sobota, 18 listopada 2017

"Młody świat"

Jakiś czas temu swoją premierę miała książka debiutanta, jeśli chodzi o literaturę – Chrisa Weitza. Nie bez przyczyny zaznaczyłem, że Weitz zadebiutował jako autor powieści, bo znany jest już w nieco innych kręgach, lecz jako reżyser i scenarzyta kasowych hitów filmowych. Na koncie ma m.in. współtworzenie scenariusza do pierwszej części „Łotra” ze star warsowego uniwersum. Jak sprawdził się w nowej odsłonie?

W obecnym świecie obowiązuje określony ład i porządek. Mimo zawirowań politycznych, skandali i afer, życie zwykłych obywateli z reguły wygląda tak samo – młodzi idą do szkół, ich rodzice w tym czasie pracują w pocie czoła, by wieczorem wszyscy razem mogli zasiąść do kolacji i zobaczyć teleturniej na jednej z komercyjnych stacji.

Kiedy jednak w Stanach Zjednoczonych zaczyna szerzyć się nieznana choroba, wszystko się zmienia. Tajemniczy wirus rozchodzi się w mgnieniu oka i praktycznie każdy Amerykanin zostaje zarażony. Co jednak dziwne, działanie wirusa uaktywnia się, dopiero gdy człowiek osiągnie dojrzałość, a zatem gdy skończy osiemnaście lat. Dlatego też, z biegiem czasu i rozprzestrzeniania się choroby, wszyscy dorośli umierają podczas epidemii i w Stanach żywi pozostają jedynie nastolatki. A tego już raczej harmonijnym ładem nazwać nie można.

Gdy w kraju zapanowuje anarchia, a jedynym celem ocalałych młodych ludzi pozostaje przeżycie kolejnego tygodnia, nie liczą się już żadne zasady. A cała teoria, której dotąd nauczyli się w szkołach, przestaje mieć znaczenie.

Nowy Jork podzielony jest teraz na obozy rządzone przez różne grupy nastolatków, którzy nieustannie spierają się między sobą o terytorium, pożywienie i broń. Wkrótce nowym przywódcą jednego z obozów zostaje Jefferson. Dotąd grupą rządził brat chłopaka, ale po jego odejściu, to na barki Jeffa spoczęła odpowiedzialność za młodych ludzi z jego plemienia. Chłopak nie czuje się jednak odpowiednim kandydatem na przywódcę. Prędzej widziałby w tej roli chociażby swoją przyjaciółkę – Donnę, do której, no cóż, żywi nieco większe uczucia.

Wkrótce jeden z jego współtowarzyszy odnajduje wzmiankę na temat choroby sprzed okresu epidemii. Co więcej – istnieje możliwość odnalezienia antidotum na tę śmiercionośną zarazę. Jednak żeby cokolwiek odkryć, Jefferson wraz z zaufanymi kompanami będzie musiał opuścić tereny swojego obozu i przejść przez ziemię niczyją, w której roić będzie się nie tylko od wrogów z innych obozów, ale także głodnych dzikich zwierząt.

Czy grupie młodych ludzi uda się dowiedzieć, skąd wzięła się tajemnicza epidemia? Jak dużo będą musieli poświęcić, by odkryć prawdę? I czy istnieje w ogóle jakiekolwiek lekarstwo na tę chorobę?

Od kiedy na rynku wydawniczym pojawiły się „Igrzyska Śmierci” czy „Niezgodna”, pojawił się także wielki boom na młodzieżowe powieści dystopiczne, czy też powieść młodzieżowe bardziej podchodzące pod gatunek postapokaliptycznych. „Młody świat” od samego początku – czyli po przeczytaniu opisu – bezsprzecznie kojarzył mi się ze skrzyżowaniem „Niezgodnej” Veroniki Roth oraz „Piątej fali” Ricka Yanceya. Miałem jednak nadzieję, że z tego miksu wyjdzie coś dobrego, może nie wybitnego, ale przyzwoitego przynajmniej. I muszę przyznać, że lekko się zawiodłem.

Chris Weitz w swojej książce przedstawia dość mocno eksploatowany motyw w młodzieżowej literaturze postapo, więc wydawało mi się, że przy tak dużej powieści o podobnej tematyce, nie można zrobić poważnych błędów kreacyjnych. Bardzo się pomyliłem, ponieważ, w mojej opinii, stworzony przez autora świat, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości. Wydaje mi się, jakby autor w historii o epidemii grasującej w Stanach, całkowicie zapomniał o całej reszcie świata. Faktycznie, któryś z bohaterów coś tam przebąkuje na temat rozprzestrzeniania się choroby gdzieś w Europie, ale tak naprawdę, ani jeden ze „zdrowych” krajów nie podejmuje kompletnie żadnych kroków, by Stanom pomóc w czasie epidemii… I co jeszcze mniej prawdopodobne – żaden z tych krajów, nie podejmuje próby podboju chorych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przez to, czytelnik może odczuć, iż stworzona przez Weitza wizja świata, jest niedopracowana i niespójna.

Podobnie jest jednak także w przypadku samej fabuły. Czytając tę książkę, naprawdę musiałem nie raz zastanawiać się, czy w tym chaosie znaleźć można jakąkolwiek logikę. Decyzje bohaterów „Młodego świata” podejmowane były dość pochopnie, co z reguły przynosiło niekorzystne dla nich rezultaty. Ale może właśnie tak by to było, gdyby młodzież zaczęła panować nad światem?…

„Jej druga dłoń wędruje w dół moich pleców i zatrzymuje się na kości ogonowej. Moja znajduje to samo miejsce na jej ciele. I wpijamy się w siebie”
Chris Weitz, „Młody świat” str. 232, tł. Olga Siara, Insignis Media 2017

Główni bohaterowie książki Chrisa Weitza także nie wywarły na mnie dobrego wrażenia. Dialogi pomiędzy nimi z reguły były drętwe, żarty nieciekawe, a sama ich osobowość – kompletnie nijaka. 

Do fabuły tej książki, nie pasują także miłosne dylematy, które na sile autor wplótł w tę historię. Jeśli zrobiłby to bardziej umiejętnie, to jeszcze mógłbym to przełknąć. Jednak miłosne rozterki wydają się zwyczajnie sztuczne i niejednokrotnie sprawiały, że podczas lektury jedynie przewracałem oczami.
 
Spośród tej pospolitości, wyłaniała się tylko jedna postać, która w jakiś sposób intrygowała – choć mogła czasem irytować – młody nerd z obozu Jeffersona, nazywany, jakże błyskotliwie, Mózgowcem Była to naprawdę jedna z nielicznych postaci zbudowanych na tyle dobrze, by mogły zaciekawić czytelnika.

Jeden z antagonistów – z przeciwnego plemienia – nazywany jest natomiast… Przystojniakiem! Co do pseudonimów – pozostawię to indywidualnej ocenie, myślę jednak, że nawet w oryginale brzmi to śmiesznie. Kreacja pana Przystojniaka jest z kolei, o ile dobrze pamiętam, idealnym odwzorowaniem postaci Gally’ego z „Więźnia labiryntu” Jamesa Dashnera.

Jednym z niewielu elementów, które w książce mi się podobały, to sceny na zorganizowanym przez ocalałe dzieciaki targu, który powstał w dawnym budynku dworca Grand Central. Weitz w ciekawy sposób przedstawił gospodarkę, polegającą poniekąd na barterze, która z góry kontrolowana była przez jedno z plemion. W Ameryce, w której w wizji Weitza panował ciągły niedobór każdego artykułu spożywczego, na targu można było kupić nawet kawę – produkt uznawany za prawdziwie luksusowy. Oczywiście, za odpowiednią cenę.

„Przez szparę między skrzydłami drzwi widzę tłum ludzi. Ławki i nawy wypełniają zwłoki upchane tak gęsto, że praktycznie stoją. Jakby wszyscy wcisnęli się do konsulatu nieba, ale i tak nie załatwili potrzebnych dokumentów”
Chris Weitz, „Młody świat” str. 66, tł. Olga Siara, Insignis Media 2017

Na deser zostawiłem sobie jednak moje ulubione sceny z „Nowego świata”. Pierwsza z nich przedstawia bohaterów, którzy po ponad dwóch latach od rozpoczęcia epidemii, wchodzą do zamkniętego kościoła. W świątyni znajdują ciała dorosłych – oczywiście zapach trupów odrzuca ich dopiero po otwarciu kościelnych wrót. Najgorsze jest jednak to, że według autora, ciała martwych ludzi nie rozłożyły się w ciągu dwóch lat! Czy więc epidemia sprawiła, że zmarli ludzie zostali idealnie zakonserwowani niczym starożytne mumie? 

Kolejny świetny fragment z tej książki, to bitwa z niedźwiedziem (który uciekł z nowojorskiego zoo) w zamkniętym muzeum. Nadal pozostaje dla mnie zagadką, jak niedźwiedź dostał się do zamkniętego na cztery spusty budynku. A jeszcze lepszy jest fakt, że w owe dzikie zwierze, które atakuje naszych bohaterów, trafiają strzały z broni palnej, z karabinu i innych maszyn, a do tego ostrza noży i włóczni, mimo to nowojorski misiek nadal nie ma żadnych obrażeń i dalej marzy jedynie o kolacji składającej się z Jeffersona i Donny. 

Obie sceny idealnie pokazują, jak wiele pracy musi włożyć jeszcze autor, by jego książki były zwyczajnie dobre. Bo o ile na ekranie niektóre rzeczy mogą być akceptowane, o tyle w książce nie można przejść koło tego obojętnie.

Powieść „Młody świat” Chrisa Weitza, wydana została 27 września bieżącego roku przez Wydawnictwo Insignis.

Za przekład z języka angielskiego odpowiedzialna jest Olga Siara. Redakcją i korektą książki zajęli się Maria Brzozowska, Dominika Pycińska, Tomasz Brzozowski i Julia Diduch.

Projekt polskiej okładki stworzył Tomasz Brzozowski. „Młody świat” wydany został w Polsce w okładce miękkiej bez skrzydełek, z wytłoczonymi literami tytułowymi. Łącznie na książkę składa się około 355 stron. Cena detaliczna wynosi 34,99 zł. Tytuł dostępny jest także w wersji elektronicznej.

„Młody świat” to powieść, która zaskakuje. Jednak nie pozytywnie, jak tego oczekiwałem. Niestety, powieść nie jest ani zbyt subtelna, ani oryginalna pod względem fabularnym, ani nawet nie jest śmieszna – bo żarty są w niej suche niczym grzanki do zupy. Trudno mi też powiedzieć, do kogo konkretnie skierowany jest ten tytuł. Myślałem, że może będzie to książka skierowana do nastoletnich chłopaków zafascynowanych wizją postapokaliptycznego Nowego Jorku, ale mdłe wstawki z romansem dwójki głównych bohaterów, skutecznie przekreślają to twierdzenie. Ta książka po prostu sobie jest, ale wydaje mi się, że nikogo nie powali na kolana. A przynajmniej nie mnie. I będę musiał się naprawdę zastanowić, czy przed premierą kolejnej części, mam zamawiać egzemplarz drugiego tomu. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Insignis oraz firmie AIM Media.  
  
Tytuł: "Młody świat"

Autor: Chris Weitz


Tłumacz: Olga Siara
 
Wydawca: Wydawnictwo Insignis


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 355 [7]


ISBN: 978-83-6743-73-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



sobota, 4 listopada 2017

"Oskarżenie"

We wrześniu na księgarskich półkach pojawiła się kolejna książka Remigiusza Mroza – ostatnio dość naprawdę popularnego polskiego pisarza. Tym razem autor wydał kolejną książkę z serii o łamiącej konwenanse prawniczce – Joannie Chyłce. To już szósty tom z serii wydawanej w Czwartej Stronie. Czy więc „Oskarżenie” może zaskoczyć jeszcze czytelników? 
Od momentu, w którym Chyłka została zaatakowana przed Skyligth i oblana kwasem, a Kordian wybiegł z egzaminu, by jej pomóc, właściwie niewiele się zmieniło. Poza tym, że prawniczka musiała wziąć urlop, który spędziła w domu, nie interesując się niczym ani nikim, a Oryński pozbawił się szans na to, by na sali sądowej nosić togę z zielonym żabotem. A właściwie, to z jakimkolwiek żabotem. 

Joanna postanowiła w samotności kontemplować swój żal, jednocześnie ignorując wszystkie sprawy i wiadomość zawodowe. Kiedy jednak postanawia otworzyć jedno z pism, wie, że czas na użalanie się nad sobą minął. Do prawniczki zgłasza się żona dawnego PRL-owskiego opozycjonisty – Tadeusza Tesarewicza, który przed laty został aresztowany za zabójstwo i wykorzystanie seksualne czterech chłopców. Wszystkie dowody, których użyto w sprawie Tesarewicza, bez cienia wątpliwości wskazywały na winę oskarżonego, dlatego jego sprawa była z góry przegrana. A jednak – żona mężczyzny twierdzi, że posiada nowe informacje w sprawie swojego męża, które mogą zmienić dotychczasowe śledztwo. Choć Chyłka początkowo podchodzi do tej sprawy dość sceptycznie, to niebawem zmienia nastawienie, szczególnie gdy żona jej nowego klienta ginie. 

Oczywiście, mimo niezdanego egzaminu, jej były podopieczny, z którym Chyłkę łączy dość skomplikowana relacja, będzie musiał pomóc adwokat w nowej sprawie. Jednak zabójstwa chłopców sprzed lat i osadzenie dawnego opozycjonisty, łączą się z obecną polityką… Tymczasem jeden z zamordowanych chłopców zostaje odnaleziony… żywy, a Kordian trafia do aresztu śledczego – w trochę innej roli niż obrońcy. 

Do czego Joannę zaprowadzi to śledztwo? Czy Tadeusz Tesarewicz naprawdę winny jest zarzucanych mu czynów? I najważniejsze – dlaczego były aplikant znanej kancelarii, trafił za kraty?
Nie ma co ukrywać, że Remigiusz Mróz wydaje dość dużo książek w skali roku. Dlatego nie dziwię się niektórym osobom, że naprawdę czują przesyt, gdy wszędzie widzą nazwisko tego polskiego pisarza. Ja natomiast przyznaję, że książki Remigiusza Mroza czyta mi się z reguły dość przyjemnie, dlatego, gdy zobaczyłem, że szykuje się szósty tom historii Chyłki i Zordon, nie przewracałem oczami, a zaciekawiony czekałem na premierę kolejnej książki. 

Mając na swoim koncie już paręnaście powieści z nazwiskiem Mroza na okładce, trudno nie być przygotowanym na to, co szykuje dla nas autor. Podobnie było i w przypadku „Oskarżenia”, które, jak na moje oko, również nie fabularnie nie zaskakiwało. 

Cieszę się, że pomimo tego, że niezawodna mecenas Joanna Chyłka otrzymała status przyszłej matki, to jej upór i charakter pozostał taki sam, jak w poprzednich tomach. Przy recenzji jednej z poprzednich książek z tej serii, wyraziłem pewien niepokój właśnie dotyczący tej kwestii. Miałem nadzieję, że Chyłka nie przeistoczy się w rozmemłaną, pełną pacyfistycznych poglądów przyszłą mamę rodem aktorek z reklam słoiczkowych obiadków dla dzieci. Na szczęście – Chyłka nadal nie potrafi powstrzymać się od niewybrednych komentarzy, które to właśnie dodają największy urok w tej prawniczej historii. 

„– Co to jest?
– Cyrograf na usługi Joanny Chyłki – odparła, obracając papiery. – Podpisuje pan, oddaje mi swoją duszę, a ja wypuszczam ją z więzienia jak dżina z butelki. Pasuje?”
Remigiusz Mróz, „Oskarżenie” str. 47, Czwarta Strona 2017

Pisząc wyrażenie „prawnicza historia”, lekko się zawahałem. Może tylko ja ma mam takie odczucie, ale wydaje mi się, że z każdą kolejną książką z tej serii, coraz dalej oddalamy się od gmachów sądów i adwokackich perypetii na rzecz bardziej wyrazistych, kryminalnych wątków. Nie mówię, że wystąpień przed sądem w „Oskarżeniu” w ogóle nie ma, ale jest to jedynie jeden z wielu szczegółów, który gubi się gdzieś w natłoku innych zaskakujących wątków. 

Najciekawszym elementem tej książki, jest pewien plot twist już w ostatnich kilkudziesięciu stronach książki. Wydaje mi się, że te końcowe wydarzenia w powieści – nie chcąc za dużo zdradzać, dodam jedynie, że bardzo związane z postacią Joanny Chyłki – były naprawdę niespodziewane. Muszę przyznać, że akurat pod tym względem, autorowi naprawdę udało się „wbić mnie w fotel”. Był to jeden z nielicznych momentów w historii tej serii, podczas której Chyłka nie miała tyle szczęścia i, w przeciwieństwie do przysłowiowego kota, nie spadła na cztery łapy.

Mieszane uczucia mam jednak w stosunku do sprawy zatrzymania Kordian Oryński. Nie mam pojęcia, co konkretnie chciał opowiedzieć nam autor, wrzucając Zordona do więziennej celi, ale ten wątek, jak dla mnie, nijak ma się do reszty historii „Oskarżenia”. Ten epizod został zresztą dość szybko zakończony – nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale wydaje mi się, że akurat więzienna historia byłego aplikanta, to świetny pomysł na kolejną książkę. Nie wiem jednak, czy akurat na książkę z tej serii. Bo przecież Zordon i Chyłka najlepiej smakują razem, w jednym Daihatsu. 

„Zordon napije się kawy. Z mlekiem sojowym, aromatem waniliowym, bitą śmietaną i happy mealem Czarodziejki z Księżyca. Jeśli pan ma coś takiego pod ręką”
Remigiusz Mróz, „Oskarżenie” str. 391, Czwarta Strona 2017

Ostatecznie: „Oskarżenie” nadal jest książką dobrą – co prawda czwórkową, bo mogło być lepiej, ale w ogólnym rozrachunku nie jest źle. Akcje jest utrzymana na tyle dynamicznie, że jak to zwykle w książkach Remigiusza Mroza bywa, nie można było oderwać się od lektury. 

Najnowsza książka o Joannie Chyłce, podobnie jak pozostałe pięć części, wydana została przez Czwartą Stronę, należącą do Wydawnictwa Poznańskiego. Powieść swoją premierę miała 27 września bieżącego roku. 

Redaktor prowadzącą była Monika Długa, a za redakcję odpowiadała Karolina Borowiec. Korektą „Oskarżenia” zajęła się Magdalena Owczarzak, natomiast projekt okładki stworzył Mariusz Banachowicz. 

Powieść wydana została w oprawie miękkiej bez skrzydełek. Na „Oskarżenie” składa się około 560 stron. Dla fanów słuchania – książka dostępna jest także w wersji audio, a dla tych, którzy wolą czytać na e-papierze – szósta część o Chyłce dostępna jest w wersji elektronicznej. 
 
„Oskarżenie” to kolejna książka Remigiusza Mroza, która nie jest zbyt przełomowa w jego pisarskiej karierze, za to spełnia wszystkie wymogi dobrej lektury na jesienny wieczór. Świetnie wpisuje się w utworzonej przez autora konwencji serii o Chyłce i Zordonie, choć widoczne są zmiany z typowego law-fiction na thriller, które następują powoli od około trzeciej części, tj. od „Rewizji”. Autorowi zdarza się popełniać błędy z poprzednich części, mimo to nadal coś ciągnie mnie do kolejnych jego książek. Myślę, że „Oskarżenie” spodoba się szczególnie zapalonym fanom historii o Chyłce, jednak wydaje mi się, że nie będzie to ich ulubiona część. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.  
  
Tytuł: "Oskarżenie"

Autor: Remigiusz Mróz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 559 [3]


ISBN: 978-83-7976-712-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



niedziela, 29 października 2017

Ten tłum to do jakiegoś Mrozu... Czyli relacja z MTK 2017

W ten weekend w Krakowie odbywa się kolejna edycja Międzynarodowych Targów Książki organizowanych przez Expo Kraków. Podobnie jak w poprzednim roku, tak i w tym, na krakowskich Targach byłem tylko w sobotę. Wydaje mi się jednak, że w ten jeden dzień udało mi się spełnić wszystkie najważniejsze punkty, które zawsze są dla mnie obowiązkowe na Targach Książki. 



Nie ma co ukrywać, że na MTK zawsze jest bardzo tłoczno. Tym razem także miałem wątpliwą przyjemność stać w korku przed skrzyżowaniem na Galicyjską – na szczęście nie musiałem czekać zbyt długo. Pozwoliłem sobie zgrabnie wyminąć tłumy stojące przed wejściem na halę, udałem się do pokoju prasowego, a po odebraniu akredytacji – zaczęła się prawdziwa targowa zabawa!

Na tegorocznych Targach Książki w Krakowie udało mi się spotkać z Augustą Docher, która podpisywała swoją  książkę „Najlepszy powód…” na stoisku Wydawnictwa Znak od godziny jedenastej.

W tym samym czasie na stoisku Znaku autografy rozdawała także Magda Stachula, która w tym roku wydała drugą powieść – „Trzecia”. Do pisarki ustawiła się pokaźna liczba osób, a ja sam dostałem autograf tylko dlatego, że przyszedłem na sam koniec spotkania, gdy osób zostało już tylko kilka. 


Mniej więcej w tym samym czasie swoje spotkania miały także na stoisku Helionu K.N. Haner i Layla Wheldon, której książka „Dance, sing, love” zostanie niebawem zrecenzowana na blogu. 

Do dwunastej na stoisku Novae Resu można było spotkać Annę Kasiuk, później Annę Szafrańską i Agnieszkę Lingas-Łoniewską. Dla tych ostatnich dwóch pań kolejka także była dość duża, a w przejściach między stoiskami zrobiło się tłoczno. 


Około godziny trzynastej trzydzieści na stoisku Zielonej Sowy pojawił się Marcin Mortka – polski autor oraz tłumacz. Mortka stworzył m.in. serię o Tappim, a jego najnowsza książka to recenzowana jakiś czas temu „Królewska Talia”. Udało mi się otrzymać autograf od autora i nawet przez chwilę porozmawiać. Było to jedno z moich najbardziej udanych spotkań na Targach.

W międzyczasie robiłem kolejne zakupy książkowe – choć ostatecznie nie zaszalałem tak bardzo, jak można byłoby przypuszczać! Uwierzcie, mogło być znacznie gorzej. Cieszę się także, że udało mi się porozmawiać z zaprzyjaźnionymi wydawcami. Oczywiście, było to możliwe tylko wtedy, kiedy rzesza czytelników nie okupowała stoiska, co zdarzało się w przypadku m.in. Katarzyny Berniki Miszczuk.

Stoisko wyd. Media Rodzina

Kolejkowym rekordem było prawdopodobnie spotkanie z Ericiem-Emannuelem Schmittem, a także spotkanie z Camilą Lackberg. Od czternastej do dziewiętnastej w jednej z sal swoje książki podpisywał… Remigiusz Mróz. Wydaje mi się, że było to bardzo dobre rozwiązanie, bo dziki tłum fanów nie barykadował przejścia pomiędzy stoiskami. Blokowali przejście pomiędzy salami!

Kolejka do Remigiusza Mroza
Stojąc w kolejkach do autorów, udało mi się usłyszeć, jak zawsze, parę naprawdę ciekawych opinii. Między innymi, jeden z panów mówił do drugiego, że naprawdę nie rozumie fenomenu książek, bo on to woli poczekać na ekranizację.

Następnie małżeństwo przechodzące korytarzem obok kolejki do Remigiusza Mroza patrzy na tłumy z niemałym zdziwieniem, a mąż mówi do żony: „Wiesz, jakaś pani mówiła, że to do tego całego Mrozu jakiegoś. Ja go tam nie znam…”

Ostatecznie jednak Mrozu musi być dość szarmancki, bo nastolatki wychodzące z sali Praga A wykrzykiwały do siebie: „To jest najukochańszy człowiek na świecie! Jest taki miły, że po prostu… ach!”. Jak widać, sława to pojęcie względne!


O piętnastej, wraz ze znajomymi, wybrałem się do Ewy Cielesz, która na stoisku Axis Mundi podpisywała swoje książki. Ja akurat miałem przy sobie „Słońce umiera i tańczy”. Był to jeden z ostatnich punktów mojego programu.

Jedno ze stoisk, które najbardziej zapadło mi w pamięć, to stoisko Wydawnictwa Otwartego, które od wielu lat prezentowało się w Krakowie z bardzo podobnym wystrojem. W tym roku Otwarte zmieniło nieco image, co wyszło im na dobre. Może i nie mieli oni najbardziej konkurencyjnych cen, ale za to jakże oryginalne stoisko!

Promocja Publicatu
Bardzo ciekawą formę promocji swoich spotkań zastosowała Grupa Wydawnicza Publicat, która na ściankach swojego stoiska przykleiła… książki! I choć niektórym wydawać może się to barbarzyństwem – nie przesadzajmy, wyglądało to świetnie.
Równie ciekawe stoiska miały drukarnia Opolgraf, a także świetnie przygotowane stoisko Wydawnictwa Jaguar.

Kończąc moją wizytę na Targach, w torbach miałem masę magazynów, katalogów i tonę zakładek – jak zwykle, nie mogłem się oprzeć… Na stoisku Merlina, podobnie jak w przypadku Targów Książki w Warszawie, wypiłem pyszną białą kawę. Nie mogło być lepiej!

Stoisko GW Foksal
Na Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie wiele osób narzeka – że tłok jest, że korki i w ogóle zawsze zła pogoda. A ja sobie myślę, że ten Kraków to taki nasz mały polski Londyn. Niby tłok, deszcz i korki. Owszem, ale także mnóstwo dobrej, niesamowitej energii, a większość z nas i tak wraca na kolejną edycję Targów. Ja w każdym razie z pewnością zaplanuję następną wizytę na następny rok!


Więcej zdjęć oraz relacja filmowa z Targów pojawi się już wkrótce na moim Facebooku!

sobota, 21 października 2017

"Spisek scenarzystów"

Jakiś czas temu premierę miała nowa książka jednego z polskich scenarzystów – Wojciecha Nerkowskiego. Druga powieść w dorobku autora – „Spisek scenarzystów” – w założeniu miała być świetną komedią z dobrze rozwiniętym wątkiem kryminalnym. Jednak czy humor nie był zbyt przesadzony, a wątek kryminalny nazbyt nieprawdopodobny?

Relacje pomiędzy rodzeństwem bywają różne. Niektórzy naprawdę dobrze się między sobą dogadują, inni są doskonałym przykładem tego, że z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu.
Sylwia i Kuba Leśniewscy to rodzeństwo, które różni naprawdę wiele. Sylwia liże właśnie rany po nieudanym związku z pewnym Markiem, natomiast Kuba… cóż, na razie mężczyzna nie myśli o stałym związku. O małżeństwie w ogóle, gdyż w Polsce małżeństwa jednopłciowe nie są zalegalizowane!

Jednak dogadują się dość dobrze, co sprawia, że potrafią razem ze sobą pracować – oboje współtworzą scenariusz do znanego polskiego serialu telewizyjnego „Stój, bo strzelam!”. Jednak praca w telewizji nie jest tak bajeczna, jak mogłoby się wydawać. Wielkie gale, bankiety z mnóstwem alkoholu i sesje zdjęciowe na ściankach to zaledwie ułamek tego, co spotyka osób z branży medialnej.  Zresztą – niekoniecznie dotyczy to Sylwii i Jakuba, bo jako scenarzyści, z reguły są pomijani przy wszystkich najlepszych eventach… 

Niestety, oglądalność ich serialu spada, a praktycznie cała ekipa za niego odpowiadająca, dwoi się i troi, by tylko słupki wzrosły. Szczególnie zdenerwowana tym faktem jest pani producent, przez ekipę nazywana Palomą. Charakterna producentka daje popalić każdemu, niezależnie od wykonywanej pracy. Nic więc dziwnego, że nikt nie przepada za jej towarzystwem… Tymczasem nad serialem nadal wisi widmo zdjęcia z anteny.

Wkrótce dochodzi do szokującego odkrycia – Paloma, kobieta stąpająca twardo po ziemi, zostaje znaleziona martwa we własnym mieszkaniu. Policja szybko zamyka śledztwo, bez najmniejszych wątpliwości uznając śmierć producent za samobójstwo bez udziału osób trzecich. Krążą pogłoski, że jedną z przyczyn podjęcia tego desperackiego kroku, była zła sytuacja serialu… Coś jednak w sprawie Palomy nie pasuje scenarzystom, którzy zbyt dobrze znali nieboszczkę. Sylwia i Kuba jednogłośnie przyznają, że kto jak kto, ale ta kobieta nie pozwoliłaby sobie na przedwczesne odejście z tego świata.

Dwójka scenarzystów dość średniego serialu zaczyna swoje własne dochodzenie. Mają nadzieję dotrzeć do prawdy, dotrzeć do zabójcy producentki „Stój, bo strzelam!”. Jak się jednak okazuje, zagadka ta nie jest prosta do rozwiązania, tym bardziej w świecie show-biznesu.

Kuba i Sylwia zaczynają dopasowywać elementy układanki, wkrótce jednak ginie kolejna osoba z zespołu filmowego. Scenarzyści są jednego pewni – oba morderstwa są ze sobą powiązane, a stoi za nimi ta sama osoba. Osoba, która prawdopodobnie jest ich kolegą z pracy…

Czy rodzeństwo, które do tej pory pisało wymyślone sprawy kryminalne, odnajdzie się w roli detektywów? Czy uda im się rozwiązać sprawę zagadkowych zabójstw w półświatku miernych aktorek i ekscesów pseudocelebrytów?

Komedia kryminalna to było coś, czego w ofercie wydawnictwa Czwarta Strona do tej pory nie widziałem. Zarówno okładka, jak i sam opis, przyciągnął mój wzrok i bez wahania zamówiłem egzemplarz recenzencki. Jednak często zdarza się tak, że zamówione, pod wpływem impulsu, książki nie spełniają naszych oczekiwań. Nazwać by to można było czymś podobnym do dysonansu pozakupowego. Jak się okazało, książka Wojciecha Nerkowskiego wcale mnie nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie – zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony!

„Spisek scenarzystów” to przezabawna powieść z bardzo dobrze rozwiniętym wątkiem kryminalnym. Kiedy przystąpiłem do lektury „Spisku…”, miałem pewne obawy, ale nie oczekiwałem też za wiele. Przyzwyczaiłem się, że takie literackie „hybrydy” mogą być czasem nieudane. Nerkowski jednak wiedział, co to umiar i z odpowiednim wyczuciem zawarł w swojej książce odpowiednią ilość humoru i żartów oraz ilość kryminalnych odniesień.

Autor dość zręcznie stworzył fabułę i postacie, dzięki czemu akcja jego czterystustronicowej książki była stale dynamiczna. Fabuła nie nudzi czytelnika, co sprawia, że z chęcią przewraca się kolejne strony „Spisku scenarzystów”.

Wojciech Nerkowski dość dobrze rozplanował swoją intrygę i powiązania ze związanym z nią „złym charakterem”. Wraz z głównymi bohaterami – Sylwią i Kubą – próbowałem rozwiązać zagadki tajemniczych morderstw, jednak kolejne niewiadome, a także przygody, jakie zdarzały się dwójce scenarzystów, skutecznie niszczyły mój tok dedukcyjny, przez co praktycznie do samego końca nie byłem pewien, kogo nazwać winnym!

W książce pojawia się cała masa bohaterów. I choć początkowo jest to nieco przytłaczające, to na szczęście, ostatecznie, przez większość czasu udało mi się orientować w sytuacji.

Co ważne – główny wątek tej powieści, czyli śmierć Palomy i śledztwo, przez cały „przewija się” przez akcję powieści. Często zdarza się bowiem tak, że autor w swojej książce tworzy i realizuje tak wiele różnych wątków pobocznych, że ten najważniejszy, całe clou historii, po drodze po prostu gdzieś się gubi. W „Spisku scenarzystów” do czegoś takiego nie dochodzi, za co należy się wielki plus dla autora.

Wojciech Nerkowski bardzo ciekawie przedstawia także świat show-biznesu i średniej klasy aktorów. Autorowi udało się to szczególnie dobrze, gdyż w jego kreację bez problemu można uwierzyć. 

Chyba jedynym poważnym zastrzeżeniem, jakie mam do tej książki, to poruszana przez bohaterów kwestia homoseksualności. Nie powinno to dziwić, sam przecież w opisie zaznaczyłem już, że Kuba jest homoseksualistą. I ogólnie nie jest to też dla mnie problem, bo wydaje mi się, że jestem dość liberalny. Jednak w „Spisku…” przy wielu scenach czy też „problemach” podkreślana jest ta odmienna orientacja seksualna. Było to całkowicie niepotrzebne, stosowano to wręcz bez umiaru, co sprawiło, że postać, u której podkreślano tę właśnie odmienną orientację, sprawiała karykaturalne wrażenie i wydawało mi się nawet, że Wojciech Nerkowski, z nieznanych mi powodów, wręcz „uparł się”, żeby tak mocno to zaakcentować.

Jednak w ogólnym rozrachunku, książka wypada naprawdę dobrze. Jeśli do tej pory komedię kryminalną czytelnicy kojarzyli jedynie z Alekiem Rogozińskim, to po lekturze „Spisku scenarzystów”, światopogląd fanów historii o Róży Krull może zostać podważony!

Jak wspominałem, „Spisek scenarzystów” wydany został przez Czwartą Stronę. Druga powieść Wojciecha Nerkowskiego swoją premierę miała 30 sierpnia bieżącego roku.

Redaktorem prowadzącym był Patryk Mierzwa. Za redakcję książki odpowiada Malwina Błażejczak, natomiast korektą zajęła się Barbara Borszewska.

Projekt okładki stworzył Mariusz Banachowicz. „Spisek scenarzystów” na księgarskich półkach dostępny jest w oprawie miękkiej ze skrzydełkami z wytłoczonymi literami tytułowymi.

Na powieść składa się około 400 stron. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Spisek scenarzystów” to dobra komedia kryminalna, której akcja dzieje się pomiędzy planem filmowym a cmentarną kaplicą. Podczas lektury uśmiech przez cały czas nie schodził mi z twarzy! Równie trudno, jak zapanować nad mimiką twarzy, było mi odłożyć tę książkę na stolik. Przy tej powieści zapewniamy się, że jeszcze tylko jeden rozdział i idziemy spać. A potem okazuje się, że z jednego rozdziału zrobiła się cała powieść, a z godziny dwudziestej drugiej wieczorem, godzina druga w nocy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.  
  
Tytuł: "Spisek scenarzystów"

Autor: Wojciech Nerkowski


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 395 [7]


ISBN: 978-83-7976-726-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




sobota, 14 października 2017

"Absolwentka"

Muszę przyznać, że rzadko wybieram książki typowo erotyczne. Jeśli już, to z reguły jest to jedynie jeden z wątków czytanej powieści. A jednak – pewien czas temu pokusiłem się na zamówienie dwóch erotyków od wydawnictwa Harper Collins: „Debiutanta” SJ Hooks oraz drugi tom – „Absolwentkę”. Kiedy przeczytałem pierwszą część, nie ukrywałem, że naprawdę się rozczarowałem. Z lekką obawą zabrałem się za lekturę „Absolwentki” – i jak było?

Po ostatnich wydarzeniach, stateczne życie Stephena Worthingtona całkowicie uległo przemianie. Z nudnego profesora literatury, którego całe życie polegało na pracy i czytaniu książek, Stephen zamienił się w coraz bardziej pewnego siebie łóżkowego amanta. Oczywiście, nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie spotkał jej – Julii. Swojej studentki, a jednocześnie ucieleśnienia seksualnych fantazji. To ona, zdecydowanie młodsza od niego, sprawiła, że nabrał wprawy w tym, co zawsze go przerażało – w kontaktach seksualnych.

Dziś Stephen i Julia odbudowują swoją relację, która przez splot niefortunnych wydarzeń została zachwiana i zniszczona, co nie było dobre ani dla niego, ani dla niej. Namiętność, która istnieje pomiędzy tymi dwojga, jest niewyobrażalna. Z biegiem czasu Stephenowi jednak przestaje odpowiadać relacja, jaka istnieje między nimi. Pragnie, by z poziomu seks-partnerów przeszli na kolejny etap – związek. Nic dziwnego, gdyż mężczyzna czuje do Julii coś więcej, niż tylko pociąg seksualny. Problem w tym, że Julia nie jest przekonana do tego, by oficjalnie zostać parą. Za każdym razem kategorycznie odmawia, co nie wróży dobrze ich relacji…

Tym bardziej, że niebawem Julia otrzymuje szansę wyjazdu na zagraniczne studia w Europie, a w życiu Stephena pojawia się kobieta sprzed lat. Na dodatek Julia zdaje się ukrywać przed Stephenem wiele tajemnic, co wzbudza w mężczyźnie pewne podejrzenia…

Jak rozwinie się relacja tych nietypowych kochanków? Czy faktycznie związek to dobry pomysł? Co ukrywają przed sobą Julia i Stephen?

Czasem zdarza się tak, że nawet gdy bardzo chcę, to nie potrafię znaleźć zalet książki. Taki tytuł zwyczajnie mi się nie podoba, pod każdym względem. Podobnie było niestety z „Absolwentką” SJ Hooks.

Przy recenzji pierwszej części tej historii, miałem wiele uwag. „Debiutant” został przeze mnie skrytykowany i stwierdziłem, że ogólnie historia na tle innych wypada dość słabo. Jednak „Absolwentka” zaskoczyła mnie jeszcze bardziej – okazało się, że faktycznie, może być gorzej.

„Chwiejnym krokiem ruszyłem do łazienki, odkręciłem wodę i wszedłem pod prysznic. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym robić to w towarzystwie. Owszem, to wydawało się rozsądne, jeśli chodzi o oszczędność wody, ale zdawałem obie sprawę, że raczej nie dlatego ludzie to robią. / Kiedy tylko poczułem, jak ramiona Julii oplatają mnie w pasie, […] pojąłem, że nie zależy mi na oszczędzaniu wody”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 87, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

O ile w „Debiutancie” SJ Hooks miała pewien pomysł na swoją książkę, może niezbyt odkrywczy, ale jednak, to dzięki temu cała fabuła miała jakiś sens. Przy lekturze tej książki odniosłem natomiast wrażenie, że czytam powieść o… niczym. Od razu na myśl nasunął mi się tytuł „Książka bez sensu”, bo właśnie taki pasowałby do „Absolwentki”…

W tej części Hooks prezentuje nam zmagania infantylnego Stephena z charakterną Julią. Ogólnie trudno jest mi przy tym tytule dobrze opisać fabułę, jednocześnie nie zdradzając większości najważniejszych wątków. Wystarczy, że powiem, że większa część książki skupiona jest na problemach dwójki kochanków. W związku z tym przez większość czasu autorka zadręcza nas scenami z rodzaju tych dramaturgicznych, czyli w stylu „ach, jakiż ja nieszczęśliwy, boś ty, ma ukochana, nie chcesz w związku ze mną być”.

„Nie mówię nie – wyszeptała […] – Uwielbiam być z tobą, Stephen. Ale być znów czyjąś dziewczyną…”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 78, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Fabuła jest nudna i bardzo przewidywalna. Tak jak napisałem powyżej, zadręczanie się przez bohaterów, sprawiało dość kuriozalne wrażenie. Co więcej, takie zachowanie bohaterów i sposób prowadzenia fabuły sprawił, że ja sam niemiłosiernie męczyłem się nad tym tekstem. Akcja w żadnym stopniu nie była, mówiąc kolokwialnie, „porywająca”, kompletnie nic nie zachęcało mnie do tego, by kontynuować czytanie.

„A podczas kolacji dokładałem wszelkich starań, żeby nie fantazjować o jej ustach obejmujących sztywny, pulsujący element mojej anatomii, choć było to prawie niemożliwe, gdy widziałem, jak je pieczonego kurczaka [podkreślenie – Moje Bestsellery]”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 60, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Nie mam pojęcia, jakim cudem autorce udało się wydać tę powieść, w każdym razie ja już dawno nie miałem okazji przeczytać czegoś tak nieprzemyślanego i niedopracowanego. Jak się okazuje, według Hooks rozwiązaniem wszystkich melodramatycznych problemów Stephena i Julii może być seks. Dlatego też właśnie doznań seksualnych w tej książce nie brakuje – problemem jest jednak to, że: po pierwsze, sceny seksu są tak płytkie i kompletnie nijakie, że w żaden sposób nie można nazwać ich sensualnymi, a po drugie, jest ich naprawdę nadmiar i to na nich (i oczywiście powiązanych z nimi problemami) opiera się fabuła. Dlatego też, gdy pojawiają się problemy na rodzinnym spotkaniu – Julia i Stephen uprawiają seks. Gdy umiera ktoś bliski – Julia i Stephen uprawiają seks. Gdy jedno z nich tęskni za drugim – Julia i Stephen uprawiają seks. Myślę, że nawet gdyby któreś z nich miało problem z obraniem ziemniaków, seks byłby u nich idealnym panaceum.

Oprócz tego, zauważalne były istniejące powtórzenia pewnych kwestii, które pojawiały się w pierwszej części. W „Absolwentce” Hooks „wałkuje” cały czas te same problemy, co jeszcze bardziej sprawia, że książka odbierana jest przez czytelnika jako naprawdę nużąca.

Nie obyło się także od błędów rzeczowych. Jednym z nich jest wypowiedź bohaterki, która twierdzi: „Już po tej pierwszej nocy wiedziałam, że będę chciała znów się z tobą przespać”¹. Tymczasem kilkadziesiąt stron wcześniej, bohaterka zdecydowanie oznajmia, że jej związek ze Stephenem miał być jedynie przygodą na jedną noc. Jeszcze inny przykład związany jest z tym, że bohaterka na naprawdę długi wyjazd nie zabiera ze sobą kosmetyczki (strona 277), przez co musi tłumaczyć się kochankowi. Zastanawiam się, ile kobiet faktycznie wyjeżdża na wiele miesięcy i nie zabiera ze sobą produktów higienicznych ani nie wpada na pomysł, by zakupić je w okolicznym sklepie…

Irytujące jest także w rozmowach pomiędzy Julią a Stephenem stałe przywoływanie historii o byłym chłopaku kobiety. Temat ten wracał niczym bumerang w nowej piosence Ewy Farny, a mnie szczególnie denerwował. Inną sprawą były nienaturalne, patetyczne wręcz dialogi, które działały na nerwy, na przykład:
„– […] To było dla niej bardzo trudne.
– Ogromnie mi przykro. […] Proszę, przekaż Julii nasze kondolencje.
– Dziękuję, przekażę”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 52, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Gdy jednak atmosfera się rozluźniała, poziom wypowiedzi bohaterów stawał się znów nad wyraz absurdalny. Wygląda na to, że trudno mi dogodzić, bo i tak źle, i tak niedobrze.

„Uśmiechała się tak promiennie, że na chwilę stanęło mi serce [podkreślenie – M.B.]”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 91, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

„Absolwentka”, podobnie jak poprzednia część, wydana została w Polsce przez wydawnictwo Harper Collins. Książka swoją premierą miała w sierpniu tego roku.

Opiekę redakcyjną nad tytułem sprawowała Małgorzata Pogoda. Za opracowanie redakcyjne odpowiada Anita Rejch, natomiast korektą zajęła się Jolanta Rososińska.

Z języka angielskiego książkę przełożyła Aga Zano, natomiast projekt okładki stworzyła firma Emotion Media. Powieść wydana została w oprawie miękkiej bez skrzydełek. Na książkę składa się ok. 320 stron, a cena detaliczna wynosi 32,99 zł. „Absolwentka” dostępna jest także w formie elektronicznej.

„Absolwentka” okazała się jednym wielkim rozczarowaniem. Lektura tej książki była prawdziwą podróżą do krainy absurdu. Fabuła nie miała większego sensu, a wszystkie wątki tworzone były jedynie po to, by ostatecznie bohaterowie znaleźli się razem w „miłosnym uniesieniu”. Jak dla mnie, jest to jedna z tych książek, która nie wnosi niczego nowego, jest nieciekawa i zwyczajnie źle napisana. Kończąc, powiem tylko, że jeśli ktoś zaproponowałby mi przeczytanie innej książki SJ Hooks, to nawet nie znając opisu, odmówiłbym bez wahania.

¹SJ Hooks, „Absolwentka” str. 102, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu HarperCollins.  
  
Tytuł: "Absolwentka"

Autor: SJ Hooks


Tłumacz: Aga Zano
 
Wydawca: HarperCollins Polska


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 319 [3]


ISBN: 978-83-276-2939-5


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★☆☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


czwartek, 5 października 2017

"Zadurzenie"

Całkiem niedawno na blogu pojawiła się recenzja książki „Siedem dni”, czyli pierwszej wydanej w Polsce powieści autorstwa Eve Ainsworth. Ten tytuł bardzo przypadł mi do gustu, dlatego z dość pozytywnymi odczuciami zabrałem się za lekturę drugiej książki autorki. Tym razem chodzi o „Zadurzenie” – kolejna młodzieżówka, kolejne problemy bohaterów. Czy ta powieść spodobała mi się równie mocno jak pierwsza?

Życie nie jest łatwe. Z pewnością wie o tym piętnastoletnia Anna, która wraz z młodszym bratem wychowuje się na Osiedlu – w prawdopodobnie najgorszym miejscu do życia. A przynajmniej tak się dziewczynie wydaje. Od kiedy z domu odeszła jej mama i Anna pozostała w mieszkaniu sama z dwójką facetów – ojcem i bratem – to właśnie na nią spadły wszelkie domowe obowiązki. A przecież oprócz zajmowania się mieszkaniem, dziewczyna musi jeszcze się uczyć i ma też własne problemy… Nic więc dziwnego, że czuje się przytłoczona tym, co zgotował dla niej los. Wkrótce jednak coś zaczyna się zmieniać, gdyż Anną interesuje się chłopak. Ucieleśnienie jej marzeń. Okazuje się, że jej życie nie musi być wcale takie złe…

Will natomiast jest całkowitym przeciwieństwem dziewczyny. W szkole ma status lokalnej gwiazdy; jest naprawdę popularny, na dodatek dobrze się ubiera i jest niesamowicie przystojny. Nic więc dziwnego, że podoba się praktycznie wszystkim dziewczynom. Jednak chłopak spośród wszystkich dziewcząt zakochany jest w tej najbardziej niepozornej – Annie. Zresztą z wzajemnością.

Kiedy Will i Anna oficjalnie zaczynają się ze sobą spotykać, wzbudzają wielkie zainteresowanie. Anna wpada po uszy; wierzy, że spotyka się z chłopakiem, o którym zawsze marzyła: opiekuńczym, troskliwym, ale też męskim i romantycznym. Wkrótce jednak idealny Will staje się coraz bardziej zaborczy, a pewne sprawy wymykają się spod kontroli.  Chłopak będzie chciał coraz bardziej kontrolować życie dziewczyny, a Anna nie będzie mogła mu odmówić. Co przyniesie związek tych młodych ludzi?

„Zadurzenie” Eve Ainsworth to jedna z tych książek, które naprawdę mnie zaskoczyły. Po przeczytaniu „Siedmiu dni” wiedziałem mniej więcej, czego mogę spodziewać się w nowej książce tej autorki. Jednak to, co przeczytałem, kompletnie mną wstrząsnęło.

„Zadurzenie” to świetnie napisana powieść dla młodzieży, która porusza trudne tematy. W przeciwieństwie do innych młodzieżówek, ta jednak nie jest ckliwym love story czy dramą rodem z telenoweli. Autorka „Zadurzenia” naprawdę dobrze tworzy psychologiczne aspekty w swoich książkach, dzięki czemu czytelnicy, zwłaszcza ci młodzi, będą mieli wrażenie, że wreszcie zostali zrozumiani i że mają szansę przeczytać książkę o problemach, które naprawdę ich dotyczą.

Wydaje się, że autorka po prostu potrafi zrozumieć psychikę młodych ludzi i ich postrzeganie na świat. Jednocześnie autorka umie przelać tę wiedzę na papier i robi to w sposób bardzo naturalny.
Dlatego też tak dobrze wychodzi jej mówienie o problemach, które dotyczą jej książkowych bohaterów. A jest ich przecież w „Zadurzeniu” co niemiara – zaczynając chociażby od młodzieńczego buntu, który, jak przekonuje się Anna, często może prowadzić do katastrofalnych skutków. Autorka opisuje brutalną prawdę; nie owija w bawełnę. Jednak jej książki potrafią także rozbawić, a nawet pouczyć – i to bez zbędnej moralizatorskiej pogadanki.

Główna bohaterka – Anna się zakochuje. To nic nowego, biorąc pod uwagę fakt, ile par tworzy się w okresie dojrzewania. Problem polega jednak na tym, że miłość ta nie przynosi dziewczynie zbyt wiele dobrego. Historia dziewczyna pokazuje miłość toksyczną, pełną ograniczeń, zaborczości, zazdrości i agresji. Miłość, której synonimem jest kontrola.

Jednak to nie sam Will i Anna są winni, bo jak pokazuje autorka, nic nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Ainsworth pokazuje, jak bardzo środowisko, w którym wychowujemy się i przebywamy, wpływa na nas, naszą psychikę i nasze wybory.

Eve Ainsworth wybrała dość trudny temat, który w literaturze dla młodego czytelnika nie jest dość często poruszany. Zrobiła to jednak w bardzo dokładny, a zarazem delikatny sposób, wręcz finezyjnie, dzięki czemu książkę czyta się bardzo dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że problemy, które występują w fabule, niejednokrotnie mogą wzbudzać u czytelnika naprawdę wiele emocji.

Plusem dla drugiej książki Eve Ainsworth jest także utrzymanie tego samego miejsca akcji, które autorka stworzyła w „Siedmiu dniach”. Pojawia się nawet kilku bohaterów, którzy w poprzedniej powieści wystąpili.

Dzięki temu, czytelnik, który zapoznał się z „Siedmioma dniami”, może odnieść wrażenie, jakby kontynuował czytanie pewnego cyklu. Warto zauważyć, że jest to jednak oddzielna powieść, a co za tym idzie, fabuła także jest oneshotowa, dlatego, nawet jeśli czytelnik „Zadurzenia” nie przeczytał „Siedmiu dni”, to nie będzie to w żaden sposób przeszkadzać mu w zrozumieniu treści książki.

W „Zadurzeniu” znajdziemy naprawdę mnóstwo problemów młodych, które można byłoby wyliczać bez końca. Pierwsze związki, rozczarowania, niska samoocena czy problemy emocjonalne to jedynie wierzchołek góry lodowej. A to wszystko mieści się na niecałych 250 stronach. A jednak, tak dobrze skomponowana i napisana książka sprawia, że nie czujemy przytłoczenia wszystkimi wymienianymi nieszczęściami.

Choć z reguły stronię od tak mocnych wyrażeń, to tym razem pozwolę sobie na to: ta książka naprawdę mną poruszyła i niezmiernie cieszę się, że udało mi się ją przeczytać. Jak dla mnie, jest to jedna z lepszych książek dla młodzieży, które obecnie dostępne są na naszym rynku. Nie jest to przesłodzona opowieść dziewczyny w różowych okularach, a naprawdę smutna historia, którą warto przeczytać.

„Zadurzenie”, podobnie jak poprzednia książka autorki, wydane zostało przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Premiera książki miała miejsce już jakiś czas temu, bo w maju 2016 roku.
Za redakcję powieści odpowiada Teresa Zielińska, natomiast korektą zajęły się Emilia Grzeszczak i Anna Iwanowska. Z języka angielskiego, podobnie jak przy „Siedmiu dniach”, przełożył Marcin Mortka.

Powieść wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Na książkę składa się niecałe 250 stron. Cena detaliczna „Zadurzenia” wynosi 24,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Zadurzenie” to przejmująca opowieść, która udowadnia pewne przysłowie, że to nie szata zdobi człowieka, tylko człowiek szatę. Jest to książka idealna dla każdego – bez względu na wiek, która w punkt trafia w ludzkie słabości. Jak dla mnie – jest to jedna z najlepszych przeczytanych książek w tym roku! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.  
  
Tytuł: "Zadurzenie"

Autor: Eve Ainsworth


Tłumacz: Marcin Mortka
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2016

Liczba stron: 247 [3]


ISBN: 978-83-7983-911-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




sobota, 30 września 2017

"Debiutant"

Niedawno premierę w Polsce miała druga część erotycznej dylogii autorstwa SJ Hooks. Choć ja nie za często recenzuję takiego typu powieści, to tym razem postanowiłem sprawdzić, jaki poziom reprezentują książki tej zagranicznej autorki. Zdecydowałem się na zamówienie pierwszej części – „Debiutanta”. Co sobą reprezentuje?

Stephen Worthington jest wykładowcą literatury na uniwersytecie w San Francisco. Mimo trzydziestu kilku lat, zdążył uzyskać wymarzony tytuł naukowy. Nauka i praca od zawsze były domeną Stephena. W życiu prywatnym nigdy jednak nie szło mu tak dobrze, dlatego, gdy dziś wszyscy koledzy z uczelni cieszą się dorastającym potomstwem, Worthingtona w mieszkaniu wita jedynie stos książek i kolekcja starych winyli. Na jego codzienność składają się zaś wypady na piwo z młodszym bratem (który, notabene, na powodzenie u płci przeciwnej nie może narzekać), treningi na siłowni (w myśl zasady: w zdrowym ciele, zdrowy duch) oraz niedzielne meetingi u rodziców. 

Wraz z nowym rokiem akademickim, pojawiają się nowi studenci. Wśród nich znajduje się panna Julia Wilde. Choć Stephen na swoich zajęciach zawsze stara się być profesjonalny i podczas oceniania studentów, nigdy nie brać pod uwagę prywatnych opinii, Wilde szczególnie działa mu na nerwy. Powiedzieć, że  jest niepokorna czy bezczelna, to powiedzieć za mało. Profesorowi wydaje się, że młoda kobieta za cel obrała sobie robić mu na złość. 

Kiedy zbieg okoliczności sprawia, że Stephen musi pomóc swojej studentce, ta w ramach podziękowania zaprasza go do mieszkania. Wykładowca wie, że nie brzmi to dobrze, ale przecież to tylko uprzejma kawa… Wkrótce okazuje się, że irytacja Stephena na Julię zamienić się może w pożądanie. Nudny profesor angażuje się w romans ze swoją studentką i choć na uczelnianej sali to Worthington wiedzie prym, w sypialni to właśnie Julia okaże się bardziej doświadczona. Role się odwrócą, jednak czy zakazany romans to dobry pomysł?…

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, na początku byłem przekonany, że „Debiutant” może być książką na tyle dobrą, by mi się spodobała. Jasne, nie oczekiwałem nie wiadomo jak ambitnego utworu. Byłem pewien, między innymi po dość pozytywnych opiniach na zagranicznych portalach, że fabuła nie będzie tak bardzo zła, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Najwyraźniej nie zawsze można ufać opiniom w sieci. 

 „To dobrze. – powiedziała […] – Bo ja ciebie też [pragnę – Moje Bestsellery]. Bardzo.
– Dlaczego? – wyrwało mi się.
– Jak to dlaczego? – Zaśmiała się. – Bo ty jesteś seksowny, a ja napalona” 
SJ Hooks, „Debiutant” str. 38, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

„Debiutant” okazał się po prostu niezbyt dobrą powieścią – to nie zalety, a wady przeważają w tej książce. Zacznijmy od tego, że jest to historia napisana w sposób kompletnie nieprzemyślany i bardzo kiczowaty. Bohaterowie wydają się natomiast przerysowani, popadający w skrajność.

Główny bohater – Stephen Worthington, jest tytułowym debiutantem, jeśli chodzi o sprawy sercowo-łóżkowe. Problem polega na tym, że to nie jedyne problemy, z którymi boryka się bohater. Postać jest bardzo nieśmiała, wręcz introwertyczna, co z kolei trochę nie pasuje do roli wykładowcy, który mrozi spojrzeniem. Analizując dalej zachowanie tego bohatera, można odnieść wrażenie, że cechuje się on… infantylizmem! Irytująca jest też pruderia bohatera (czy też kolejne niedopatrzenie autorki), gdyż Stephen przed pierwszym stosunkiem z Wilde ma wiele moralnych oporów. Szkoda tylko, że nie miał ich, gdy trzydzieści stron wcześniej wkładał dłoń pomiędzy uda kobiety. Hooks w swojej książce – mniej lub bardziej świadomie – nie stworzyła ambitnego profesora, tylko niezdecydowanego, bojaźliwego nastolatka.

Julie Wilde natomiast to postać, której zachowanie drażni czytelnika jeszcze bardziej. Dla bohaterki liczy się jedynie seks. I choć nie powinno to dziwić – wszakże jest to powieść erotyczna – to jednak chęć odbycia stosunku w każdym możliwym miejscu i czasie, następnie rozterki sercowe i dramaty rodem z seriali paradokumentalnych stwarzają wrażenie naciąganych i niewiarygodnych. A sama Wilde w oczach czytelnika może przypominać bohaterkę filmu „Nimfomanka”.

„Ulżyło mi. Nie miałem nic przy sobie, a wizja chorób wenerycznych przerażała mnie tak bardzo, że o seksie bez środków ostrożności w ogóle nie było mowy. Nałożyła mi ją zręcznie i znów usiadła na moich biodrach”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 56, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

Nie ukrywajmy, że „Debiutant” to książka, w której absurd goni absurd. Niektóre wypowiedzi wykluczają same siebie (np. po wykładzie para umawia się na wieczorne spotkanie, paręnaście stron dalej bohater twierdzi jednak, że nigdy nie rozmawiali o ich prywatnej relacji na uczelni), inne brzmią po prostu sztucznie lub dziecinnie. Wypowiedzi czy „złote myśli” bohaterów często więc bardziej bawiły, niż emocjonowały. Czasem natomiast zwyczajnie irytowały.

„Nadchodzący orgazm uderzył mnie jak młot [podkreślenie – M.B.] i nie było już odwrotu. Ciepło, wilgoć, jej zasysające mnie usta spotęgowały intensywność doznania do takiego stopnia, że prawie straciłem przytomność [podkreślenie – M.B.]. Cały zwiotczałem, jakbym nie miał w ciele ani jednej kości”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 43, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

Wydawcy przy promocji erotyków i romansów, często posuwają się do tworzenia tekstów, które brzmią mniej więcej w tym stylu: „podnieca i rozpala zmysły”. Poniekąd taki ma być właśnie erotyk – nie ma to być miła obyczajówka z lekkim miłosnym uniesieniem w tle. Owszem, w powieści Hooks seks jest na pierwszym miejscu. Problem polega jednak na tym, że autorka zdecydowanie „przedobrzyła”.

Wydaje mi się, że ogólny koncept fabularny, był dobry. SJ Hooks miała pewną ideę, którą chciała zrealizować – zakazany romans, tajemnice i namiętność. Niestety, wykonanie okazało się naprawdę fatalne. Ostatecznie historia bardziej przypomina scenariusz taniego filmu dla dorosłych niż powieść. „Debiutant” wyszedł słabo, bo jak dla mnie, autorka zwyczajnie nie może pochwalić się zbyt dobrym pisarskim kunsztem.
„Poczułem znajome drganie w kroczu [podkreślenie – M.B.] na samą myśl, że to wspaniałe doświadczenie w jej łóżku mogłoby się powtórzyć”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 83, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Pierwsza część historii Stephena i Julii wydana została w Polsce przez wydawnictwo Harper Collins w maju bieżącego roku. Redaktor prowadzącą była Małgorzata Pogoda, natomiast opracowaniem redakcyjnym zajęła się Anita Rejch. Za korektę odpowiada Alicja Laskowska.

Z języka angielskiego książkę przełożyła Aga Zano, projekt okładki stworzyło Emotion Media.
Sugerowana cena detaliczna książki wynosi 32,99. Na powieść składa się około 270 stron. „Debiutant” dostępny jest także w wersji elektronicznej.

„Debiutant” SJ Hooks to książka, która nie zaskoczyła mnie zbyt pozytywnie. Wypada ona naprawdę słabo na tle wielu innych powieści erotycznych. Było sztampowo i kuriozalnie, opisywane miłosne uniesienia Stephena i Julii często były nijakie, za to powtarzane wielokrotnie i aż do znudzenia. Jeśli szukacie czegoś więcej niż absurdalnych łóżkowych scen, to zdecydowanie omijajcie „Debiutanta” z daleka. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu HarperCollins.  
  
Tytuł: "Debiutant"

Autor: SJ Hooks


Tłumacz: Aga Zano
 
Wydawca: HarperCollins Polska


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 271 [3]


ISBN: 978-83-276-2933-3


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


sobota, 23 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Obsesja"

Katarzyna Berenika Miszczuk to autorka, której nazwisko od paru lat podbija polski rynek wydawniczy. Od debiutującej w wieku osiemnastu lat, nikomu nieznanej autorki, dość szybko zamieniła się w pisarkę, która posiada rzeszę wiernych fanów i wydaje nie tylko powieści paranormal fiction. „Obsesja” to pierwsze moje spotkanie z twórczością Miszczuk. Jakie autorka wywarła na mnie pierwsze wrażenie?
Joanna Skoczek jest młodą, atrakcyjną kobietą. Wydaje się nawet, że osiągnęła to, o czym zawsze marzyła – ukończyła studia i została lekarzem. I to nie byle jakim, bo o specjalizacji w psychiatrii. A jednak, mimo pozornej harmonii i niewielu wiosen na koncie, życie prywatne Skoczek to prawdziwa katastrofa. Niedawno rozstała się z mężem, dla którego porzuciła dawne życie. Po rozwodzie zdecydowała się powrócić do Warszawy, by zacząć od początku. Zmieniła też miejsce pracy – z nadmorskiej placówki przeniosła się do szpitala na warszawskiej Pradze.

Mimo wszystko doktor Asia zdaje się ukontentowana z życia, jakie prowadzi. Co prawda, w domu zamiast namiętnego kochanka czeka na nią kot, ale sierściuch przynajmniej nie zostawi jej nigdy na lodzie. I choć praca na oddziale psychiatrii niejednokrotnie daje jej w kość, to cieszy się, że przynajmniej choć cząstka życia zdaje się układać po jej myśli.

Niebawem na jednym z oddziałów spotyka Tomasza – dawnego znajomego ze studiów, a dziś jednego z najatrakcyjniejszych mężczyzn w kitlu, który leczy w jej szpitalu. I choć o względy doktora walczą zarówno pacjentki, pielęgniarki, jak i poważne lekarki, to Tomek stara się zaimponować właśnie Joannie.

Jednak kobieta stała się także obiektem westchnień pewnego salowego, z którym często mijała się na korytarzu. Największy problem polega jednak na tym, że Skoczek nie chce się angażować w żadne związki – ani z lekarzem, ani z salowym, ani nawet z członkiem brytyjskiej rodziny królewskiej (gdyby ten w ogóle zainteresował się lekarką). Do szczęścia wystarczy jej przecież kocur i pudełko lodów.

Niebawem w swojej szafce w pracowniczej szatni, odnajduje anonimowy liścik. Nadawca twierdzi, że nie może przestać myśleć o pani doktor. Początkowo Joanna jest pewna, że ktoś zrobił sobie z niej żart lub też karteczka została wrzucona do jej szafki omyłkowo. Wkrótce pojawiają się kolejne wiadomości, które nie brzmią już tak niewinnie. Liściki są jednak dopiero preludium do tego, co planuje tajemniczy wielbiciel. Wkrótce stalker zamienia się w psychopatę, a na terenie szpitala znalezione zostają zmasakrowane ludzkie zwłoki…

Do tej pory Katarzynę Berenikę Miszczuk kojarzyłem głównie przez pryzmat serii „Kwiat paproci”. Jasne, wiedziałem, że autorka wydała także inne książki, m.in. „Pustułkę”, którą zresztą mam w swojej biblioteczce, mimo wszystko pozostało wrażenie, że Miszczuk to „ta od paranormali”. Od samego początku, kiedy tylko dotarła do mnie powieść „Obsesja”, palce świerzbiły mnie, żeby po nią sięgnąć. Jednocześnie obawiałem się rozczarowania i zawodu, bo przecież mam już za sobą tyle thrillerów i mrocznych kryminałów, które zamiast przerażać, jedynie nużyły. Kiedy jednak zacząłem czytać, byłem już pewien – ta książka była piekielnie dobra!
„Przyglądałam mu się wyczerpująco. Nie kłamałam, że mam coś do załatwienia. Od co najmniej kilku minut powinnam być na oddziale, żeby przejść się przed końcem pracy po salach moich pacjentów i zdać raport lekarzowi dyżurnemu.
A gdy to zrobię, będę mogła iść do domu”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 174, GW Foksal 2017
Najnowsza książka tej autorki to niezwykle „wciągająca” historia, której nikt nie będzie umiał się oprzeć. Nie jest może ona nazbyt przerażająca, a od czytania nie dostaniemy gęsiej skórki, jednak jest naprawdę dobrze napisana. Katarzyna Berenika Miszczuk udowadnia, że dobry thriller niekoniecznie obfitować musi w odcięte kończyny czy wylewające się wnętrzności. Do sukcesu wystarczy bowiem niezły styl, dobry klimat i świetnie nakreśleni bohaterowie.

Autorka naprawdę dobrze ukazała miejsce akcji, w tym przypadku jest to szpital na Pradze. Nieco zapuszczony budynek, który lata świetności ma już za sobą, idealnie współgra z tym, czego często sami doświadczyć możemy, korzystając z usług służby zdrowia. Jest to przeciwieństwo wyidealizowanych szpitali, które widzimy w serialach medycznych.

Miszczuk świetnie scharakteryzowała także bohaterów, którzy występują w jej powieści. Każda z postaci reprezentuje oddzielną postawę, każdy z bohaterów zmaga się z własnymi problemami. A pomiędzy nimi pojawiają się także intrygi, sekrety i kilka trupów. Mogło być lepiej?

„Dąbkowskiego podniecało ciągły stykanie się z nieznanym i diagnozowanie zawszonych pijaków, których policja zbierała z ulic. Każdego trzeba było skonsultować psychiatrycznie, jeśli miał omamy albo urojenia. Mnie także w rósł poziom adrenaliny w takich przypadkach, jednak nie z radości, ale raczej z obawy, że złapię świerzb”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 150, GW Foksal 2017

Co do sprawcy całego zamieszania, czyli psychopatycznego mordercy – i w tym wypadku nie można mieć wielu zastrzeżeń. Pisarka świetnie umotywowała jego działalność. Choć o sposobności dokonywania morderstw można polemizować, to myślę, że warto przymknąć na to oko, gdyż finał książki jest dzięki temu naprawdę szokujący!

Jednym z minusów książki jest… „powtarzalność” pewnych informacji w każdym rozdziale. Główna bohaterka do znudzenia „wałkuje” temat tego, jak bardzo boi się schodzić do szpitalnej piwnicy, gdyż wygląda ona jak sceneria horrorów. Narratorka oznajmia to z piętnaście razy, co oczywiście nie przeszkadza jej w samotnym przechadzaniu się po ciemnych  szatniach.

Inna sprawa to przewidywalność pod względem fabularnym. Chociaż książka faktycznie zainteresowała mnie do tego stopnia, że przeczytałem ją w parę godzin, to jest ona niezbyt zaskakująca. Jednakże nie zmienia to faktu, że lektura tej powieści była naprawdę niezłą zabawą i myślę, że z chęcią sięgnę po inne książki tej pisarki.

„Obsesja” swoją premierę będzie mieć 27 września, czyli już za parę dni. Na księgarskich półkach książkę znaleźć będzie można dzięki Wydawnictwu W.A.B.

Za redakcję powieści odpowiada Agnieszka Jędrzejczak, korektą natomiast zajęła się Julia Celer oraz Anna Jagiełło. Projekt okładki stworzył Tomasz Majewski. Książka zostanie wydana w oprawie miękkiej ze skrzydełkami.

„Obsesja” kosztować ma 36,99 zł. Na powieść składa się około 400 stron. Tytuł ten prawdopodobnie dostępny będzie także w wersji elektronicznej.

Thriller Katarzyny Bereniki Miszczuk nie mroził krwi w żyłach i bywał czasem przewidywalny. Nie znaczy to jednak, że było źle. Bez żadnych wyrzutów sumienia oceniam tę powieść na mocne cztery na pięć gwiazdek. Świetni bohaterowie, klimatyczne miejsca akcji, a nawet zabawne komentarze głównej bohaterki (co widać po powyższych cytatach) sprawiają, że W.A.B. wydaje w środę dobrą książkę, która z pewnością spodoba się wielu osobom. Mnie w każdym razie bardzo przypadła do gustu  i wcale nie dziwię się, że podczas tegorocznych Targów Książki w Warszawie do pisarki w kolejce po autograf stanęło tak wiele osób! Być może na najbliższych targach sam będę jednym z czekających na podpis fanów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Foksal.  
  
Tytuł: "Obsesja"

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 398 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-280-4634-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".