoholik – „Strandmon”. Sami spójrzcie na niego, czy od samego patrzenia nie czujecie, jak dobrze by Wam się w nim czytało mrożący krew w żyłach kryminał albo świetną, lekką obyczajówkę? No proszę, niech rzuci kamieniem pierwszy ten, kto był w sklepie IKEA i nie klapnął na „Strandmona” i gdy wychodził ze sklepu bez niego, pełen był niespełnionych przygód z Najwygodniejszym Dla Czytelnika Fotelem.

Przy obecnie trwającym remoncie mieszkania, prawdopodobnie nie odpuściłbym, i zamówiłbym do siebie tego jegomościa. Mam jednak jeden problem – „Strandmon” jest tak duży, że w żadnym miejscu zwyczajnie by się nie zmieścił. Cierpię na chroniczny brak przestrzeni, pozostało mi więc kupić sobie tylko w ikeowskim bufecie namiastkę Szwecji – modne ostatnio kanelbulle, czyli cynamonowe bułeczki…


Ten post to tak naprawdę post o prezentach-marzeniach. O rzeczach, o których od pewnego czasu myślę, które wydają mi się naprawdę niezłe, choć nie czuję pilnej potrzeby, by wydać na nie swoje ostatnie grosiki z portmonetki. Ten post to także wpis tematyczny, który stworzyłem dlatego, że od paru lat należę do grupy Śląskich Blogerów Książkowych. Na wielu blogach moich znajomych blogerów z ŚBK pojawi się podobny, przedświąteczny post podchoinkowych marzeniach.

Mam nadzieję, że i Was parę pozycji w tym nietypowym wpisie zainteresowało i – kto wie – może znaleźliście pomysł „na ostatnią chwilę” dla kogoś, kogo chcecie uszczęśliwić!

sobota, 9 grudnia 2017

"Slash"

Na rynku wydawniczym znajdziemy naprawdę wiele powieści młodzieżowych. Większość z nich jest fabularnie bardzo do siebie podobna. Zaglądając na półki jednej z dużych sieci księgarń, dział literatury młodzieżowej to w dużej mierze książki w stylu „niegrzeczny kochanek” i „trudna zakazana miłość”. „Slash” Natalii Osińskiej pod pewnym względem różni się od wszystkich innych młodzieżowych powieści. No dobrze, ale czy oznacza to, że książka ta jest lepsza od innych?

Tosiek jest chłopakiem naprawdę niezwykłym. Jest ekstrawertykiem, ma tysiąc pomysłów na minutę i angażuje się w wiele akcji. Poza tym, jest niezwykle asertywny i potrafi postawić na swoim. Upartość Tośka owocuje często mnóstwem decyzji – jedną z nich była… zmiana płci! Bo Tosiek jeszcze do niedawna był… Antoniną! Jednak to nie jedyne zmiany, które pojawiają się w życiu nastolatka.

Leon natomiast to kompletne przeciwieństwo Tośka. Nie tylko jest bardziej skryty, ale także przykłada zdecydowanie większą wagę do nauki przed zbliżającą się maturą, czego o Tośku powiedzieć nie można. Jednocześnie jednak, z powodu nieumiejętności mówienia o swoich uczuciach i problemach, Leon coraz bardziej otacza się własnym kłamstwami. Tylko że kłamstwo, jak mówi przysłowie, ma krótkie nogi, a sekrety mogą wyjść na jaw. Jednak czy prawda nie będzie równie bolesna?

Mimo wszystko, zarówno Tośka, jak i Leona, łączy szczególne uczucie. I choć oficjalnie nigdzie nie występują jako para, to w istocie tak jest. Jednak czy tak dwie różne osobowości będą mogły tworzyć związek? Czy różnice światopoglądowe sprawią, że szczęście nie będzie chłopcom pisane?

Ostatnimi czasy rzadko zdarza mi się, że nie mam pojęcia, jak dokładnie ocenić konkretną książkę. Z reguły sprawa jest prosta, a ja potrafię dość dobrze wypunktować sobie wszystkie wady i zalety konkretnej powieści. Przy „Slashu” mam niemały problem, bo książka ani nie zrobiła na mnie złego wrażenia, ani specjalnie mnie nie zachwyciła.

Powieść Natalii Osińskiej to historia miłosna. Wydawałoby się, że opowieści, w których głównym wątkiem są problemy sercowe bohaterów, jest na pęczki. A jednak, u Osińskiej wygląda to nieco inaczej. Nietypowa miłość, chciałoby się powiedzieć, bo i nietypowi bohaterowie – Tosiek (który, mimo „kobiety” wpisanej w dowodzie, czuje się mężczyzną) i nieco introwertyczny Leon.

Być może ja akurat nie miałem okazji trafić na książki młodzieżowe polskich autorów, których główną tematyką jest LGBTQ. Nie miałem dotąd zresztą potrzeby, by szczegółowo poszukiwać na rynku wydawniczym takich tytułów. Jednak, po przeczytaniu „Slasha”, myślę, że w naszym polskim, nieco nadal dość konserwatywnym społeczeństwie, warto takie książki pisać, czytać i promować.

Może zabrzmi to nieco kuriozalnie, ale naprawdę cieszę się, że ktoś zdecydował się napisać polską historię, mówiącą o zmianie płci i homoseksualności wśród młodzieży.

Niestety, jak mi się wydaje, ten aspekt w książce Osińskiej po prostu sobie jest. Mimo że to wątek przewodni powieści, autorka nieco umniejszyła jego znaczenie. Wcale nie chodzi mi tutaj o to, by rozwodzić się na temat problemów, jakie na bohaterów czeka polskie środowisko – zwyczajnie czegoś mi zabrakło. Zmiana płci Tośka jest dla większości bohaterów zwyczajnym faktem, niewzbudzającym większych emocji. Może akurat bohaterowie chodzą do szkoły pełnej tolerancji, ale jak dla mnie – zwyczajnie nie jest to zgodne z polskimi realiami.

Co innego, jeśli chodzi o sam związek dwóch chłopców. Obie te postacie są jak ogień i woda, w związku z czym pojawia się też mnóstwo dodatkowych problemów. A największym z nich jest fakt, że jeden z chłopaków zwyczajnie nie chce ujawniać, nawet przed samym sobą, tego, co czuje do drugiej osoby. Myślę, że do tego nie można mieć akurat żadnych zastrzeżeń – autorka nie wykreowała tej pary, jako typowej „zakazanej miłości” kochanków. Problemy z określeniem swoich uczuć i odmiennością poglądów wydają się prawdziwe i rzeczywiste.

„Slash” jest książką stricte obyczajową, mówiącą o problemach związanych z dojrzewaniem i miłością młodych ludzi. Owych problemów nie jest wcale tak mało, bo w książce przejawiają się także takie kwestie jak czarny protest, feminizm i parady równości. Oprócz tego, każdy z bohaterów, ma swoje własne dylematy. Ostatecznie, czytelnik zamiast książki, ma prawdziwy kalejdoskop problemów, które po pewnym czasie mogą go przytłoczyć. „Slasha” natomiast odebrać nie jako historię trudnej miłości, a tanią dramę.

Warto zauważyć, że „Slash” jest drugą częścią historii napisanej przez Natalię Osińską. Ja zorientowałem się o tym dopiero po zamówieniu własnego egzemplarza. Pierwsza część – „Fanfik” – wydana została rok temu przez Wydawnictwo Krytyka Polityczna. W moim odczuciu, „Slasha” warto czytać dopiero po lekturze „Fanfika”. Przez fakt, że nie byłem zapoznany z historią z pierwszej części, nieraz miałem wrażenie, że tracę panowanie nad sytuacją i nie mam pojęcia, o czym mówią bohaterowie czytanej przeze mnie książki.

Powieść Natalii Osińskiej także nieszczególnie mnie zaskoczyła. Niestety, wiele wątków okazało się dla mnie zbyt przewidywalnych, nawet bez czytania „Fanfika”. A jednak – „Slash” w jakiś sposób ma swój urok i da się polubić tę specyficzną historię. W każdym razie ja jestem pewien, że, jeśli będę miał szansę, przeczytam też pierwszą książkę z tej serii.

„Slash”, w przeciwieństwie do pierwszego tomu, wydany został przez Wydawnictwo Agora. Książka swoją premierę miała 11 listopada bieżącego roku. Za redakcję książki odpowiada Paweł Sajewicz. Korektą zajęła się Marta Śliwińska.

Na trochę dłużej zatrzymam się przy Mariuszu Andryszczyku, który odpowiada za projekt okładki, a także ilustracje, które znalazły się wewnątrz powieści. Jak dla mnie – robota tego pana była fenomenalna, ilustracje są świetne i klimatyczne. Okładka też wydaje mi się naprawdę ciekawa.

„Slash” w księgarniach pojawił się w oprawie twardej, szytej. Cena detaliczna książki wynosi 39,99 zł, a na powieść składa się około 320 stron. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Slash” to dość oryginalna opowieść o akceptacji i dorastaniu. Mimo swoich wad, wydaje mi się, że warto sięgnąć po ten tytuł, głównie z powodu dość rzadko poruszanego w polskich literaturze młodzieżowej tematu LGBTQ. Nie twierdzę, że ta książka od razu zmieni polską mentalność – to chyba jest niemożliwe. Myślę jednak, że szczególnie ważne jest, by młodzi ludzie, u których światopogląd dopiero się kształtuje i jest podatny na zmiany, czytali książki, które wyraźnie podkreślają, że XXI wiek, w którym żyją, ma być miejscem tolerancji, a nie dyskryminacji. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Agora oraz PR Art Media.

Tytuł: "Slash"

Autor: Natalia Osińska


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Agora


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 315 [9]


ISBN: 978-83-268-2542-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


sobota, 2 grudnia 2017

Top 5 książek na Święta 2017


Za oknami spadł pierwszy śnieg, właściwie nie powinniśmy się temu nadzwyczaj dziwić – przecież mamy już grudzień. Mimo to, zima znów zaskoczyła kierowców, zaskoczyła radiowców i „Last christmas”, mnie zresztą też zaskoczyła – ślizgałem się w moich mokrych od śniegu trampkach, po połyskliwych kafelkach jednej z pobliskich księgarń. 

Wraz ze śniegiem, na myśl przyszło mi Boże Narodzenie – przecież to już za chwilę! – i prezentowy szał. I choć przede mną nadal pozostaje rozwiązanie największej zagadki świata: co kupić bliskim na święta?, to specjalnie dla moich czytelników przygotowałem listę pięciu książek, które w tym roku warto podarować swoim bliskim lub… samemu przeczytać! No bo czy można wyobrazić sobie przyjemniejszą sytuację: kawa, pierniczki, zapach cynamonu i wspaniała książka? Jestem pewien, że nie!

 „Konkurs na żonę”
„Konkurs na żonę” to tak naprawdę pierwszy tom z trylogii, którą Beata Majewska wydała na początku tego roku. Mimo że nie jest to książka, w której tłem do akcji są święta, to i tak myślę, że będzie to świetny pomysł na gwiazdkowy prezent dla czytelniczki zakochanej w polskich obyczajówkach. Śnieg i Boże Narodzenie także przewijają się w powieści, choć epizodycznie. „Konkurs na żonę” jest powieścią delikatną, subtelną, która sprawi, że po przygotowaniu dwunastu potraw, będzie można odetchnąć i się zrelaksować. Czy można chcieć czegoś więcej?  
Recenzja tej książki dostępna jest tutaj!


„Morderstwo w Orient Express”
Agatę Christie nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Nie bez kozery niejednokrotnie nazywana jest królową kryminałów i to właśnie do niej porównywanych jest wielu współczesnych pisarzy. „Morderstwo w Orient Express” to klasyk nad klasykami, dlatego dla fanów kryminału, ten tytuł z pewnością będzie strzałem w dziesiątkę. Nawet jeśli obdarowany będzie miał już w swojej kolekcji ten tytuł, to Wydawnictwo Dolnośląskie tę przygodę Poirota wydało w nowej, filmowej okładce, gdyż ekranizacja „Morderstwa w Orient Express” całkiem niedawno trafiła do kin! 
Recenzja tego tytułu w przygotowaniu. 

Zdj.: wyd. Bukowy Las

„Żółwie aż do końca”
Książka z żółwiami w tytule, to najnowsza i długo oczekiwana książka amerykańskiego pisarza – Johna Greena. Ta pozycja to absolutny must have dla czytelników, których zachwyciło „Gwiazd naszych wina” i „Papierowe miasta”! Choć ja nie miałem okazji przeczytać już nowej książki pisarza, to pokładam w niej naprawdę duże nadzieje. Jestem jednak pewien, że „Żółwie aż do końca”, jako gwiazdkowy prezent, mimo wszystko ucieszą wielkich fanów Greena – niezależnie od mojej opinii. 


„Wielki ogarniacz życia”
Rzadko zdarza mi się czytać poradniki, a jeszcze rzadziej te, napisane przez blogerów. Tym razem jednak postanowiłem nieco się złamać – a to dlatego, że niedawno na rynku pojawiła się książka, którą (przynajmniej teoretycznie) napisała Pani Bukowa, czyli internetowa postać, z którą naprawdę wiele osób się utożsamia. No dobra, ja też. W każdym razie, „Wielki ogarniacz życia” to zbiór oryginalnych, przekomicznych felietonów oraz obrazków w większości znanych wcześniej z profilu Bukowej, który mówi o tym, jak nie ogarniać swojego życia. Ta książka to kompletne zaprzeczenie wszystkich poradników typu hygge i bądź idealną gospodynią. Zabawne, ale naprawdę prawdziwe i, co ważne, możliwe do przeczytania, nawet po ciężkim dniu! 
Recenzja tego tytułu w przygotowaniu.


„Ostrze zdrajcy”
Książka Sebastiena De Castella jest genialną propozycją dla fanów fantastyki. „Ostrze zdrajcy” to powieść, którą wiele osób porównuje do historii „Trzej muszkieterowie”. Ten tytuł, choć może nie brzmi najbardziej błyskotliwie, to naprawdę zachwycająca opowieść, pełna humoru i przygód. Książka spodobać może się nawet tym mniej doświadczonym czytelnikom, którzy dopiero szukają dla siebie odpowiedniej lektury. Nie jest nazbyt wymagająca, a jednak daje mnóstwo wrażeń! Jak dla mnie, definitywnie i ostatecznie trzy razy na tak. 
Recenzja tej książki dostępna jest tutaj.


Mam nadzieję, że któraś z tych propozycji zainteresowała Was na tyle, by powieść samemu przeczytać! Macie własne książkowe typy do tego zestawienia? Koniecznie dajcie znać w komentarzu (komentarze można dodać również jako gość, bez potrzeby rejestracji)! 

sobota, 25 listopada 2017

"Dance, sing, love. Miłosny układ"

W ostatnim czasie, bardzo dużą popularnością cieszą się książki, które pierwotnie pojawiały się w formie opowiadań w sieci. Tak było między innymi ze znanym „After” Todd, niedawno na rynku ukazała się książka też książka „Dance, sing love. Miłosny układ” napisana przez Laylę Wheldon, a właściwie Sandrę Sotomską – polską autorkę młodego pokolenia. Zanim zamówiłem „Dance…”, słyszałem o książce wiele dobrego, potem słyszałem parę negatywnych opinii i ostatecznie, do lektury przystąpiłem z pewną obawą. Czy słusznie?

Livia Innocenti jest młodą, ale naprawdę dobrze rokującą tancerką. Od zawsze marzyła o tym, by to taniec towarzyszył jej przez całe życie. Dzięki pomocy rodziców – a w szczególności ojca – Livia już w dzieciństwie naprawdę nieźle sobie radziła, potem ukończyła prywatną szkołę baletową. Dziś tańczy w zespole tanecznym Black Diamonds, który znany jest w całym kraju dzięki występom przy wielkich gwiazdach muzyki pop. Livia naprawdę cieszy się z tego, jak dużo korzyści przynosi jej to, co kocha – taniec.  

Wkrótce Black Diamonds otrzymują nowe zlecenie – zespół odpowiedzialny ma być za oprawę taneczną podczas międzynarodowej trasy koncertowej znanego amerykańskiego piosenkarza – Jamesa Sheridana. Wokalista jest jednym z najbardziej popularnych sław, w którym kocha się większość nastolatek i młodych kobiet. Oczywiście, Livia nie należy do zapalonych fanek Sheridana i kompletnie nie podziela podekscytowania swoich koleżanek. 

Kiedy Livia spotyka na próbie po raz pierwszy Jamesa, jej opinia o nim naprawdę się zmienia. Nie jest on już dla niej neutralną gwiazdą pop, a chamskim i egoistycznym bufonem. Liv jest pewna, że nie chce mieć z tym mężczyzną niczego wspólnego.

Sheridan wydaje się jednak odmiennego zdania. Livia nie tylko musi wykonywać solowy układ z Jamesem, ale także – ku jego prośbie, czy raczej żądaniu – stała się jego prywatnym przewodnikiem po Rzymie – mieście, w którym muzyk rozpoczyna swoją trasę koncertową.

Irytujący piosenkarz działa na nerwy młodej tancerce. Wkrótce jednak, z każdą kolejną próbą i kolejnym występem, Livia przekonuje się do Jamesa. I mimo ostrożności doradzanej przez rozum, dziewczyna zaczyna patrzeć na Sherdiana przez pryzmat tego, co podpowiada jej serce. Pomiędzy dwójką artystów – piosenkarza i tancerki – narodzi się tajemny romans. Tylko czy Liv dobrze postąpiła, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia? Czy James chciałby czegoś więcej? I czy szansa na normalny związek istnieje z takim ekscentrykiem?

Do teraz zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę zamówiłem tę książkę. Sam opis fabuły nie brzmi przecież nawet zbyt oryginalnie, a jednak, z jakichś nieznanych mi bliżej przyczyn, zamówiłem egzemplarz „Dance, sing, love” do recenzji. I jak się okazuje, ta decyzja nie należy do najlepszych…

Sandra Sotomska to dość młoda autorka, która stratowała na Wattpadzie i to tam po raz  pierwszy pojawiła się historia Livii i Jamesa. I, niestety, wydaje mi się, że tylko  na Wattpadzie owa opowieść powinna pozostać.

„Dance, sing, love” to dość dziwna historia o relacji damsko-męskiej pomiędzy bohaterami z muzyką w tle. W pewnym sensie przypomina mi ona typowe opowieści young adult, z drugiej strony pewne sceny erotyczne są, w zamierzeniu autorki, kierowane do zdecydowanie starszych czytelników. W każdym razie – wydaje mi się, że powieść prędzej spodoba się nastolatkom, niż osobom, które na swoim koncie mają już nieco więcej książek. I nie mówię tego po to, żeby kogokolwiek dyskryminować. Zwyczajnie dla dojrzalszych czytelników (czy też raczej czytelniczek), ta opowieść będzie wydawać się po prostu infantylna.

„– Podobało?! Liv, to było cudowne! Nigdy w życiu nie doszłam tyle razy. Zawsze miałam kłopoty z osiągnięciem orgazmu, a z nim od razu mi się udało. Jest cudownym kochankiem i na samo wspomnienie tego, jak się pieprzyliśmy, robię się mokra, jak Boga kocham! […]
– Ty się w nim kochasz, głupia!
–Cóż, stało się, zakochałam się w nim na zabój. Nie za szybko?”
Layla Wheldon, „Dance, sing, love. Miłosny układ” str. 157, Editio Red 2017

Jest jeden ważny powód, dla którego „Miłosny układ” przypisałem bardziej do historii młodzieżowych, a nie zwykłej obyczajówki czy, o zgrozo, erotyku. Podczas czytania tej książki, naprawdę nietrudno zauważyć, że jest to typowa opowieść fan fiction. Co za tym idzie, większość bohaterów stworzonych jest na kanwie prawdziwych osób. Dlatego też, o ile dobrze typuję, główny bohater – James Sheridan – to tak naprawdę… Justin Bieber! Nazwisko jego książkowego przyjaciela – Zafir Maluf, no cóż, bardzo przypomina wokalistę One Direction – Zayna Malika. Nie będę opisywał dalej moich szerlokowych odkryć, bo może ktoś chciałby sam z lektury wysnuć podobne wnioski, ale im dalej w las, tym było lepiej. A ja autentycznie płakałem – ale był to raczej śmiech przez łzy.

Trzeba to powiedzieć głośno: powieść Whledon, według mnie, jest zwyczajnie słaba – zarówno pod względem fabularnym, jak i językowym. W tekście roi się od błędów stylistycznych, pojawiają się także błędy rzeczowe. A ich nie było wcale tak mało – zaczynając od tego, że jako Amerykanka Livia powinna powiedzieć, że przebiegła milę, a nie kilometr, przez fakt, że hotelowa sala konferencyjna po paru scenach w magiczny sposób zamienia się w salę treningową z prysznicami, a w wyposażeniu pokoju w prestiżowym hotelu nie ma szklanek, aż po fakt, że wszystkie próby przed koncertami odbywają się we wspomnianych wcześniej salach hotelowych z atrapami mikrofonów, a nie na przygotowanej scenie, z próbami nagłośnienia i akustyki.

Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że wraz z bohaterami cały czas, mówiąc kolokwialnie, kręcę się w kółko. Niesamowicie często roztrząsane były jedne i te same problemy bohaterów, jednak żeby nie było tak prosto, to autorka w międzyczasie dorzucała kolejne kłopoty – rozstania, depresje, alkoholizm. Lektura „Dance, sing, love” po pewnym czasie stała się zwyczajnie męcząca i przypomniała raczej tanią dramę, a nie roztańczoną miłosną historię.

Powieść stworzona przez Sotomską (alias Wheldon) momentami jest także bardzo absurdalna. Śmieszne jest chociażby to, że znany muzyk przebiera się w strój nastolatka, ubiera kilka rozmiarów za duże buty, zakłada okulary w drucianych oprawkach i  przykleja sobie sztuczne pryszcze na nosie, niczym pan Kleks swoje piegi, i w tym, jakże realistycznym, przebraniu, swobodnie hasa po wielkich, zatłoczonych miastach. Naprawdę, bądźmy poważni. Przy tej scenie porzuciłem wszelkie nadzieje.

Chciałbym napisać coś pozytywnego: że książka mimo swoich wad, była przyjemną lekturą, albo że pomysł na fabułę był bardzo dobry. Nie mam w zwyczaju jednak okłamywać nikogo w swoich recenzjach – ani czytelników, ani wydawców, ani autorów. Ta książka jest zwyczajnie niedopracowana. „Dance, sing, love. Miłosny układ” to debiut Layli Wheldon. Poza tym, autorka jest dość młodą osobą – obecnie studiuje, zatem jej warsztat pisarski nie jest jeszcze doszlifowany. Wyraźnie widać, jak wiele pracy autorka musi jeszcze poświęcić, żeby jej twórczość można było zwyczajnie, pozytywnie ocenić.

„Dance, sing, love. Miłosny układ” został wydany przez Grupę Wydawniczą Helion, pod marką Edito Red. Książka miała swoją premierę 15 sierpnia bieżącego roku.

Redaktorem prowadzącym tytuł była Barbara Lepionka. Za projekt okładki odpowiedzialna jest ULABUKA. Powieść wydana została w okładce miękkiej ze skrzydełkami z wytłoczonymi literami tytułowymi.

Na książkę składa się 525 stron, a jej cena detaliczna wynosi 39,90 zł. „Dance, sing, love” dostępne jest także w wersji elektronicznej.

„Miłosny układ” nie jest w żadnym wypadku tym, czego oczekiwałem po lekturze. Być może wielu osobom książka przypadła do gustu, ale do mnie zwyczajnie nie trafiła. Fabuła okazała się nie tylko schematyczna, ale także bardzo niedopracowana. Bohaterowie, zamiast czytelnika zainteresować, zwyczajnie denerwowali. Może z biegiem czasu i kolejnych doświadczeń literackich, poziom twórczości Layli Wheldon nieco się podniesie, jednak pierwsza książka pozostawia naprawdę wiele do życzenia. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Grupie Wydawniczej Helion.  
  
Tytuł: "Dance, sing, love. Miłosny układ"

Autor: Layla Wheldon


Tłumacz: -
 
Wydawca: GW Helion (Editio Red)


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 525 [5]


ISBN: 978-83-283-3595-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★☆☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.


PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




wtorek, 21 listopada 2017

Ekhm, a kto to ten pan na scenie? Czyli o ŚTK 2017 słów kilka


Tak mi się wydaje, że jeszcze nigdy październik i listopad nie minęły mi tak szybko! Dopiero co brałem udział na początku października na jednym z kawowych spotkań blogerów, podczas którego omawiałem działania targowe – a teraz, proszę, za mną zarówno Targi Książki w Krakowie, jak i Śląskie Targi Książki. Choć, przy tych drugich, musiałem trochę bardziej się zaangażować. 


Śląskie Targi Książki odbyły się w dniach od 10 do 12 listopada w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach. Była to już trzecia edycja katowickich targów, których organizatorem było warszawski Murator Expo (odpowiedzialny m.in. za Nadmorski Plener Czytelniczy i Warszawskie Targi Książki). Muszę przyznać, że odkąd za imprezę odpowiedzialny jest Murator, to nasze kameralny Targi nabierają coraz większego rozmachu. 


W poprzednich dwóch edycjach Targów Książki, grupa, do której należę – Śląskich Blogerów Książkowych – miała swoje stoisko i przez wszystkie dni Targów odbywała się na nim dość znana dzięki nam na Śląsku wymiana książkowa. Tego roku trochę rozszerzyliśmy naszą działalność na Targach – w piątek organizowałem spotkanie pt. „Bookworms! O czytaniu w XXI wieku”, które prowadziłem dla młodzieży szkolnej. Muszę przyznać, że nieco się go obawiałem z kilku względów. Po pierwsze – martwiłem się, że nikt na nie przyjdzie! Bo przecież nie jestem żadnym Miodkiem czy też Bralczykiem, którego młodzi mogliby wysłuchiwać z wypiekami na twarzach. Po drugie – spotkanie odbywać się miało na Scenie Głównej, co mogło się wiązać z nieprzewidzianymi wydarzeniami (stressed depressed…). Ostatecznie – chociaż tłumów nie było, cieszę się, że przyszło choć garstka osób – w tym dużo młodzieży – które oprócz tego, że słuchały mojego wywodu, to same chętnie się zgłaszały i udzielały. I myślę, że to właśnie dzięki aktywnej publiczności, to spotkanie się udało! 


Oprócz tego jako ŚBKi zorganizowaliśmy event dla blogerów – niezmiernie cieszę się, że tak wielu twórców internetowych przybyło na nasze spotkanie i udzielało się w debacie na temat blogosfery w 2017 roku. W niedzielę natomiast moja koleżanka – Kasia Kurowska – prowadziła panel z – uwaga – aż pięcioma pisarkami: Augustą Docher (vel Beatą Majewską), Martą Matyszczak, Martą Obuch, Sabiną Waszut i Magdaleną Majcher. Pisarki rozmawiały między innymi o tym, jak to jest być pisarką w Polsce i czy w ogóle istnieje coś takiego jak literatura kobieca. Oprócz tego przez wszystkie dni targowe, na stoisku numer sześć, organizowaliśmy wymianę książek, podczas której nowy dom znalazło prawie 2700 tytułów!

pisarki

Tego roku złożyło się akurat tak, że byłem na Targach przez wszystkie trzy dni i każdego dnia byłem od samego rana, więc teoretycznie miałem dużo czasu, żeby się rozejrzeć (i zrobić zakupy). Na całe szczęście, jak to zwykle ze mną bywa, przez całe trzy dni goniłem po hali niczym kot z pęcherzem z powodu organizacji spotkań i innych spraw, dzięki czemu, kupiłem zaledwie… trzy książki! Musicie przyznać, że byłem dzielny, prawda?

Niestety, nie byłem równie asertywny na wymianie książkowej, podczas której wymieniłem parę książek, parę książek miałem na „karteczce” i ostatecznie do domu też przywiozłem „parę książek” - szkoda tylko, że żeby je dowieźć, musiałem kupić bilet autobusowy na bagaż dodatkowy!


Nasze Śląskie Targi Książki zawsze były trochę „w tyle”, nie ma co ukrywać, że są one zdecydowanie skromniejsze od tych w Krakowie czy Warszawie – czy to pod względem liczby wystawców, czy też zaproszonych autorów. Jednak ostatecznie wydaje mi się, że i tak bardzo fajnie się sprawdzają, bo w mojej opinii to jedna z największych i najlepszych imprez czytelniczych na terenie Śląska. Nie skazujmy na straty ŚTK z tego względu, że nie było wielki zagranicznych nazwisk w ich programie. Mamy za to inne plusy – można zdecydowanie swobodniej niż na większych Targach przechodzić pomiędzy stoiskami, a do autorów nie ciągną się ogromne kolejki. Do pisarzy poczytnych, owszem, można czekać godzinę czy półtorej w kolejce, ale jest to nic w stosunku do tego, ile osób byłoby na takim samym spotkaniu na innych targach. Poza tym wydaje mi się, że jeśli damy Targom szansę, to z każdą kolejną edycją coraz więcej osób będzie na to wydarzenie przyjeżdżać, zarówno wystawcy, autorzy, jak i czytelnicy.


Podczas tegorocznych Targów nie miałem zbyt dużo książek do podpisu. Zdobyłem autografy tylko od dwóch osób – Katarzyny Bondy i Zygmunta Miłoszewskiego. Do obu autorów ciągnęły się naprawdę duże kolejki! Chciałem także wziąć udział w spotkaniu z Tatianą Mindewicz-Puacz, która oprócz podpisywania swojej książki na stoisku, miała także spotkanie w jednym z forum – niestety, zdążyłem wysłuchać jedynie paru słów podczas spotkania na Forum, gdyż na spotkanie u Agory już nie dotarłem.

Ogólnie Śląskie Targi Książki oceniam naprawdę pozytywnie. Może po wejściu na halę nikomu szczęka nie opadła, ale myślę, że nikt na to nie liczył. Przez trzy dni, w Centrum Kongresowym, powstała naprawdę magiczna, książkowa atmosfera stworzona przez czytelników, blogerów, pisarzy i wystawców! I chociaż w niedzielę, ostatni dzień targowy, naprawdę czułem już zmęczenie, to dziś nie mogę doczekać się kolejnej edycji!