wtorek, 25 lipca 2017

"Czarna Madonna"

Tydzień temu premierę miała najnowsza książka jednego z aktualnie najchętniej czytanych autorów w Polsce – Remigiusza Mroza. „Czarna Madonna”, bo oczywiście o tym tytule mowa, wzbudzała już kontrowersje, zanim została w ogóle oficjalnie zapowiedziana. Szczególnie wśród czytelników, dla których wiara jest jednym z bardzo ważnych aspektów życia. Z nieskrywaną ciekawością zabrałem się za tajemniczą „Czarną Madonnę”. Co z tego wynikło?
 
Filip od dawna miał jasno postawione cele w życiu. Był księdzem i wydawać by się mogło, że nic nie może go zaskoczyć. Wszystko zmienia się, gdy mężczyzna poznaje Anetę, w której się zakochuje i dla której postanawia zrzucić koloratkę. Mimo porzucenia posługi kapłaństwa, Filip nie rezygnuje ze swojej wiary. Nadal chodzi na msze święte i stara się żyć zgodnie z bożymi przykazaniami. 

Ze swoją narzeczoną Anetą postanawia wybrać się nawet w podróż do Ziemi Świętej. Komplikacje w pracy sprawiają, że kobieta wylatuje z wrocławskich Strachowic sama, a jej partner dołączyć ma do niej później. W środku nocy Filip dowiaduje się jednak, że samolot, na którego pokładzie leciała Aneta, nie wylądował na lotnisku docelowym. Co więcej, wieże kontrolne straciły kontakt z maszyną, a ostatni znany punkt lokalizacji samolotu znajduje się w okolicach… Morza Śródziemnego. Najbardziej prawdopodobną wersją według telewizyjnych ekspertów była katastrofa boeinga. 
Filip ma jednak nadzieję, że samolot jakimś cudem ocalał. I być może ma rację, gdyż niespodziewanie sygnał samolotu zostaje odnotowany w dwóch nowych, bardzo odległych punktach. A wszystkie trzy miejsca, połączone ze sobą, tworzą heksagram…

Były ksiądz zaczyna nabierać podejrzeń, że sprawa nie jest tak oczywista, jak wszystkim się wydaje. Tym bardziej że porwany boeing związany jest z innymi samolotami i katastrofami lotniczymi. A kluczem do rozwiązania zagadki może być jedna z najstarszych ksiąg świata – Biblia.

Wkrótce Filip na własnej skórze przekona się, że mimo nauki w seminarium, o wielu rzeczach zwyczajnie nie ma pojęcia. I chyba lepiej byłoby dla niego, gdyby tak zostało. Jak jednak można się domyślić, były wikariusz za wszelką cenę będzie pragnął odzyskać równowagę w swoim życiu. Czy jednak będzie to możliwe, gdy cały świat ogarnie swego rodzaju… apokalipsa?

Na samym początku, zanim zakupimy „Czarną Madonnę” i zaczniemy ją czytać, musimy zastanowić się, czy ta książka naprawdę jest przeznaczona dla nas. Bardzo często znajomi pytają mnie o to, jaką książkę powinni przeczytać. Co z tego, co recenzuję na blogu, mógłbym właśnie im polecić. Otóż sprawa nie jest tak trudna, jak mogłoby się wydawać. Zanim zabierzecie się za lekturę nowej książki Mroza, musicie być zwyczajnie świadomi, że jeśli naprawdę jesteście bardzo wierzący, a fikcja literacka dotycząca Boga i wiary jest dla was nie do przetrawienia, nie możecie zabrać się za czytanie tej książki. W innym wypadku istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że po pięćdziesięciu stronach zaczniecie kręcić nosem i odreagowywać pisząc krytyczne posty na swojej facebookowej tablicy. 

Zawsze staram się pokazać to na przykładzie romansów. Jeśli nie lubicie literatury kobiecej, a wolicie książki historyczne, to dlaczego zabieracie się za „Pięćdziesiąt twarzy Greya”? Spróbujcie pomyśleć na podobnej zasadzie podczas wyboru „Czarnej Madonny”. Tym samym, sami nie zrobicie sobie krzywdy, a przez fanów Mroza nie zostaniecie odebrani jako „bezwzględni hejterzy”. 

Powracając jednak do kwestii religii – to tak, właśnie chrześcijaństwo i wiara w Boga jest tematem przewodnim w najnowszej powieści Remigiusza Mroza. Ku mojemu zaskoczeniu i w przeciwieństwie do pewnych negatywnych opinii na blogach recenzenckich, nie wydaje mi się, by autor w sposób szczególny negował wiarę katolików czy też całkowicie przekręcał znaczenia słów biblijnych. Dla każdego z nas kwestia uczuć religijnych jest indywidualna. Ja  w żadnym razie nie poczułem się urażony ani też nie odrzuciło mnie z powodu jakiejś szczególnej profanacji rzeczy świętych. Dlatego też, w mojej opinii, zdecydowanie nie można zarzucić Mrozowi, że obraża on uczucia religijne. 

Należy pamiętać, że oprócz tego, że dla wierzących Biblia jest Pismem Świętym, to dla wszystkich z nas jest to także tekst kultury. Dlatego autorzy od lat korzystają i czerpią z niego garściami. Jeśli więc na podstawie Biblii tworzyć mógł chociażby Baczyński, to dlaczego zabraniamy tego będącym obecnie „na fali” pisarzom? Dlaczego uczymy w szkołach o apokryfach, a sami z góry negujemy fikcję literacką na kanwie Biblii?

Wiele nawiązań w „Czarnej Madonnie” do Biblii to jedna sprawa. Inna jest taka, że najnowsza książka Mroza to swego rodzaju horror, którego właściwie można zaliczyć nawet do paranormal fiction. W powieści przewijają się więc tematy od opętania, przez przywoływanie duchów, aż po wizje i podróże w czasie. Problem polega na tym, że w pewnym momencie nie wiadomo właściwie, co narrator chce w tej powieści nam przekazać. Natłok wszystkich złowieszczych elementów sprawia, że owszem, początkowo możemy poczuć gęsią skórkę, natomiast po jakimś czasie zaczynamy gubić się w tych wszystkich wątkach, które Mróz wprowadza w „Czarnej Madonnie”. 

Pomimo tego, że książek Remigiusza Mroza czytałem już paręnaście, to nie mogę powiedzieć, że jego powieści czyta mi się źle. Wiadomo, niektóre z tytułów są lepsze, a niektóre gorsze. Mimo to autor pisze w sposób naprawdę prosty, a zarazem ciekawy. Robi to w tak dobry sposób, że książkę taką jak „Czarna Madonna” można przeczytać w jeden wieczór. Oczywiście, ze względu na liczbę stron i tematykę, nie jest to zalecane. Ale co tam, ja też przeczytałem „na raz”! 

Lekkość Mroza to jedno, jednak coś całkiem innego tym razem przykuwało uwagę podczas czytania. Otóż horror Mroza momentami wydaje się niezwykle… filozoficzną powieścią! Nie wiem, czy to poruszana tematyka, czy może coś innego miało wpływ na autora podczas pracy nad książką, ale niektóre ze złotych myśli przypominają te ze zbiorów aforyzmów Paulo Coelho. Na dodatek nieco rozczarowujący, dla czytelnika, który kupuje książkę tylko po przeczytaniu opisu z okładki, może być fakt, że zaginiony Boeing 747 jest jedynie tłem dla wielu innych wydarzeń, a z katastroficznego horroru mamy tutaj naprawdę niewiele. 

Zazdroszczę też trochę Filipowi, który bez ustanku popija herbatkę Earl Grey, a wcale nie musi korzystać z toalety. Facet ma naprawdę spory pęcherz! Szkoda jednak, że w szkole nie przyłożył się do nauki matematyki, gdyż według Filipa (vel Berga), co miesiąc zabijanych jest „[…] średnio trzystu dwudziestu chrześcijan, czyli dziennie ginie ich około trzydziestu”… 

„Czarna Madonna” wydana została przez wydawnictwo Czwarta Strona, które należy do grupy Wydawnictwa Poznańskiego. Za redakcję odpowiada Karolina Borowiec, natomiast korektą zajęła się Magdalena Owczarek. Projekt okładki stworzył Dark Crayon, oprawa jest miękka ze skrzydełkami. 

Sugerowana cena detaliczna wynosi 39,90 zł, a powieść zawiera około 460 stron. Czytelnicy ebooków „Czarną Madonnę” kupić mogą także w formie elektronicznej. Jeśli natomiast chcielibyście poznać tę historię, jednocześnie jadąc samochodem, to możecie także nabyć audiobooka czytanego przez Krzysztofa Gosztyłę. 

Ostatecznie: jako horror, książka wypada dość średnio. „Czarna Madonna” zawiera jednak  pewne elementy, głównie te związane z siłami zła, przez co nie można przejść obojętnie wobec tego tytułu. Fabuła jest kontrowersyjna, niektórzy bohaterowie zachowują się czasem mało logicznie, a czytelnik może zgubić wątek. Mimo wszystko naprawdę warto. Chociażby po to, żeby później mieć nowe argumenty podczas kłótni z fanami Remigiusza Mroza…

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.  
  
Tytuł: "Czarna Madonna"

Autor: Remigiusz Mróz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 459 [6]


ISBN: 978-83-7976-710-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*

*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

wtorek, 18 lipca 2017

"Lokatorka"

Po sukcesie „Zaginionej dziewczyny”, a później „Dziewczyny z pociągu”, na listach bestsellerów pojawiło się mnóstwo powieści, które przynajmniej opisem przypominały hity zekranizowane na wielkich ekranach. Mimo tego, że od premier wspomnianych tytułów minęło już trochę czasu, boom na thrillery psychologiczne nadal trwa. Czternastego czerwca na rynku ukazała się powieść „Lokatorka” autorstwa JP Delaneya. Czy ta powieść wyróżnia się czymś spośród innych thrillerów?

Emma mieszka w samym sercu Wielkiej Brytanii – Londynie. Zajmuje się marketingiem i nieźle sobie radzi. Wszystko zmienia się, gdy zostaje brutalnie napadnięta we własnym mieszkaniu. Kobieta nie może poradzić sobie w nowej sytuacji. Pragnie zacząć od nowa. A jej pierwszym krokiem będzie przeprowadzka do nowego mieszkania. Niestety, znalezienie bezpiecznego lokum za przyzwoitą kwotę, w takim mieście jak Londyn, nie jest łatwe. Wkrótce para natrafia na dom przy Folgate Street 1. Zaprojektowany w stylu niezwykle surowym i minimalistycznym przez znanego, choć ekscentrycznego architekta.

Emma wie, że to właśnie ten dom. Supernowoczesny, w stu procentach bezpieczny i niezawodny. Nie może jednak ot tak podpisać umowy najmu. Musi rozwiązać kwestionariusz osobowy, dołączyć trzy fotografie i… podporządkować się nakazom i zakazom obowiązującym w domu, które ustalone zostały  przez właściciela. To jednak nie stanowi dla kobiety problemu, skoro po raz pierwszy od dawna może poczuć się naprawdę bezpiecznie. Na dodatek właściciel mieszkania – Edward, niezwykle pociąga Emmę. Kobieta nie obawia się już tak bardzo o swoje życie. Jak się jednak okazuje, uczucia mogą być złudne, gdyż lokatorka niebawem umiera.

Jane traci dziecko, a wraz z nim chęć do życia. Potrzebuje czystej karty, startu od nowa. Wyprowadzka z mieszkania przygotowanego na powitanie pociechy przynosi ból niedoszłej matce. Dlatego też kobieta decyduje się na wyprowadzkę. I to najszybciej, jak się da. Wkrótce trafia na dom przy Folgate Street 1.  Kiedy zwiedza dom, czuje niezdrową fascynację. Wydaje jej się, jakby to nie ona, a właśnie dom wybrał ją.  Kobieta przechodzi wszystkie procedury, które przeszli poprzedni lokatorzy. Wkrótce poznaje także właściciela mieszkania – Edwarda, który jest równie zagadkowy, jak jego lokum. Lokatorka wie, że romans z mężczyzną o tak skomplikowanym charakterze, to nie jest dobry pomysł. Wie także, że Edward ma nawyki i przyzwyczajenia, które nie należą do najnormalniejszych. Mimo to wierzy, że uda jej się go zmienić. Wkrótce zaczyna jednak odkrywać, jak tragiczna jest historia domu, w którym postanowiła zamieszkać. Okazuje się, że poprzednia lokatorka, Emma, zginęła w zagadkowych okolicznościach. Im bardziej zaczyna przyglądać się tej sprawie, tym dom wydaje się coraz straszliwszy.

Co spotkało Emmę? Jak postąpi Jane? Jak bardzo zamieszany jest w to wszystko właściciel londyńskiego domu? Czy Jane pozna prawdę? A jeśli tak, to jaką ceną będzie musiała za nią zapłacić?

O tych najpopularniejszych thrillerach, które do niedawna utrzymywały się na wysokich pozycjach w listach bestsellerów, mówi się różnie. „Lokatorka” także wywołuje dość sprzeczne opinie, bo sama fabuła wzbudza mieszane emocje.

Historia JP Delaneya przedstawia życie dwóch bohaterek – Emmy i Jane. Głównym atutem tej powieści miał być modernistyczny, nowoczesny dom.  Faktycznie, sam pomysł na modernistyczną i jednocześnie niesamowicie upiorną budowlę, jest naprawdę niezły. To właśnie Folgate Street 1 odgrywa w powieści najważniejszą rolę. Jego inteligencja, tajemnice, a zarazem nowoczesność, sprawiają, że podczas lektury, czytelnik odczuwa niczym nieskrępowany niepokój. Oczywiście, to, że odbiorca widzi, że „coś jest nie tak” nie oznacza, że bohaterowie też od razu to widzą. Co to, to nie. Oni, w przeciwieństwie do nas, przez bardzo długi czas, bardzo naiwnie błądzą we mgle.

Niepokojący smart dom to jedna strona medalu, druga, ciekawsza, to koncept domu, który w mojej opinii opiera się na pomyśle więzienia panoptykonu. Jest to bardzo interesujące przedstawienie pomysłu Jeremy’ego Benthama. Jednocześnie czytelnik zastanawia się nad tym, czy to, co w powieści wydaje się surrealistyczne i przejaskrawione, w pewnym stopniu nie dzieje się naprawdę. Czy myślimy o tym, w jakim stopniu jesteśmy dziś inwigilowani?

„Lokatorka” jest lansowana jako thriller psychologiczny. Rozpatrując ten tytuł pod tym względem, trzeba przyznać, że wypada on nieco gorzej. Nie można powiedzieć, że powieść jest schematyczna. Jednak trzeba przyznać, że zachowanie bohaterów w „Lokatorce” jest nie tylko nieprzewidywalne, ale również często nielogiczne. Ostatecznie, łatwiej okazuje się policzyć postacie całkowicie zdrowe psychicznie, niż tych niezrównoważonych.

Jest też jedna sprawa, która mnie szczególnie nie przeszkadzała, choć irytowało to wiele osób. Zabierając się za czytanie tej książki, spodziewać można się oczywiście scen miłosnych, a nawet łóżkowych, bo przecież to właśnie antagonista Edward jest największym uwodzicielem. Delaney zaskakuje swoich czytelników jednak tym, że  wykreowane przez niego bohaterki są wręcz nienasycone seksualnie. I choć do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” książce bardzo daleko, to właśnie uległość i długi namiętny seks na kuchennym blacie sprawiał postaciom z „Lokatorki” najwięcej frajdy. Czy takie sceny były potrzebne w tej powieści? Chociaż nie odgrywały one dużej roli, to ostatecznie wydaje mi się, że spełniły swoje zadanie w stu procentach, jednocześnie w zagadkowej fabule dolewając oliwy do ognia.

Podczas czytania, przez cały czas, otrzymujemy kolejne elementy układanki. I gdy czytelnik myśli, że prawdopodobnie ma już wszystkie części, te nijak nie chcą do siebie pasować. Do samego końca wysuwałem tezy dotyczące zbrodni, która została popełniona przy Folgate Street 1. Jak można się domyślić, moja dedukcja nie okazała się wystarczająco dobra, a zakończenie było całkiem inne, niż te, którego oczekiwałem. I choć było one nieco zaskakujące, to…  nie zbyt mi się podobało. Ostatnie rozdziały wydają się bowiem przygotowane naprędce, a  sposób dokonania zbrodni okazuje się dość nierzeczywisty.

„Lokatorka”, tak jak wspominałem na początku, wydana została w pierwszej połowie czerwca przez Wydawnictwo Otwarte. Tłumaczeniem z języka angielskiego zajął się Mariusz Gądek.

Okładka została dostosowana do polskiego wydania i jest bardzo podobna do tej, która pojawiał się na zagranicznym wydaniu „Lokatorki”. Oprawa jest broszurowa ze skrzydełkami. Powieść zawiera łącznie czterysta sześćdziesiąt stron, a cena sugerowana wynosi 36,90 zł.

Książka Delaneya nie jest może najmroczniejszą powieścią, jaką czytałem, ale nie jest też kompletnie bez sensu. Jest to powieść, w której w pewnym sensie głównym wątkiem jest uzależnienie i strach. Choć początkowo czytało mi się ją dość opornie, to jednak im więcej stron „Lokatorki” przerzuciłem, tym bardziej chciałem dowiedzieć się, jaki jest finał sprawy dotyczącej Emmy, Jane i Edwarda. Choć może książka Delaneya nie jest majstersztykiem, to myślę, że warto po nią sięgnąć. I nie przejmować się, jeśli przez pierwsze rozdziały musimy przedzierać się niczym przez amazońską dżunglę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.  
  
Tytuł: "Lokatorka"

Autor: JP Delaney


Tłumacz: Mariusz Gądek
 
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 460 [prebook]


ISBN: 978-83-751-5078-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*

*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

czwartek, 13 lipca 2017

"Początek wszystkiego"

Wakacje to czas upragniony przez wielu uczniów. Wspaniała letnia pogoda, wieczorne ogniska ze znajomymi, imprezy, nowe znajomości i nieograniczona beztroska – tak właśnie wyobrażamy sobie ten niezwykły okres. W podobnej konwencji utrzymana została okładka jednej z nowości Wydawnictwa Otwartego – „Początku wszystkiego” autorstwa Robyn Schneider. Z pozoru opowieść stricte romantyczna, a jaka naprawdę jest historia stworzona przez Schneider?

Ezra Faulkner mieszka w jednym z najnudniejszych miejsc na ziemi – w Eastwood w stanie Kalifornia. Jego szkoła oraz uczęszczający do niej uczniowie nie różnią się za bardzo od tych z innych, małomiasteczkowych liceów. Sportowcy-liderzy stoją najwyżej w niepisanej hierarchii popularności, natomiast wyrzutki i dziwacy, gromadzą się w małych klubach, w stylu chociażby kółka dyskusyjnego. Jak można się domyślić, Ezra należy do tej pierwszej grupy. Lepiej jednak należałoby użyć czasu przeszłego, gdyż w momencie, gdy chłopak wraca z jednej z domówek, miejsce ma wypadek samochodowy z jego udziałem. Obrażenia powodują, że nie tylko musi przestać grać w tenisa, ale także wykluczają go z całego jego życia towarzyskiego. Co więcej, wypadek zamyka także drogę na studia i stypendium sportowe. Ze szkolnej gwiazdy, staję się kaleką, na którego wszyscy patrzą z litością. A z zajęć pozalekcyjnych pozostaje mu… klub dyskusyjny.

Kiedy rozpoczyna się nowy rok szkolny, Ezra nie chce stawiać czoła ukradkowym spojrzeniom i szeptom na jego temat. Jednak uwagę uczniów zaczyna przykuwać zupełnie ktoś inny. W szkole Ezry, co więcej, nawet w jego roczniku, pojawia się nowa uczennica – Cassidy Thorpe. Dziewczyna ubiera się dość oryginalnie, jej zachowanie także można nazwać jako lekko ekscentryczne. Cassidy zdaje się jednak nie zwracać uwagi na to, że obmawia ją większa część szkoły. Pomimo pozornej wesołości, wewnętrznie nowa uczennica jest jednak wycofana i zamknięta w sobie. Podobnie jak Ezra, dawniej doznała krzywd, które do teraz dają o sobie znać.

Wkrótce Ezra i Cassidy się spotykają. Choć początkowo nie robią na sobie zbyt dobrego wrażenia, niebawem poznają się nieco lepiej i, ku zaskoczeniu wszystkich, staną się najlepszymi przyjaciółmi. Jak można się domyślić, wkrótce ich relacja przejdzie na wyższy poziom. Oboje nie zdają sobie sprawy, co każdy z nich ukrywa. Nie mają także pojęcia, jakie skutki przyniesie ich młodzieńcze zauroczenie.  

Nie wiem, czy zauważyliście, ale książki młodzieżowe bardzo często są niezwykle schematyczne. Po niektórych z nich nie można się spodziewać zbyt wiele – przykładem jest niedawno zrecenzowana powieść Anny Todd „Nothing more”. Przez Robyn Schneider i jej „Początek wszystkiego” zostałem naprawdę miło zaskoczony. 

Już na samym początku, narrator przytacza nam historię z kolejką górską w roli głównej. Podobnie jak rozpędzony w powieści rollercoaster, tak i „Początek wszystkiego” przeczytać możemy naprawdę szybko. Fakt, książka nie należy do najdłuższych. Powieść Schneider nie jest jednak zwykłym love story dla młodych dziewcząt, ale naprawdę nieźle napisaną, przyjemną powieścią traktującą o problemach związanych z dojrzewaniem.  

Jednym z nich są kompleksy głównych bohaterów. To właśnie z pozoru błahostki stanowią ważny aspekt w życiu bohaterów. To właśnie przez pryzmat własnych niedoskonałości i odmienności postacie z „Początku wszystkiego” podejmują wiele ważnych decyzji. Nie chodzi jednak jedynie o te problemy związane wyłącznie z fizycznością, ale w szczególności o te, które dotyczą osobowości i psychiki młodych ludzi. Autorka w delikatny sposób porusza trudne tematy, dla przykładu związane z ujawnieniem swojej orientacji seksualnej w tak małej społeczności przez bohatera, który jest homoseksualistą.

Mimo tego, że w głównej mierze „Początek wszystkiego” jest opowieścią o miłosnej relacji między bohaterami, to właśnie przyjaźń odgrywa jedną z najważniejszych ról w książce Schneider. Przyjaźń, podobnie zresztą jak miłość, może opierać się na kłamstwach i tajemnicach. 

Autorka, na przykładzie Ezry, rozróżnia przyjaźń na dwie grupy. Pierwszą z grup są przyjaciele, z którymi chłopak bratał się przed wypadkiem. To właśnie oni opuścili Ezrę w najtrudniejszym momencie jego życia. Druga grupa natomiast to osoby, z którymi chłopak przyjaźnić się zaczął dopiero po wypadku. Schneider nie przedstawia więc niczego odkrywczego, zgodnie z resztą z powiedzeniem, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie. Jednocześnie autorka ukazała prawdę na temat tego, jak dzieciaki potrafią być zafiksowani na punkcie bycia „na fali”. 

Punktem wyjścia fabuły książki jest szkolny klub debatancki. Jak ostatnio zauważyłem, owe koła dyskusyjne są dość często pojawiającym się motywem w kulturze amerykańskiej. Dla przykładu, w ciągu tygodnia od przeczytania „Początku wszystkiego”, miałem okazję zobaczyć film „Speech & Debate”, który ma kilka bardzo podobnych cech do książki Schneider. Jednak, ku mojemu rozczarowaniu, zarówno w pierwszym, jak i w drugim utworze, właśnie element klubu debatanckiego został przedstawiony jako najmniej istotny. 

Pisarka w swojej powieści ukazała także dokładnie to, co widoczne jest w wielu amerykańskich komediach. Chodzi mi o zabawne przedstawienie perypetii licealistów, rywalizację pomiędzy różnymi grupami i inne problemy związane z edukacją. 

Wbrew tytułowi, bohaterowie wcale nie zaczynają od razu od początku. Wręcz przeciwnie, przez większą część książki, zmagają się nadal z problemami przeszłości. Schneider robi to w naprawdę lekki, ale wcale nie nachalny i nieprzesłodzony sposób. Autorka nie wpycha nam na siłę historii o miłości dwójki porąbanych nastolatków, zachowuje za to umiar i w racjonalny sposób kieruje akcją, która ostatecznie zmierza do wielkiego finału. I choć ów finisz pod koniec nie jest już tak bardzo zaskakujący, jakby oczekiwał tego czytelnik, nie zmienia to faktu, że jest to jedna z lepszych młodzieżówek, jakie czytałem w tym roku. 

„Początek wszystkiego” wydany został pod marką Moondrive, w skład której wchodzą jedynie powieści dla młodzieży. Przekładem z języka angielskiego zajęła się Aga Zano. Opiekę redakcyjną nad książką sprawowała Agnieszka Urbanowska. Za korektę odpowiedzialna jest Magdalena Adamek. Projekt polskiej wersji okładki stworzyła niezastąpiona Eliza Luty, która na swoim koncie ma już także inne okładki książek Wydawnictwa Otwartego – stworzyła m.in. okładkę do książki „Panika” Lauren Oliver, do „Linii serc” Rainbow Rowell czy do „Oddam ci słońce” Jandy Nelson. 
Na księgarskich półkach powieść Schneider znajdziemy w oprawie miękkiej ze skrzydełkami, łączna liczba stron równa jest trzystu dwudziestu. Cena detaliczna książki wynosi 36,90 zł. Powieść dostępna jest także w formie ebooka. 

Jak sobie niedawno sprawdziłem, „Początek wszystkiego” utrzymuje się na miejscu trzecim w tak zwanej „topce” Empiku w dziale literatury młodzieżowej. Wcale mnie to nie dziwi, wręcz przeciwnie, mocno trzymam kciuki za to, żeby książka Robyn Schneider jak najdłużej utrzymała się na tej pozycji. Historia przedstawiona w powieści nie jest może nietuzinkowa, ale naprawdę frapująca, a do tego zabawna. Co ciekawe, „Początek wszystkiego” było pierwszą książką autorki. Jeśli tak wypada debiut, to jestem niezmiernie ciekawy, jak dobre będą inne książki Schneider.   

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.  
  
Tytuł: "Początek wszystkiego"

Autor: Robyn Schneider


Tłumacz: Aga Zano
 
Wydawca: Moondrive


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 317 [5]


ISBN: 978-83-7515-460-3


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".
 

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Nothing more"

Anna Todd znana jest chyba większości nastolatek na całym świecie. Amerykanka stała się naprawdę popularna, dzięki serwisowi Wattpad. Co więcej, jej pierwsze książki, publikowane za darmo w serwisie, wydane zostały w ponad siedemdziesięciu wersjach (według serwisu Goodreads).  Nic więc dziwnego, że na fali popularności „After”, Todd postanowiła tworzyć dalej. Tak też powstało „Nothing more”, czyli pierwszy tom serii o Landonie Gibsonie – drugoplanowym bohaterze z „After”. Co Todd może zaoferować w nowej, poafterowej odsłonie? 

Wygląda na to, że życie Landona Gibsona opiera się na przeprowadzkach. Wychowywał się bez ojca, a kiedy jego matka wreszcie kogoś poznaje, Landon jest w przedostatniej klasie szkoły średniej. Co więcej, okazuje się, że jego nowa rodzina nie powiększy się tylko o jednego członka, a o dwóch, gdyż Landon oprócz ojczyma, będzie miał teraz także i przyrodniego brata – Hardina. Chłopak wraz z matką musi przenieść się z Saginaw w stanie Michigan do Waszyngtonu, jednocześnie zostawiając za sobą całą swoje życie towarzyski. W tym swoją dziewczynę, na której bardzo mu zależy – Dakotę. Wkrótce, specjalnie dla niej wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie ma nadzieję rozpocząć z nią nowy rozdział w swoim życiu. Jego plany zostają jednak bardzo szybko pokrzyżowane, gdyż Dakota nie chce trwać w związku z Landonem. A przecież to właśnie dla niej wybrał New York University. 



Teraz chłopak stara się zapomnieć o złamanym sercu i jedynej dziewczynie, którą kochał. Dzieli więc mieszkanie wraz z Tessą, która także próbuje pozbierać się po rozstaniu z Hardinem. Landon bardzo przykłada się do nauki na wydziale pedagogicznym, a po zajęciach na uczelni, pracuje w pobliskiej kawiarni. W wolnym czasie słucha smutnych kawałków i czyta książki. Nie zamierza zawracać sobie głowy związkami. 

Dwudziestojednolatek poznaje wkrótce Norę – koleżankę z pracy Tessy, która oprócz niezwykłego talentu kulinarnego, jest bardzo inteligentna i… seksowna. Nic więc dziwnego, że dziewczyna mająca takie cechy, a na dodatek często przebywająca w mieszkaniu Landona i Tessy, zawróci chłopakowi w głowie. Tymczasem jednak w jego życiu pojawia się dawna miłość – Dakota. Co więcej, nie będzie ona chciała poprosić go o to, by zostali przyjaciółmi. Wręcz przeciwnie – pragnie powrócić do tego, co kiedyś razem tworzyli. 

Landon ma problem, wie, że Dakota należy do jego przeszłości, mimo to nadal coś do niej czuje. Przy Norze natomiast, Landon ma wrażenie, zna tę dziewczynę na wylot, chociaż ona stale go zaskakuje… Jakby jednak chłopakowi brakowało wrażeń – jego brat przyjeżdża do niego w odwiedziny. Co oznacza, że dojdzie także do spotkania z Tessą, którą głęboko zranił. Pozornie poukładane życie typowego studenta, zaczyna sypać się jak domek z kart…  

Podobnie jak o twórczości E.L. James czy Stephenie Meyer, tak i o książkach Anny Todd mówi się źle. Książki z serii „After”, a także inne powieści Todd, krytykowane są przez blogerów szczególnie za to, że fabuła jest erotykiem dla młodzieży, a właściwie miksem „Pięćdziesięciu twarzy Greya” z „Modą na sukces”. Jest to prawda, po samym opisie można spostrzec, że fabuła jest niezwykle „zakręcona” i opiera się głównie na seksie. Todd jednak tego nie ukrywa, co więcej, czytelnik zabierający się za czytanie tej właśnie książki, z pewnością świadomy jest, że nie znajdzie w środku historii niczym tej chociażby z „Gwiazd naszych wina”. Dlatego też, kiedy postanowiłem przeczytać pierwszy tom historii Landona Gibsona, liczyłem na lekką historię, którą zdołam przeczytać w jeden wieczór. Wcale się nie pomyliłem, chociaż mówiąc całkiem szczerze, czytanie kosztowało mnie trochę nerwów. 

„Prawda jest taka, że prawie nic o niej nie wiem, ale może nie chodzi o znajomość faktów. Może nie ma znaczenia to, czy znam imię jej mamy albo jej ulubiony kolor. Może w przeciwieństwie do tego, co przyjmujemy, nie potrzeba wielu lat, żeby kogoś poznać – może najważniejsze rzeczy są znacznie, znacznie prostsze. Może większe znaczenie ma to, że widzimy głębiej, że wiemy, jakimi są przyjaciółmi […]” 
„Nothing More” © Anna Todd, tł. Krzysztof Skonieczny, SIW Znak

Zacznijmy od tego, że Todd przedstawia nam Landona jako bohatera, który jest niezwykle dojrzały, inteligentny, ale bardzo zraniony. Chociaż początkowo wszystko się zgadza, po każdej kolejnej stronie zaczynamy wątpić w to, co próbuje wcisnąć nam autorka. Bohater, chociaż nie jest typowym playboyem, zdecydowanie nie należy do najrozsądniejszych męskich postaci z książek. Mimo inteligencji, jego myśli niestety cały czas krążą wokół seksu i kobiecej intymności. Kobiety postrzegane są przez bohatera jako obiekt, który służy do zaspokajania jego własnych potrzeb seksualnych, co daje nam obraz pełen sprzeczności. Z jednej strony Todd próbuje ukazać go jako erudytę, przyszłego pedagoga, z drugiej strony, patrząc na jego zachowanie, widzimy niedojrzałego chłopaka, którego największym problemem jest to, że w ostatnią sobotę nie miał okazji uprawiać seksu. 

No dobrze, głównego bohatera można jednak trochę rozgrzeszyć, gdyż także postacie kobiece w „Nothing more” okazują niezwykłą potrzebę kochania się z Landonem. Prawdopodobnie połowa dziewczyn z Nowego Jorku ma ochotę skończyć w łóżku z tym nerdem. Kto wie, może chłopak ma jakieś niezwykłe zdjęcie na Tinderze? 

Jedynie Tessa w „Nothing more” nie emanuje seksapilem. No cóż, ta bohaterka natomiast przez zdecydowaną część książki decyduje się jedynie na melancholijne uśmieszki i wypłakiwanie w poduszkę. Jej wypowiedzi natomiast można policzyć na palcach jednej ręki; najwyraźniej rozstanie z Hardym, tfu, Hardinem, dało jej nieźle w kość.  

Czy jest więc to książka o miłości bądź też jej poszukiwaniu? Nie, zdecydowanie nie. Jest to książka o młodzieńczym pożądaniu i o problemach dojrzewania, z jakimi zmagają się bohaterowie. Wszystko to, co dzieje się w powieści, w żadnym stopniu nie może przypominać historii o prawdziwej miłości. Być może dlatego, że główny bohater takiej jeszcze nie uświadczył. Bo czy można porównywać nastoletnie zakochanie się z miłością, która niejednokrotnie związana jest z oddaniem, poświęceniem i zaufaniem? 

„Nothing more” jest za to świetnym czytadłem na plażę, chociaż właściwie lepiej czytać to w tajemnicy w domowym zaciszu. I choć Todd śmieje się w swojej książce z ckliwych harlekinów, to tak naprawdę, to co mówi narrator w jej własnej powieści, nie wiele się różni od romansów z kiosku.  Dla przykładu, według głównego bohatera, jego kochanka wygląda jak… „lukrowane pożądanie”!

„Znam ten wyraz twarzy – przymknięte oczy i rozchylone usta. Widziałem go tak wiele razy – i oto znów on. / Wygląda jak lukrowane pożądanie i muszę jej posmakować”
„Nothing More” © Anna Todd, tł. Krzysztof Skonieczny, SIW Znak

Znacznie poszerzyłem także swoją wiedzę. Muszę wspomnieć, że Landon, gdy był podniecony, a o to akurat nie trzeba było zbyt wiele, cały był twardy, a nie jedynie jego członek. Nadal jestem ciekawy, z czego składa się jego ciało, które całe sztywnieje. Dowiedziałem się także, że masturbację można przyjemnie nazywać jako chociażby brandzolenie

Po przeczytaniu dochodzę jednak do wniosku, że czas, który poświęciłem książce, nie był aż tak do końca stracony. Chociaż Todd w powieści używa zdecydowanie zbyt dużo powtórzeń, a eufemizmy, zastępujące słowo „onanizm” często bawią do łez, ostatecznie powieść spełnia swoje zadanie: sprawia, że czytelnik ma szansę zapoznać się z lekką historią, przy której podczas lektury specjalnie męczyć się nie będzie, a z którą bez żalu się rozstanie.

Co ważne, ja do tej pory nie miałem okazji przeczytać serii „After”. Zaczynałem więc z „Nothing more” kompletnie bez znajomości fabuły poprzednich książek. Mogę więc powiedzieć, że tę serię można śmiało czytać, nawet jeśli nie znamy ani jednego tomu historii Tess i Hardina.

Jedną z rzeczy, która zdecydowanie udały się autorce, to playlista do książki. Rzadko zdarza mi się słuchać muzyki podczas czytania. Tym razem jedna, piosenki, które proponuje Todd, tak bardzo zgadzają się z moimi preferencjami muzycznymi, że sam dodałem wymienione w książce tytuły do swoich ulubionych i nawet teraz, pisząc tę recenzję, słucham niektórych z nich. 

Spin-off serii „After” również został wydany przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. W przeciwieństwie jednak do poprzednich książek Anny Todd, które pierwotnie ukazały się pod marką „Między Słowami”, serię o Landonie Gibsonie od razu wydano jako powieści należące do „OMG Books”. „Nothing more” przełożył Krzysztof Skonieczny, natomiast opiekę redakcyjną sprawowała Alicja Gałandzij. Szata graficzna okładki utrzymana została w podobnym stylu do afterowej serii. O ile jednak przy naprawdę grubych książkach Todd, miękka oprawa bez skrzydełek nie robiła problemów, o tyle przy tej zdecydowanie cieńszej powieści, nie wygląda to już tak estetycznie. Zdecydowanie lepiej książka prezentowałby się, gdyby oprawa byłaby miękka ze skrzydełkami. Powieść ma łącznie około 320 stron, a cena detaliczna książki wynosi 36,90 zł. 

Ostatecznie: chociaż na okładce zapewnia się, że książka jest niezwykle porywająca i pełna emocji, w rzeczywistości wygląda to nieco inaczej. „Nothing more” to przyjemna historia, posiadająca bardzo wiele wad i niewyróżniająca się wśród innych książek zaliczanych do literatury młodzieżowej. Jednak właśnie to, że od książki niewiele się wymaga i czyta się ją naprawdę bezproblemowo, jest największym atutem powieści. Na tyle istotnym, że bez kręcenia nosem zabiorę się za kolejny tom, czyli „Nothing less”.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak.  
  
Tytuł: "Nothing more"

Autor: Anna Todd


Tłumacz: Krzysztof Skonieczny
 
Wydawca: OMG Books


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 318 [4]


ISBN: 978-83-240-3637-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

sobota, 8 lipca 2017

"Inwazja"

Zygmunta Miłoszewskiego prawdopodobnie nie trzeba przedstawiać. Autor wielu polskich powieści, w tym trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim, zdobył popularność nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Jego książki zostały zekranizowane, a sam pisarz wraz ze swoim bratem – Wojtkiem Miłoszewskim, współtworzył scenariusz do serialu „Prokurator”, który emitowany był w telewizji parę lat temu. Dziś na księgarskie półki znów wraca Miłoszewski, jednak nie Zygmunt, a Wojciech. I nie jest to prawniczy kryminał, a powieść o fabule apokaliptycznej. Co myślę o książce „młodego Miłoszewskiego”?

Mamy rok 2017, ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Dziś mało kto zastanawia się nad tym, co działo tak całkiem niedawno i jakie przyniosło to skutki. O wojnie pamięta jednak z pewnością nauczyciel historii – Michał Barański, który po reformach edukacji traci pracę, a tym samym musi chwytać się każdej możliwej posady, by tylko utrzymać rodzinę. Kiedy bank nie chce przedłużyć mu terminu spłaty zadłużenia, jest to dla niego ogromny cios. Dla niego i budżetu całej rodziny. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że niezapłacone rachunki będą wkrótce naprawdę niewiele znaczyły…

Roman Gurski był żołnierzem, który zakończył służbę po wykonaniu trudnych zagranicznych misji. Obecnie Gurski, mimo odejścia ze służby, nie wiedzie wymarzonego życia. Nie może zapomnieć obrazów wojskowej kariery, które powracają w myślach, jest nieszczęśliwie zakochany w kobiecie, z którą nie może się związać, a na dodatek, jako nurek, musi opiekować się turystami podczas wycieczek podwodnych. Nic więc dziwnego, że ma serdecznie dość życia, jakie przygotował dla niego los. 

Jest jeszcze Danuta Wojnarowicz. Kobieta sukcesu, która z powodzeniem prowadzi wielką rodzinną firmę, zajmującą się dystrybucją kwiatów i roślin. Chociaż Danuta osiągnęła w sukces, jej życie nadal uzależnione jest od ojca, nie może ona także znaleźć „tego jedynego”. Danuta ma natomiast wielkie plany na dalszy rozwój biznesu, wkrótce jednak okazuje się, że po raz kolejny to jej ojciec znów miał rację. Ale to i tak będzie mało istotne w świetle tragedii, która nastąpi.

Rosjanie coraz bardziej niezadowoleni są z poziomu życia, jakie muszą prowadzić. Obywatele zaczynają  wątpić w słuszność polityki Federacji Rosyjskiej. Sankcje gospodarcze Unii Europejskiej dotykają każdego obywatela, mimo to Władimir Putin robi wszystko, by utrzymywać pozory silnego rosyjskiego imperium. Podobnie jak to miało miejsce siedemdziesiąt lat temu, tak i tym razem, wystarcza lekka prowokacja, by rozpocząć walki. Codzienne troski, majątek liczony w pieniądzach i dobra opinia niewiele znaczą w obliczu tego, co przynosi wojna. Jak poradzimy sobie w tej sytuacji?

Nie ma co ukrywać, że Zygmunt Miłoszewski, dzięki trylogii o Szackim, wyrobił sobie pewną markę i bardzo dobrą opinię. Samo nazwisko sprawiło, że Wojtkowi postawiono dość wysoką poprzeczkę. Dlatego też do „Inwazji” podszedłem dość nieufnie. Jak się jednak okazało, młodszy z braci Miłoszewskich, zamiast test oblać, przeszedł próbę bardzo dobrze. Choć, co jasne, nie obeszło się bez zgrzytów. 

„Inwazja” książka, przedstawiająca polityczne zawirowanie w Europie, gdzie główną rolę odgrywa konflikt Polski z Rosją. W swojej powieści autor prawdopodobnie z zamysłem powtórzył wiele faktów historycznych i przedstawił je w uwspółcześnionej wersji. Dla przykładu, Miłoszewski w swojej powieści, zwraca uwagę m.in. na politykę appeasementu wobec Rosji, która stawia coraz śmielsze kroki w walce na Ukrainie. Widoczne jest więc świetne nawiązanie do polityki ustępstw, jaką stosowali alianci wobec III Rzeszy.

Znajomi ze Śląska pytali mnie, jak to jest z tą „Inwazją” – czy Katowice są tylko na okładce, czy może fabuła faktycznie rozgrywa się na Górnym Śląsku. Muszę więc powiedzieć, że w przeciwieństwie do wielu podobnych książek, w których fabuła odgrywa się „gdzieś”, Miłoszewski konkretnie opisuje miejsca walk i bitew. Oczywiście nie tylko Katowice opisane są w „Inwazji”, jednak to właśnie ta „śląska część” najbardziej mi się podobała. Żołnierze czasem uciekają korytarzami kopalń, dowódcy urządzają pospiesznie swoje kwatery w centrum handlowym Silesia, a cywile muszą przemykać pomiędzy familokami. Nawet się uśmiechnąłem, gdy wśród hipsterów i walecznych Polaków, pojawili się także prawdziwi Hanysi i ich śląska gwara. Co prawda, stary Ślązak zamiast szola uporczywie na górniczy dźwig mówił po prostu winda, mimo to, był to bardzo miły akcent, a drobne potknięcia językowe nie miały zbyt dużego znaczenia dla fabuły.

Jak można się domyślić, „Inwazja” jest połączeniem fikcji literackiej z rzeczywistymi faktami, wydarzeniami i postaciami. W świecie wykreowanym przez Miłoszewskiego pojawiają się postacie takie jak Angela Merkel, Donald Trump czy Władimir Putin. Jak się jednak okazuje, postacie reprezentujące nasz rząd, zostały przedstawione dość karykaturalnie. Prezydentem RP był Andrzej, nie wspomniano o żadnym nazwisku. Oprócz głowy państwa pojawił się prezes, a także minister obrony narodowej (zaprezentowany jako pan z siwą brodą). Już po tym przedstawieniu postaci, widoczne jest bardzo duże podobieństwo do naszych prawdziwych polityków reprezentujących partię Prawa i Sprawiedliwości. Naszych polityków autor przedstawił jako tchórzy. I o ile dla mnie nie jest to problemem, o tyle tak widoczne nawiązanie może spowodować oburzenie ze strony popierających obecne rządy.
 
Fabuła powieści Miłoszewskiego zmusza czytelnika do zastanowienia się nad tym, jak faktycznie zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji. Czy potrafilibyśmy odnaleźć się w świecie, w którym nie mamy możliwości zadzwonienia do rodziny, skorzystania z prądu, kupienia w sklepie bochenka chleba? Zaczynamy myśleć nad tym, czy naprawdę jesteśmy obywatelami świata. Czy bezpieczeństwo, jakiego jesteśmy pewnie, nie jest tak naprawdę iluzją?

Jednocześnie Miłoszewski przypomina nam o mentalności i charakterze Polaków. Kiedy pieniądze przestają się liczyć, na pierwszym miejscu pojawia się złoto, chciwość, intrygi i kolaboranctwo.
„Inwazja” nie jest historią szczególnie długą – powieść ta stanowi zaledwie pięćset dziesięć stron. Książkę czyta naprawdę dobrze, fabuła jest niezwykle dynamiczna i bez większych problemów można skończyć ją czytać w jeden wieczór. Cała powieść przedstawiona została w narracji trzecioosobowej, która ukazuje jednak kilka powiązanych ze sobą historii różnych bohaterów.

Trzeba przyznać, że jest to powieść dość przygnębiająca i wulgarna. Widziałem gdzieś określenie, że jest to książka dla mężczyzn. Myślę, że wiele kobiet z pewnością także chętnie sięgnie po ten tytuł, warto jednak wiedzieć, że faktycznie, w tej historii czytelnik znajdzie naprawdę sporo wulgaryzmów, a także dość prostego humoru.

W powieściach z reguły niezbyt dużo poświęca się czasu, by urzeczywistnić bohaterów, a co za tym idzie, ukazać także te momenty, w których bohaterowie muszą skorzystać z toalety. W „Inwazji” z kolei naprawdę wiele razy wymienia się ludzkie genitalia. Oczywiście, o ile na początku nie wzbudza to żadnego zainteresowania ze strony czytelnika, zresztą przecież zgodnie z maksymą „Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce”, to w momencie, gdy oddawanie moczu pojawia się coraz częściej, co kilkanaście stron, a w większości przypadków nie ma to większego znaczenia dla fabuły, niektórzy czytelnicy mogą zacząć się irytować. Jeśli z jakiegoś powodu mi nie wierzycie, a macie książkę pod ręką – śmiało, sprawdźcie. Już na stronie trzydziestej autor mówi o „obwisłym członku”.

„Inwazja” wydana została w maju przez Wydawnictwo W.A.B.. Redakcją pierwszej książki Wojtka Miłoszewskiego, zajęła się Małgorzata Denys, natomiast za korektę, oprócz pani Denys, odpowiedzialna jest także Elżbieta Kalinowska. Projekt okładki stworzył Tomasz Majewski, a sama oprawa jest w formie miękkiej ze skrzydełkami. Cena detaliczna książki wynosi 39,99 zł. Tytuł dostępny jest także w formie ebooka.

Powieść Miłoszewskiego nie jest przełomowym dziełem literatury, natomiast nie można powiedzieć, że podczas lektury czytelnik się nudzi. „Inwazja” jest historią ciekawą, pełną akcji i wybuchających granatów. Posiada jednak parę minusów, które w moim przypadku, bardzo zaważyły w ostatecznej ocenie. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. oraz PRart Media.  
  
Tytuł: "Inwazja"

Autor: Wojtek Miłoszewski


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 509 [5]


ISBN: 978-83-280-4423-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

środa, 5 lipca 2017

"Kłamca i szpieg"

Parę miesięcy temu miałem okazję przeczytać książkę Rebecci Stead – „Całkiem obcy człowiek” wydanej przez Wydawnictwo IUVI. Powieść okazała się całkiem niezłą młodzieżówką. W maju otrzymałem przesyłkę z tytułem „Kłamca i szpieg” tej samej autorki. Domyślałem, że dość szybko przyjdzie mi spotkać się z kolejną książką tej autorki, nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to aż tak prędko. Co w „Kłamcy i szpiegu” reprezentuje Rebecca Stead?

Georges jest typowym, amerykańskim trzynastolatkiem. Chodzi do pobliskiej szkoły, nie znosi wuefu, a w domu wolne chwile zabija na oglądaniu filmów z domowymi zwierzętami. Nic, co mogłoby go wyróżniać. Nie jest człowiekiem-pająkiem, do jego szkoły nie chodzą wampiry, dwa lata temu nie przyszedł też do niego żaden list z Hogwartu. No cóż, życie nastolatka nie wygląda tak jak na młodzieżowym filmie. Życie w ogóle nie wygląda jak film, o czym chłopak wkrótce się przekonuje. Utarta pracy przez jego ojca i kłopoty finansowe sprawiają, że  rodzina Georgesa musi przeprowadzić się ze swojego ukochanego domu do bloku parę przecznic dalej. 

Wkrótce w piwnicy nowego mieszkania, chłopak znajduje drzwi, na których nalepiona jest karteczka, informującą, że właśnie w tym miejscu znajduje się siedziba Klubu Szpiegów. I choć początkowo nastolatek nie jest przekonany do pomysłu spędzania czasu z kimś, kto prowadzi swój klub w obskurnej piwnicy, wkrótce poznaje jego założyciela. Safer mieszka w tym samym bloku i jest rówieśnikiem Georgesa. Nowopoznany kolega jest tajemniczy i, co tu dużo mówić, naprawdę dziwny. Nieustannie pije kawę ze swojej piersiówki oraz uważa, że jest… szpiegiem. A teraz wreszcie zwerbował swojego partnera. Georges o introwertycznych skłonnościach, powoli zaczyna zaprzyjaźniać się z sąsiadem. Nikt nie wie jednak, co przyniesie ich przyjaźń.

Pierwsze zadanie Klubu Szpiegów? Inwigilacja niebezpiecznego sąsiada – pana Iks. Misja jest nie tylko bardzo poważna, ale także niezwykle niebezpieczna. Jej wykonanie wiąże się z ryzykiem wysokiego stopnia. A przynajmniej tak chłopakom się wydaje. Do czasu, kiedy Georges nie zacznie mieć wątpliwości, co do przedmiotu wykonywanego śledztwa, a także pobudek Safera…

No dobrze, muszę przyznać, że do książki podszedłem z nieskrywanym zaciekawieniem. Trzynastolatek zostaje szpiegiem. Przyznajcie sami, kto z nas w młodzieńczych latach nie marzył o prawdziwej przygodzie rodem z filmów akcji? Czy nie bawiliśmy się w niezwykłych detektywów albo inne wymarzone przez nas zawody? Jak można się przekonać, o ile zabawa w strażaka może być nieco problematyczna, o tyle własne śledztwo już nie. „Kłamca i szpieg” to książka, która naprawdę mnie zaskoczyła. Czy w stu procentach pozytywnie? Nie do końca. Czytając tę powieść nie można się nudzić. Opisane perypetie Georgesa są naprawdę ciekawe, a czytelnik nie może oprzeć się pokusie przeczytania książki w jeden wieczór do samego końca. Jednak oprócz ciekawej fabuły, „Kłamca i szpieg” ma też wiele wad.

Główni bohaterowie książki Stead mają trzynaście lat – spodziewać więc by się mogło, że do czynienia mamy z powieścią dla młodzieży. Jak jednak można przekonać się po opisie, a podczas lektury jeszcze bardziej owe przekonanie utwierdzić, postacie, jakimi są Georges i Safer, opisane zostały jako bardzo niedojrzałe. To nadal chłopcy z podstawówki, wymyślający kolejne formy zabaw i zastanawiający się nad tym, jakie psikusy zrobić sąsiadom z kamienicy. Dlatego optowałbym przy tym, by „Kłamcę…” pozostawić w kategorii literatury dziecięcej.

Mimo tego, „Kłamca…” jest książką naprawdę ciekawą, choć pomysły chłopaków często przechodzą najśmielsze oczekiwania. Bardzo podoba mi się, że powieść ta napisana została w bardzo lekkim tonie, choć sam finisz książki wprawił mnie w lekką konsternację. Choć właściwie, nie ma się za bardzo co dziwić – sam tytuł mówi, że to przecież książka o szpiegu i kłamcy.

Książka Stead to naprawdę ciekawa powieść traktująca o przyjaźni, manipulacji, a także okłamywaniu innych i własnego siebie. W pewnym sensie porusza także temat psychiki i traumy u młodego człowieka. Niestety, akurat temu wątkowi autorka postanowiła nie poświęcać większej uwagi, co wpłynęło na moją końcową ocenę książki. Był to jeden z najważniejszych aspektów książki, a został potraktowany po macoszemu, co sprawiło, że… ostatecznie została zaburzona cała logika w tej powieści.

Widziałem kiedyś w księgarni tytuł, który brzmiał „Książka bez sensu”. No właśnie, „Kłamca i szpieg” może zostać przez wielu nazwaną książką, która nic nie wnosi. Rebecca Stead na samym końcu odkrywa przed czytelnikiem wszystkie karty, jednocześnie dalej rozwijając historię Georgesa i Safera. Dlaczego? Trudno mi powiedzieć, ale skutek jest jednoznaczny: zakończenie pozostaje otwarte, jednak czytelnikowi nie jest dane dowiedzieć się, co dzieje się dalej. Przez to historia wydaje się niedokończona, naprawdę brakuje tutaj kilku rozdziałów podsumowujących i kończących. Tymczasem otrzymujemy powieść sprawiającą wrażenie napisanej naprędce i wyzwalającej mieszane odczucia.

Czy komuś poleciłbym „Kłamcę i szpiega”? Tak, z całą pewnością z książki zadowoleni będą chłopacy w wieku 10-13 lat. Czy książka może spodobać się starszym? Wątpię, choć jak mówię, takie targetowanie jest kwestią indywidualną. Myślę, że to, co mi się nie podobało, dwunastolatkowi przeszkadzać nie będzie. Ośmielę się nawet powiedzieć, że skoro mi się nie podoba, to jeszcze bardziej warto podsunąć ją dzieciakowi pod nos. Bo przecież z reguły tak jest, że to, co starsi uważają za niewarte uwagi, młodsi wręcz ubóstwiają.

Podobnie jak „Całkiem obcy człowiek”, także „Kłamca i szpieg” wydany został przez Wydawnictwo IUVI. Muszę przyznać, że powieść ta ma okładkę, która bardzo mnie zachwyciła. Zdecydowanie bardziej podoba mi się ona niż oryginalna amerykańska wersja. Przyznać też trzeba, że grafika na naszej okładce sugeruje książkę dla nieco starszej grupy wiekowej. Nie chcę jednak wyjść na takiego, co musi doczepić się do wszystkiego, a skoro okładka zachęciłaby mnie do zakupu tej powieści, to przecież jest dobra. Projekt naszej wersji okładki stworzyła Marta Żurawska-Zaręba.
Korektą „Kłamcy i szpiega” zajęła się Katarzyna Kolowca-Chmura i Teresa Zielińska, natomiast za redakcje odpowiada Krzysztof Bernaś. Za przekład odpowiedzialna jest Krystyna Kornas.

Powieść dostępna jest w oprawie miękkiej ze skrzydełkami w cenie 26,90 zł, a łączna liczba stron równa jest, uwaga, stu dziewięćdziesięciu czterech! Nic dziwnego, że książka wydawać może się nieco niedopracowana.

Podsumowując: „Kłamca i szpieg” jest pozycją dość lekką i niezobowiązującą do głębszych przemyśleń. Bohaterowie, choć infantylni, opisani są dość ciekawie, momentami z jednym z nich można się nawet utożsamiać. Nie miejmy jednak złudzeń – ta powieść nie przyniesie nam idealnego finału, który stanie się doskonałą puentą całej historii. Do przeczytania w jeden wieczór, nawet przez bardzo młodego czytelnika, któremu to właśnie najbardziej  powinna się spodobać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu IUVI.  
  
Tytuł: "Kłamca i szpieg"

Autor: Rebecca Stead


Tłumacz: Krystyna Kornas
 
Wydawca: Wydawnictwo IUVI


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 193 [18]


ISBN: 978-83-7966-034-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

niedziela, 2 lipca 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Trzecia"

Niecały rok temu premierę miała książka „Idealna” – debiutancka powieść Magdy Stachuli, która w niesamowicie szybkim tempie nazbierała wiele pozytywnych opinii i rzeszę wiernych fanów. Zresztą, co tu ukrywać, mnie samemu bardzo spodobała się pierwsza powieść autorki i z wielką niecierpliwością czekałem na kolejne książki Magdy Stachuli. I co? Skończyłem właśnie czytać drugą powieść, tym razem pod tytułem „Trzecia”. Czy ta historia dorównuje swojej starszej siostrze? 
Kraków – dawna stolica polskich królów, a obecnie miasto zamieszkałe przez ponad siedemset pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Wydawałoby się, że wśród tylu osób, bardzo łatwo można zachować anonimowość. A jednak…

Eliza jest terapeutką. Już od dzieciństwa wiedziała, że chce wykonywać tę profesję, dlatego też pełna zapału i dobrych chęci, wyjechała z rodzinnej miejscowości do grodu Kraka. Kobieta naprawdę kocha to, co robi. Lubi pomagać podczas sesji terapeutycznych z osobami, które same nie radzą sobie z własnym życiem. Oprócz tego Eliza przyjmuje pacjentów także w swoim prywatnym gabinecie. Mimo że jej życie nie jest do końca poukładane, szczególnie, jeśli chodzi o sferę uczuciową, lekarka uważa, że wiedzie jej się całkiem nieźle.

Terapeutka ma jednak wrażenie, że mimo pozornej normalności, coś jest nie tak. Wracając z pracy, czuje na sobie czyjś wzrok. Kiedy jedzie tramwajem, odnosi wrażenie, że nadal ktoś jej się przygląda. Eliza próbuje tłumaczyć swój dyskomfort natłokiem pracy i cudzych problemów. Pozbawia się jednak złudzeń, gdy w następnych dniach ktoś robi jej z ukrycia zdjęcia, a później śledzi ją czarnym samochodem. Na dodatek w swoim własnym mieszkaniu, słyszy przerażający głos kobiety. Lekarka obawia się, że traci zmysły… Ale przecież błysku flesza nie mogła sobie wymyślić!

Eliza gubi się we własnych myślach. Zastanawia się, czy powinna powiadomić odpowiednie służby? A może lepiej byłoby opowiedzieć o swoim niepokoju bliskim? Ten problem wkrótce rozwiązuje się jednak sam…

W momencie, w którym kobieta zastanawia się, czy jej prześladowca naprawdę istnieje, on dopiero rozpoczyna swoją rozgrywkę. I już na starcie zdecydowanie wie o kobiecie więcej niż jego ofiara o nim.

Nowa książka Magdy Stachuli zapowiadała się naprawdę dobrze, dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, zamawiając egzemplarz recenzencki. A jednak, czytając ostatnimi czasy naprawdę wiele powieści kryminalnych i thrillerów, poczułem lekkie znużenie, gdy „Trzecia” w końcu do mnie dotarła. Kiedy zacząłem czytać, bałem się, że ta moja lekka niechęć w stosunku do thrillerów, niekorzystnie rzutować będzie na ocenę końcową. Na moje szczęście, wcale tak się nie stało. Co więcej, nie musiałem nawet specjalnie się zachęcać do lektury. Fabuła „Trzeciej” zwyczajnie pozbawiła mnie czwartkowego wieczoru.
Szaleniec poleca "Trzecią".

Powieść Stachuli obfituje w mnóstwo emocji i akcji. Nie jest to jednak główny atut powieści. Otóż najważniejsze, co autorka zaoferować może w „Trzeciej”, potencjalnemu czytelnikowi, to naprawdę niesamowite dawkowanie informacji i wręcz łańcuszkowe odkrywanie kolejnych tajemnic. I tak zgodnie z przysłowiem, że po nitce do kłębka, dowiadujemy się coraz bardziej szokujących faktów, a karty powieści przerzucamy z prędkością światła.

„Trzecia” to książka, która jest idealnym portretem ludzkich osobowości. Występujące w powieści postacie, są niezwykle różnorodne, a Stachula stworzyła psychologiczne charakterystyki dla każdej z nich. Skutkuje to tym, że czytelnik w wielu miejscach zostaje naprawdę zaskoczony samą przeszłością i postawami bohatera. I choć cześć spraw można domyślić się w trakcie czytania, to do samego końca nie jesteśmy pewnie motywacji głównych bohaterów.

Co trzeba przyznać, „Trzecia” nie jest typowym thrillerem, nie mogę doszukać się w niej tego specyficznego uczucia grozy, które czytelnik powinien odczuwać podczas czytania. Jest to natomiast genialny wręcz dramat psychologiczny, kalejdoskop osobowości i ludzkich wypaczeń. 

„Tezy Freuda niejednokrotnie sprawdziły się w moim życiu, a jeśli ona jest psychologiem, to zapewne także wie, jak niszczące jest powstrzymywanie popędów. Zwłaszcza tłumienie tych seksualnych prowadzi do zaburzeń osobowości i nerwic, a ja mam w zwyczaju dbać o swoje zdrowie psychiczne, bo tylko ono mi zostało. Poza tym wierzę, że nie mówienie drugiej osobie o swoich fantazjach sprawia, że nasze ego realizuje je wyobrażeniach, a w takiej sytuacji realny partner nigdy nie ma szansy wygrać z wyidealizowanym kochankiem. Nie mam zamiaru obarczać jej tym nieszczęściem, więc gdy tylko się poznamy, zdradzę jej, co podpowiada mi wyobraźnia. Od kilku dni obsesyjnie odtwarzam te sceny w myślach i mam wrażenie, że w jej przypadku rzeczywistość sprosta moim wizjom”
"Trzecia" © Magda Stachula, Znak Literanova 2017

Może nieco nad interpretuj, ale wydaje mi się, że „Trzecia” niesie też pewien bardzo ciekawy i aktualny przekaz. Nie chcę zdradzać całego clou sprawy, żeby nie zepsuć nikomu lektury. Muszę wspomnieć jednak, że autorka bardzo duży nacisk kładzie na social media i to, co udostępniamy w sieci. To właśnie z brakiem anonimowości powiązany jest jedne z najważniejszych wątków książki. Co więcej, gdyby nie sieci społecznościowe i Internet, prawdopodobnie główna bohaterka nie miałaby aż tylu problemów.  Puenta płynąca z książki jest więc jasna i bardzo sugestywna.

„Trzecia” wydana została przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, a konkretnie pod marką Znak Literanova. Podobnie zresztą wydana została „Idealna”. Za redakcję nad książką odpowiada Katarzyna Sobiepanek-Szczęsna. Okładkę do „Trzeciej” stworzyła Izabella Marcinowska. Powieść wydana zostanie w oprawie miękkiej. Premiera książki zaplanowana jest na 5 lipca, czyli już w środę.
Łączna ilość stron w książce to około 360, natomiast sugerowana cena detaliczna wynosi 35 złotych. Powieść dostępna będzie także jako ebook.

Jak widać, dobra passa Magdy Stachuli trwa. Nie ma co tutaj za dużo mówić – jeśli jeszcze nie przeczytaliście „Idealnej”, musicie to nadrobić, jednak lektura „Trzeciej” powinna znaleźć się na Waszej obowiązkowej liście lektur w te wakacje. Bo czy nie ma niczego lepszego niż fantastyczna powieść podczas świetnego, ciepłego popołudnia? 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak.


Tytuł: "Trzecia"

Autor: Magda Stachula


Tłumacz: -
 
Wydawca: Znak Literanova


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 366 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-240-4628-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.



PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".