sobota, 21 stycznia 2017

"Połów"

Ubiegły rok obfitował w masę debiutów, które okazały się mniej lub bardziej udane. Jednym z nich była "Enklawa" - dramat psychologiczny autorstwa Ove Løgmansbø, w którego żyłach oprócz krwi farerskiej, płynie też krew polska. Pod koniec dwa tysiące szesnastego premierę miała druga część historii Katrine Ellegaard i Hallbjørna Olsena. Czy kolejny tom okazał się lepsza od debiutanckiego pierwszego?

Po ostatnich wydarzenia i ostatecznym skazaniu Olsena, ludność Vestmanny może wreszcie odetchnąć z ulgą i próbuje zapomnieć o tym, co stało się z biedną nastolatką. Mieszkańcy organizują grindadráp - zwyczaj z którego słyną, ich dumę i chlubę. Raz do roku Farerzy urządzają polowania na przepływające w okolicy grindwale, następnie patroszą zdobyte mięso i rozdzielają pomiędzy wszystkie rodziny na wyspie. Podczas tegorocznego połowu, w wnętrznościach jednego ze zwierząt znaleziona zostaje ludzka czaszka. Najwyraźniej spokój Vestmannie nie jest pisany.
Na Wyspy Owcze po raz kolejny zostaje wysłana duńska vicepolitikommissær Katrine Ellegaard, która powraca nie tylko z wyższym stopniem służbowym, ale także i ciężkim bagażem doświadczeń. Policjantka ma nadzieję, że tym razem sprawa nie będzie tak zawikłana jak poprzednia zagadka zabójstwa. 
W tym samym czasie Olsen ze wszystkich sił stara się wyjść na wolność. Wkrótce jedna z legalnych furtek nieco się uchyla, a on zrobi wszystko, by tylko otworzyć ją tak szeroko, jak to możliwe. Jednak czy łatka mordercy nie przyszyje się do niego na zawsze?
Jak potoczy się sprawa z czaszką? Kim był denat i dlaczego znalazł się w żołądku tego ogromnego ssaka? Czy Hallbjørnowi uda się odwołać od wyroku sądu? I czy ma jakieś powiązanie z najnowszą sprawą Ellegaard? 

Debiut Løgmansbø (napisany z resztą po polsku) zaliczyć można było do udanych, choć nieco źle określonych i sklasyfikowanych przez speców promocji wydawnictwa. Podobnie jest i przy drugim tomie, który także w typowe schematy kryminału się nie wpisuje. Na pierwszy plan bowiem wysuwają się zawiłe relacje między rodzinami i innymi mieszkańcami zamkniętego społeczeństwa Wysp Owczych. Oczywiście, widoczna jest lekka poprawa stylu pisania autora, jednak nadal więcej jest tu cech mocnej powieści obyczajowej z wątkiem kryminalnym, niż samego kryminału.
"Makabryczna zbrodnia" wcale nie jest tak straszna, jak zapewnia wydawca na okładce "Połowu". Autorowi nie można jednak zarzucić, iż nie potrafi budować napięcia - co do tego nikt nie powinien mieć wątpliwości. Niestety, w tej części Løgmansbø ukazuje wizje zbyt optymistyczne, by mogły być prawdziwe. Musimy mieć jedynie nadzieje, że w kolejnej części zdecydowanie bardziej uprzykrzy życie swoich bohaterów. Na naganę zasługuje też finałowe rozwiązanie zagadki, które także nie jest zbyt zaskakujące. Przewidywalność sprawiła, że czytelnik nie zbiera swojej szczęki z podłogi, co potwierdza tezę o tym, że powieści pisarza to bardziej obyczaj o homogenicznym społeczeństwie, niż zimnokrwisty skandynawski kryminał. 
Druga powieść w dorobku polsko-farerskiego pisarza także wydana została przez Wydawnictwo Dolnośląskie, co chyba nie jest zbyt dużym zaskoczeniem. Redakcją książki zajęła się Iwona Gawryś, a korektą Bogusława Otfinowska. Podobnie jak przy pierwszej części, tak i ta posiada okładkę stworzoną przez Mariusza Banachowicza.
"Połów" na półkach księgarni znajdziecie w okładce miękkiej ze skrzydełkami w cenie 35 złotych. Łączna ilość stron to ok. 411. Dla czytelników, którzy książki kupują na e-papierze, dostępny jest także ebook z nieco niższą ceną. 

Może i po lekturze "Połowu" nie byłem szczególnie zaskoczony, ale jednak czytało mi się go naprawdę dobrze. Jest to kolejna część, i choć mam nadal sporo do zarzucenia, to wcale nie jest gorzej niż przy pierwszej części. Może nawet nieco lepiej? A to zdecydowanie sukces. Oby tak dalej!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat, właścicielowi Wydawnictwa Dolnośląskiego. 

Tytuł: "Połów"

Autor: Ove Løgmansbø


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie (Publicat)


Rok wydania: 2016

Liczba stron: 410 [4] 


ISBN: 978-83-271-5582-5


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)




środa, 18 stycznia 2017

"Margo"

Wszyscy kłamią to cytat, a zarazem temat przewodni serialu "Dr House", ale nie tylko. Podobny temat zawarty jest także w recenzowanej dziś "Margo" autorstwa Tarryn Fisher. Ostatnie dni w moim wypadku obfitowały o nowe lektury, odcinki serialów do nadrobienia i niekończący się katar w połączeniu z wysokim słupkiem rtęci na termometrze. Na szczęście udało mi się dokończyć książkę Fisher, która po dwóch latach doczekała się polskiego wydania. Czy było warto tyle czekać?
 
Margo mieszka w małym, brudnym miasteczku nazywanym Bone, w którym żyć nie chce nikt: od kota wyrzuconego z samochodu na pobliskiej autostradzie, aż po samego burmistrza. Wraz z matką żyją w starym, zapuszczonym domu, który dziewczyna nazywa pożeraczem. Pożeraczem wspomnień, marzeń, ideałów. 
Dziewczyna miała trudne dzieciństwo, nic więc dziwnego, że jej pierwsze kroki w dorosłym życiu nie wyglądały tak, jak w hollywoodzkich filmach. Wkrótce poznaje Judaha - jej rówieśnika jeżdżącego na wózku inwalidzkim. Nastolatkowie szybko się zaprzyjaźniają i zaczynają marzyć o przyszłości. Przyszłości z dala od Bone - miasta pełnego pijaków przewracających się w rynsztoku, narkomanów pozostawiających swoje niebezpieczne śmieci, głodu i biedoty.
Niebawem w miasteczku dochodzi do zaginięcia małej dziewczynki, która przyjaźniła się z Margo. Pomimo szybkiej reakcji i poszukiwań zakrojonych na szeroką skalę, dziecko znalezione zostaje dopiero kilka dni później, na dodatek martwe. Policja jest bezradna i z powodu braku wystarczających dowodów musi zawiesić sprawę, tymczasem pełna żalu Margo postanawia na własną rękę odnaleźć zabójców dziewczynki i wymierzyć im sprawiedliwość.
Okazuje się jednak, że zbrodnia ta nie była jedynym aktem okrucieństwa w Bone, na które ludzie przymykali oko. Od teraz Margo nie będzie zezwalać milczeniem. Postanawia zmienić to za wszelką cenę.

Jeśli jesteście przed lekturą "Margo", to jednego mogę być w stu procentach pewien - ta książka nie jest tym, czego się spodziewacie. Zabierając się za nią, liczyłem się z jej problematyką, z tym, że może opisywać historie ludzi po przejściach, kłopoty, ale także piękną miłość. Jednak to, co przeczytałem, przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Fisher w swojej nowo wydanej powieści wykreowała najpodlejsze miasto w Stanach Zjednoczonych - Bone, które jest synonimem piekła. Tak przynajmniej zdaje się głównej bohaterce, która zmagać się będzie ze swoimi niełatwymi problemami. Będzie ona zmuszona podejmować decyzje, nad którymi zastanawiać nie powinna. Nad tymi decyzjami autorka do refleksji zmusza także swoich czytelników, gdyż w tej powieści nie wszystko jest czarne i białe. Bo czy dobro i zło nie są dla każdego pojęciem względnym? Jak ocenić, czy ktoś postąpił słusznie? Ale "Margo" to także opowieść o akceptacji, dojrzewaniu i odmienności, w dużej mierze także o samotności.
Ostatecznie sami nie wiemy, co jest prawdą, a co fikcją. To wszystko razem sprawia, że książka czytelnika pochłania bez reszty, natomiast oddaje także dość upiorne wrażenie, którego nie można się pozbyć. Kiedy wreszcie czytamy ostatni rozdział, to oddychamy z ulgą. Z ulgą, że kończymy książkę i zaczynamy nasze życie, które choć może nudne i pełne rutyny, to jednak nie tak skrzywione jak życie Margo...

Nowa Fisher wydana została tym razem przez Wydawnictwo SQN. Z angielskiego przełożyła Agnieszka Brodzik, natomiast redakcją zajęła się Marta Pustała. Za korektę odpowiedzialny jest Maciej Cierniowski, a za projekt okładki Paweł Szczepanik. Po raz kolejny jestem pozytywnie zaskoczony polską wersją okładki, która i tym razem okazała się lepsza niż oryginalna. Sama faktura zewnętrzna nie jest specjalnie powlekana, co bardzo pozytywnie rzutuje na te wydanie.
W sklepach znajdziecie tę książkę w oprawie miękkiej ze skrzydełkami w cenie 34,90zł. Łącznie książka posiada ok. 350 stron.

"Margo" to młodzieżówka, której do tej pory nie było. Na swój sposób jest jednak bardzo specyficzna, przez co trzeba włożyć nieco wysiłku, by skupić się i dotrzeć do prawdy, którą Tarryn Fisher próbuje nam przekazać przez swoich bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN. 

Tytuł: "Margo"

Autor: Tarryn Fisher


Tłumacz: Agnieszka Brodzik
 
Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 349 [5] 


ISBN: 978-83-7924-784-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)


niedziela, 8 stycznia 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Naznaczeni śmiercią"

Pierwsze dni nowego roku upłynęły mi niepostrzeżenie szybko. W tym czasie zdążyłem przeczytać pierwszą książkę dwa tysiące siedemnastego - "Naznaczonych śmiercią", czyli najnowszą powieść autorstwa Veronici Roth, twórczyni bestsellerowej serii "Niezgodna". Czy pierwsza część jej nowej duologii będzie mogła podbić serca czytelników i także zrobi furorę na całym świecie?

W układzie słonecznym znajduje się kilkanaście planet, na każdej z nich istnieje życie. Ludzie na nich różnią się od siebie kulturą, językiem, zwyczajami, jednak razem tworzą wspólnotę, a umacnia ich swego rodzaju unia - Zgromadzenie, w których skład wchodzą różni politycy. Wśród planet znajdują się między innymi Pitha, Othyra, Ogra i Thuve. Ta ostatnia podzielona jest między siebie przez dwa skonfliktowane ze sobą narody: spokojny i pokojowy naród Thuve oraz barbarzyński i gwałtowny naród Shotet.
 Każdy człowiek, niezależnie jakiej planety, obdarzony jest specjalną zdolnością, która rozwija się u niego wraz z wiekiem. Niektórzy dzięki swojej mocy mogą uzdrawiać, inni zakłócają działania elektryczności, jeszcze inni sprawiają, że swoją mocą mogą naprawiać uszkodzone przedmioty, jednym z najrzadszych darów jest jednak przewidywanie przyszłości - ich nazywa się Wyroczniami, a każda z planet ma swoich wieszczy. Wyrocznie przewidują losy danej planet, a także objaśniają przeznaczenie każdego obywatela, przeznaczenia, których nie można uniknąć. Niebawem Wyrocznie publikują informacje o losach nastolatków z Thuve, okazuje się jednak, że dar niektórych z nich w połączeniu z przepowiadanym losem jest bardzo niebezpieczny... 
 Akos jest dzieckiem spokojnego narodu Thuve, jego ojciec jest rolnikiem, a matka obecnie piastuje rolę Wyroczni na ich planecie. Jego rodzina jest ze sobą bardzo zżyta, Akos kocha swoich rodziców i rodzeństwo - starszą siostrę Cisi i brata Eijeha. Dzieci nie wiedzą jednak, co ukrywają przed nimi rodzice - ich niebezpieczne losy. Wkrótce jego dom rodzinny zostaje napadnięty przez lud Shotet, a on wraz z bratem zostaje uprowadzony... 
Cyra natomiast pochodzi z królewskiej rodziny panującej nad narodem Shotet. Od małego dziewczyna nie miała łatwo - jej matka szybko zmarła, a ojciec nie był wzorem przykładnego rodzica. U samej Cyry dar objawił się bardzo szybko i wcale nie był zadowalający - jej moc polegała na niemożliwym do zniesienia bólu, który gromadził się pod jej skórą, a jedyną możliwą opcją jego rozładowania było... przekazanie go innej osobie. Kiedy jej ojciec umiera, rządy przejmuje apodyktyczny brat - Ryzek, jednak jego zachowanie w stosunku do siostry wcale nie jest pełne miłości. Wręcz przeciwnie, władca postanawia utrzymać w ryzach panujący po ojcu reżim, a wszelkie zalążki buntu i opozycji eliminuje, często wykorzystując przy tym swoją młodszą siostrę, która sprawia ujmujący ból samym dotykiem, która swoimi dłońmi potrafi zabić.  Nic więc dziwnego, że gdy dziewczyna podrasta, dosyć ma widoków agonii i bólu. Postanawia, że nie chce być więcej narzędziem tortur w rękach swojego brata...
 Tymczasem Akos wraz z bratem przybywa do posiadłości Cyry, by zniewolony zostać ich sługą. Myśli jednak cały czas o obietnicy oddanej ojcu, iż powróci do domu wraz z bratem. Losy dwójki nastolatków wkrótce się splotą i między nimi powstaje nić porozumienia. Jednak czy ich relacja wyjdzie poza ramy "służba - chlebodawca"? Czy złączą siły i pokonają swoje lęki, stawią czoła swoim oprawcom? Jak dalej potoczą się ich losy i co stanie się z oboma zwaśnionymi narodami? 

Najnowsza książka Roth jest czymś zupełnie innym niż to, co mieliśmy okazję przeczytać do tej pory. O ile "Niezgodna" była podobna do "Igrzysk Śmierci" i była dość dobrym przykładem jako dystopia, o tyle "Naznaczeni śmiercią", choć prawdopodobnie dzieją się w nieokreślonej przyszłości, już standardową dystopią nie są. Książka ta bowiem jest w stu procentach scien ficticion, można nawet się pokusić o stwierdzenie, że autorka pisząc, wzorowała się na gatunek z początku XX wieku, ponieważ to właśnie futuryzm jako pierwszy przychodził mi na myśl podczas czytania. Poszczególne fragmenty nawet bardzo przypominały mi te, znane z twórczości wybitnego Stanisława Lema (jak choćby steroloty czy Zgromadzenie, które w nieco odmiennej nazwie występowały w twórczości wspomnianego polskiego futurologa). Oczywiście, nie tylko ten klimat dominuje, gdyż "Naznaczeni..." to swego rodzaju dość potężna mieszanka przypadkowych motywów, na przykład połączenie modernizmu z średniowiecznymi zwyczajami i zasadami (tutaj: bohaterowie często zachowują się według wzorców znanych z średniowiecznych poematów rycerskich, a w nich zastosowanie do zasady: Bóg, honor, ojczyzna), ale także widoczne powiązania z obecnymi wydarzeniami na świecie. O ile w niektórych przypadkach ta mieszanka została dobrze połączona, o tyle czasem zupełnie się ze sobą nie kleiła, a nawet doprowadza o zawrót głowy. Sam pomysł na stworzenie akcji w wszechświecie pełnym planet zamieszkanych przez ludzi z niesamowitymi darami, ale jednak nadal ludzi, jest dobry, jednak wykonanie już tak świetne nie jest - przez pierwsze strony bowiem czytający musi uporać się z dość chaotycznie przedstawionym światem. Sam dar głównej bohaterki także przypomina już coś, co kiedyś czytałem - czy czasem tytułowa Julia z "Dotyku Julii" T. Mafi nie cierpiała na coś podobnego?
Poza tym, nie pamiętam już, jak dokładnie było to przy "Niezgodnej", ale tutaj pisarka używa bardzo prostego języka i właściwie zastanawiam się, czy potraktować to jako zaletę czy wadę, ponieważ w tekście pojawiało się tyle powtórzeń i bezsensownych porównań, że nie potrafiłem oprzeć się myśli, iż autorka chyba w ogóle nie pozwoliła na redakcję swojej książki. Wpływ na to może ma także to, że jestem bardzo wyczulony na tego typu błędy, a dostałem przecież egzemplarz przedpremierowy, który został wydrukowany przed ostateczną korektą. Veronica Roth nadrabia to jednak dość wartką i wciągającą akcją swoich bohaterów, zauważyć też można małe powiązania z serią filmów, która dzieje się w odległej galaktyce. Pomysł może więc i nie jest szczególnie awangardowy, ale ciekawa fabuła z pewnością warta jest zajrzenia, choć na chwilę, do "Naznaczonych śmiercią". 

Ku zaskoczeniu wielu fanów poprzedniej powieści, "Naznaczeni śmiercią" nie zostaną wydani przez Wydawnictwo Amber, tak jak inne książki tej autorki, ale przez Wydawnictwo Jaguar, które znane jest m.in. z publikacji w Polsce takich serii jak "Rywalki" Kiery Cass, "Gone" Michaela Granta, czy "Zwiadowców" Johna Flanagana. Najnowsza powieść Roth wydana zostanie w dwóch wersjach oprawy - miękkiej i twardej. W zależności od wybranej wersji, zapłacicie różne ceny - od 44,90 zł. za miękką, do 49,90 zł. za tę w twardej oprawie. Dodatkowo, jeśli kupicie ją przedpremierowo (np. tutaj), otrzymacie od Wydawnictwa specjalny prezent - booklet z najnowszym, dotąd nigdzie nieopublikowanym, epilogiem do "Wiernej", ostatniej części z serii o Tris i Tobiasie.
Premiera książki odbędzie się już siedemnastego stycznia, czyli dokładnie w tym samym czasie, co w Stanach Zjednoczonych i trzydziestu jeden innych krajach, które zakupiła prawa do tytułu. Przekładem na język polski zajęła się Zuzanna Byczek, okładka oczywiście wygląda podobnie do tych, które pojawią się na zagranicznych rynkach. 

Słowem podsumowania - choć miałem duże obawy do najnowszej książki Veronici Roth, wyszło dość dobrze, i choć czasem pojawiały się byki, to ja nierzadko zaśmiewałem się z zabawnych dialogów lub z ekscytacją przerzucałem kolejne strony. Czy warto wydać ponad czterdzieści złotych? Myślę, że fani "Niezgodnej" z pewnością wydadzą, natomiast osobom, które posiadają duże stosy książek oznaczonych etykietą do przeczytania doradzam polecam, choć z uwagą, by z góry zbyt dużo nie wymagać. :-) 

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Jaguar. 

Tytuł: "Naznaczeni śmiercią"

Autor: Veronica Roth


Tłumacz: Zuzanna Byczek
 
Wydawca:Wydawnictwo Jaguar


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 534 [4] (prebook)


ISBN: 978-83-7686-530-0/ 978-83-7686-531-7 (w zależności od oprawy)


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)

sobota, 31 grudnia 2016

"Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL"

Dziś trzydziesty pierwszy grudnia, ostatni dzień dwa tysiące szesnastego roku. Dziś Sylwester obchodzi swoje kolejne huczne imieniny, a ja postanowiłem sporządzić dla Was ostatnią w tym roku recenzję. Opisywana dziś książka traktuje o czasach słusznie minionych, o których mówi się dziś tylko z pogardą. Jednak czy kilkadziesiąt lat temu naprawdę było tylko szaro, buro i ponuro

Michał Zawadzki w swojej książce opowiada o kulturze czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W poszczególnych rozdziały (np. historia kinematografii, teatru, kabaretu) wymienia najznamienitsze polskie klasyki i skrupulatnie przedstawia procesy powstawania tych dzieł, zespołów, teatrów i literatów. Niczym przewodnik opisuje najlepsze dzieła, które powstawały w tamtych czasach, ukazuje, jak artyści radzili sobie z wszechobecną cenzurą. Swoje rozdziały uzupełnia o cytaty z dawnych wywiadów, fragmenty scenariuszy, fotosy z seriali czy filmów. Rozprawia nie tylko o bardzo ważnych dziełach kultury, ale także o tych, które najzwyczajniej w świecie miały rozbawiać publikę (i często dalej to robią)  dzięki prostemu, ale trafnemu w punkt żartowi. Przytacza także wiele śmiesznych anegdotek, jednocześnie ukazując prawdę o dawnym ustroju naszego państwa. Ukazywana jest w pełnej okazałości masa absurdów za czasów Gierka czy Gomułki, okiem takich artystów jak Stanisław Bareja, Jerzy Gruza czy Stanisław Tym. W swojej książce autor nie ma zamiaru szokować, a jedynie ukazuje świat, który dziś bawi na filmach takich jak "Miś", "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" czy w serialu "Czterdziestolatek", ale kiedyś był prawdziwym życiem...

Jeśli mam być szczery, to przyznam Wam się, że początkowo byłem dość sceptycznie nastawiony do tej książki. Na szczęście, treść okazała się inna, niż mogłoby się pierwotnie wydawać. Pan Zawadzki w dość stosunkowo prostym języku opisał masę ciekawych filmów, seriali, czy kabaretów. Bez zbędnej nomenklatury, a w bardzo ciekawy sposób przedstawia swoje spostrzeżenia dotyczące PRLowskich tworów. Oczywiście, autor nie czerpał wiedzy z własnego doświadczenia, co bardzo widoczne było na końcu książki, gdzie kilka ostatnich stronic były bibliografią z odnośnikami do stron w sieci, z których korzystał. Pierwszym stwierdzeniem było o matko, toż to cały Internet, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że lepiej zacytować i napisać prawdę, niż, na niczym się nie opierając, wypisywać brednie.
Jeśli chodzi o samą treść, to tytuł nie mógłby być bardziej mylny. Książka nie jest zbiorem śmiesznych skeczy czy tekstów, a przewodnikiem po kulturze PRLu, opisujący jego jaśniejsze i mroczniejsze strony, dlatego też nie oczekujcie, że znajdziecie w niej radosną twórczość, przy której nie będziecie w stanie przestać chichotać. 

Wydane przez Edipresse Książki "Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL" zredagowane zostało przez... samego autora. Nie znalazłem poważnych błędów merytorycznych, jednakże nadal pozostaje przy opinii, że autor sam swojego tekstu nigdy do końca poprawnie nie zredaguje i sam nie powinien się tym zajmować. Korektą zajęła się Katarzyna Szajowska, a projektem okładki Monika Zając. Co bardzo mnie zadziwiło, w środku znalazłem... reklamę! I to wcale nie reklamę w formie zakładki czy ulotki, a reklamę nadrukowaną w środku tekstu, niczym te znane z prasy. Nie wiem nawet, jaki był jej cel, gdyż po wyszukaniu w sieci odnośnika z reklamy, pojawiała się jedynie pusta strona. Czy jest to dobre rozwiązanie? Tego nie wiem, ale z pewnością niecodzienne.
Łącznie książka ma ok. 255 str., należy jednak pamiętać, że około piętnaście z nich to strony redakcyjne czy bibliografia. Oprawiona w miękką oprawę, o, jak na mój gust, zdecydowanie za wysokiej cenie detaliczne w kwocie... 49,90zł! Dostępny jest także ebook. 

Ostatecznie, dość dobrze wspominam przygodę z książką Michała Zawadzkiego. Oczywiście, jak każda, ma swoje minusy, myślę jednak, że w świetny sposób ukazuje młodszym pokoleniom czasy, o których może już nie pamiętają, a może... wcale ich nie poznały. Czasy, w których twórcy mieli niejednokrotnie embargo na swoje dzieła, a wolność słowa było pojęciem względnym.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Edipresse Książki. 

Tytuł: "Śmiechu warte, czyli z czego śmiał się PRL"

Autor: Michał Zawadzki


Tłumacz: -
 
Wydawca: Edipresse Książki

Rok wydania: 2016


Liczba stron: 255 [3]


ISBN: 978-83-7945-464-8


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)

piątek, 30 grudnia 2016

"12 dni świąt Dasha i Lily"

Święta, święta i po świętach! I co teraz? Zakupowy szał przed Sylwestrem! W tych ostatnich dniach starego roku postanowiłem przeczytać jeszcze jedną, świąteczną opowieść - tym razem skierowaną bezpośrednio do młodzieży. "12 dni świąt Dasha i Lily", bo o niej mówimy, to kolejna część bożonarodzeniowych przygód autorstwa Davida Levithana i Rachel Cohn. Jak spisała się w porównaniu do pierwszego tom - "Dzienniku wyzwań Dasha i Lily"?

W najnowszej powieści akcja dzieje się rok po wydarzeniach z poprzedniego tomu, co oznacza, że jest to dokładnie pierwsza rocznica związku Dasha i Lily. W ciągu tego czasu w życiu tych zakochanych nastolatków wiele się zmieniło - oprócz tego, że dowiedzieli się, iż miłość to nie tylko miłe chwile w przytulnej kawiarni, ale także nieporozumienia i sprzeczki, to życie zaserwowało Lily niezłego kopniaka w tyłek. Jej dziadek strasznie podupadł na zdrowiu, a rodzice, którzy najwięcej wolnego czasu poświęcają pracy, zaczynają się coraz częściej kłócić, co niepokoi dziewczynę. Wszystko to sprawia, że Lily zaczyna mniej angażować się w swój własny związek i wpada w swego rodzaju depresję. Dash jednak nie chce utracić ukochanej i postanawia o nią zawalczyć. Jednak do świąt pozostało zaledwie dwanaście dnia, a to przecież uwielbiany przez Lily czas...
Chłopak decyduje się zaangażować przyjaciół i rodzinę, by sprawić, żeby te święta były dla jego dziewczyny wyjątkowe i bardzo udane. A do tego między innymi będzie mu mógł posłużyć znany już nam z poprzedniej części... czerwony Moleskine.
Jak potoczą się ich losy? Czy Lily mimo ciężkiego roku będzie w stanie cieszyć się z Gwiazdki? I czy osławiony notes ponownie ich ze sobą połączy?

Miałem nadzieję, że najnowsza powieść Levithana i Cohn pod wieloma względami okaże się lepsza niż poprzednie. Niestety, nieco się zawiodłem, gdyż wcale nie jest lepiej niż w pierwszym tomie, ale także okazuje się, że może być gorzej - i to nie tylko pod względem fabularnym. Pisząc tę recenzję, mam pewne trudności z samym opisem książki, gdyż wydaje mi się, że to co zawarłem w moim krótkim opisie, to tak naprawdę przeważająca część fabuły. Jeśli liczycie na coś zupełnie nowego - nie ta droga, autorzy tym razem serwują nam odgrzewanego kotleta. Ale nie tylko schematyczność i przewidywalność jest minusem tej powieści. Na moją ocenę składa się bowiem także dość nieporadna charakterystyka bohaterów. O ile była ona do zaakceptowania przy pierwszej części przygód Dasha i Lily, o tyle przy tym tomie postaci Lily nie mogłem znieść. Główną bohaterkę przedstawiono jako dość irytującą, egocentryczną dziewczynkę z dość bogatego domu. Swoim zachowaniem nieustannie denerwowała i przyprawiała o zawrót głowy, a jednak Cohn ukazuje bohaterkę jako tę poszkodowaną, chyba nie o to chodziło? Bo kto powiedział, że w życiu będzie łatwo? Oczywiście, prócz niesfornej księżniczki na ziarnku grochu, mamy także księcia na białym koniu - w tym wypadku Dasha, który przez praktycznie cały czas biega za swoja dziewczyną niczym zmęczony pies z wiszącym językiem. Prawdziwa baśń. 
Co by jednak nie mówić, historia ta jest typowym młodzieżowym romansikiem, a jej świąteczny klimat sprawia, że na chwilę możemy zapomnieć o pełnym deszczu krajobrazie za oknem i przenieść się do nieco bardziej bożonarodzeniowego klimatu - pełnego świecących ozdób na domach i ogromnej choinki na Rockefeller Center. Prosty język autorów oraz komizm sytuacyjny sprawiają, że mimo wszystko książkę (w przeważających momentach) czyta się dość przyjemnie. Główna tutaj zasługa Davida Levithana, którego śmieszne gagi Bumera (choć często dość infantylne) potrafiły rozbawić do łez. W pewnej chwili chichotałem do książki jakbym postradał zmysły, no cóż, domownicy już chyba przywykli. ;-)

Podobnie jak poprzednią część, tak i tą wydało Wydawnictwo Bukowy Las. Jeśli przyjrzycie się dokładnie okładce, to zauważycie, że "12 dni.." wyszło w serii MYŚLNIK (wśród książek z tej serii m.in. powieści autorstwa Johna Greena). Przekładem z języka angielskiego zajęła się Dobromiła Jankowska, natomiast redakcją Olga Gitkiewicz. I widoczna jest tutaj ręka pani Gitkiewicz, gdyż podobnie, jak w poprzedniej części, tak i w tej, wszelkie wulgaryzmy były... cenzurowane! Tak, takie rzeczy się jeszcze zdarzają. Dla przykładu, podam Wam fragment recenzowanego tytułu - "K...a! - wrzasnęłam. [...] - K...a, k...a, k...a!" (pisownia oryginalna). Nie wiem, jakim kryterium stosuje się tutaj wydawca, ale jaką mam pewność, że innych fragmentów także nie cenzurowano? Czy wolno to robić przy przekleństwach - to kwestia sporna, moim zdaniem jednak powinno się pozostać przy oryginalnym przekładzie. A Wy co na ten temat sądzicie?
Powieść ta oprawiona jest w okładkę miękką ze skrzydełkami, projektem okładki zajęła się po raz kolejny Sylwia Szyrszeń i, co trzeba przyznać, wyszło jej to zdecydowanie lepiej niż grafikom zza oceanu. Książka liczy zaledwie 248 stron, a jej cena detaliczna to 31,90zł.

Czy polecam? Napisać jednoznaczną opinię tej książki jest naprawdę ciężko. Mówiąc kolokwialnie, ujdzie w tłumie. "12 dni świąt..." z pewnością nie jest powieścią wybitną ani nietuzinkową, więc z pewnością nie pozostanie na dłużej w pamięci czytelników, a niektórych może naprawdę poważnie rozczarować. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Bukowy Las. 

Tytuł: "12 dni świąt Dasha i Lily"

Autor: David Levithan oraz Rachel Cohn


Tłumacz: Dobromiła Jankowska
 
Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las

Rok wydania: 2016


Liczba stron: 247 [3]


ISBN: 978-83-8074-056-3


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!
Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)

poniedziałek, 26 grudnia 2016

PRZEDPREMIEROWO: "Tajemne miasto"

W oknach mieszkań świecą kolorowe choinki i migoczące bałwanki, pachnie wigilijnymi potrawami, a dzieciaki rozrywają kolorowy papier, pod którym ukrywają się świąteczne prezenty... Boże Narodzenie to dla większości osób szczególny czas, który obfitować powinien w same miłe i radosne chwile. No a co może być przyjemniejszego, niż spędzenie wolnego czasu przy cieplej herbacie, świątecznych wypiekach i... dobrej książce? Ja postanowiłem zabrać się za „Tajemne miasto”, drugą część, na które wyczekiwałem od bardzo dawna. Czy warto było czekać?

Taylor i Sacha niedawno zmierzyli się z mrocznymi zwiastunami. Dziewczyna za namiastkę bezpieczeństwa zapłaciła jednak bardzo wysoką cenę – straciła ukochanego dziadka. Mimo wygranej ze zwiastunami, nastolatkowie nie mogą całkowicie czuć się bezpiecznie. Schronieni w oksfordzkim uniwersytecie alchemii poszukują odpowiedzi na wszystkie kwestie, które nadal są dla nich niejasne. Sacha coraz bardziej przybliża się do dnia swoich osiemnastych urodzin, dnia, którego przez większą część życia się obawiał. Dnia jego śmierci. Wśród wszystkich pytań, jedno jest jednak najważniejsze – jak zdjąć klątwę rzuconą dawno temu przez czarownicę Isabelle na rod Wintersów?
Tymczasem dochodzi jednak do starcia z siłami zła, które za wszelką cenę chcą dopuścić do wypełnienia klątwy. Ponadto, jak się okazuje, córa Isabelle posiada potężną moc, która byłaby przydatna niekoniecznie do dobrych celów. Dzieciaki wraz z profesorami muszą podjąć walkę z bardzo potężnym alchemikiem, który przeszedł na tę złą, demoniczną stronę. Jednak ostateczną bitwę stoczyć z nim będą mogli tylko Taylor i Sacha...
Czy im się uda? Jak bardzo niebezpieczne zadanie ich czeka?

„Tajemne miasto” to kolejna powieść duetu pisarskiego – Cariny Rozenfeld i CJ Daugherty. Daugherty znana w Polsce jest m.in. dzięki swojej debiutanckiej serii „Wybrani”, która odniosła bardzo duży sukces. Najnowsza powieść jest jednak drugą częścią duologii na pograniczu fantasy. Pomimo całej sympatii do Daugherty (twórczości Rozenfeld nie miałem przyjemności czytać), ich najnowsza książka nie okazała się tak zniewalająca, jak mogłoby się zdawać. W książce znajdziemy bowiem wtórny motyw nastoletniej miłości, a także zaskakujące ubogie dialogi pod względem użytego słownictwa. Ponadto, jak to zwykle bywa, bardzo łatwo było domyśleć się zakończenia, co sprawia, że całość bywa dość przewidywalna. Na szczęście, mimo niezbyt wielu zwrotów akcji i tych paru zgrzytów, powieść czyta się dość dobrze. Jest ona prosta w odbiorze, co z pewnością jest pożądane przy tak skierowanym targecie. Dobrze scharakteryzowani bohaterowie to także jedna z najsilniejszych stron historii Taylor i Sachy, natomiast jeszcze bardziej zachwycają bohaterowie drugoplanowi. Szkoda, że miejsca akcji nie zostały już tak dobrze zobrazowane.
Sama część fantastyczna została bardzo dobrze ukazana – nie jestem zapalonym fanem fantasy, jeśli już, to przełknąć mogę jedynie tę bardziej lekką, bez wróżek i latających meblościanek.  „Tajemne miasto” więc pewnie dlatego mi się spodobało, gdyż nie jest ono stricte książką fantasy, a jedynie powieścią na pograniczu fantastyki i zwykłej młodzieżówki. Pomimo tego (a może „właśnie dlatego”?), że zawiera elementy fantastyki i przypomina powieść sensacyjną, a jest zwykłą młodzieżówką – wypada całkiem nieźle. 

Podobnie jak poprzedni tom (i seria „Wybrani” Daugherty), także i ta część zostanie wydana nakładem Wydawnictwa Otwartego pod marką Moondrive. Napisałem zostanie, gdyż oficjalna premiera „Tajemnego miasta” odbędzie się dopiero jedenastego stycznia! Macie więc czas, by nazbierać odpowiednią sumę w portmonetkach i pognać do księgarni. ;-)
Przekładem zajęła się Małgorzata Hesko - Kołodzińska, natomiast opiekę redakcyjną sprawowała Agnieszka Urbanowska. Powieść wydana zostanie prawdopodobnie w okładce miękkiej – podobnie jak poprzednia część, a łączna liczba stron to ok. 336.
Sugerowana cena detaliczna wynosić ma 39,90zł, dostępny będzie także ebook. 

Jak widać, nowy rok wydawniczy zapowiada się naprawdę imponująco. Jeśli zastanawiacie się, co przeczytać podczas zimowych ferii lub po prostu lubicie historie, które zawierają w sobie nutkę fantastyki, to spróbujcie poznać tę historię - lepiej jednak, jeśli zaczniecie od „Tajemnego ognia”.  :-)
A jeśli Was to nie przekonuje - nie martwcie się, z tego co wiem na ten moment, Wydawnictwo Otwarte (i nie tylko) szykuje na przyszły rok prawdziwe perełki!

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu. 

Tytuł: "Tajemne miasto"

Autor: CJ Daugherty oraz Carina Rozenfeld


Tłumacz: Małgorzata Hesko - Kołodzińska
 
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte (Moondrive)

Rok wydania: 2017


Liczba stron: 336 [?]


ISBN: 978-83-7515-421-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie - też wyraźcie swoje zdanie!
Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są dla mnie bardzo cenne. :)

czwartek, 22 grudnia 2016

"Świąteczna kafejka"

Ostatnie kilka dni przed Świętami, to prawdziwa walka o przetrwanie. Jeśli nie mieliście tej przyjemności doświadczyć tego na własnej skórze, to musicie uwierzyć mi na słowo. W tej przedświątecznej gonitwie znalazłem wieczorami czas na podczytywanie powieści, której akcja, notabene, dzieje się właśnie podczas Świąt. Więc czy podczas czytania nie dostałem... świątecznej gorączki

Beatrice jest pięćdziesięciotrzyletnią właścicielką "Kuchni Reservoir Street" - małej restauracji, którą kiedyś założyła w Sydney wraz ze swoim mężem, Peterem.  Kobieta, od niedawna wdowa, nie może pogodzić się z utratą jednej z najważniejszych osób w jej życiu i w pełni poświęca się pracy przy restauracji. W wolnych chwilach zajmuje się niesforną, lecz ukochaną wnuczką i próbuje zrozumieć, dlaczego jej dorosły syn tak bardzo stara się  od niej odciąć.
Wkrótce Bea dostaje list wysłany aż z mroźnej Szkocji. Nadawcą jest niejaka Alex McKiney, która prowadzi tam własną kafejkę. Zachęca ona do dzielenia się wrażeniami na forum dla właścicieli restauracji, które prowadzi. Bea zaczyna korespondować z nowo poznaną znajomą, dzięki czemu kobiety szybko się zaprzyjaźniają.
Niebawem splot różnych wydarzeń sprawia, że Beatrice postanawia wraz z wnuczką Florą wybrać się w podróż do Edynburga, stolicy Szkocji. Restauratorka ma nadzieję, że wyjazd choć na chwilę pozwoli jej zapomnieć o codziennych troskach, przy okazji odwiedzając kraj, z którego pochodziła.
Okazuje się, że wycieczka do tego zaśnieżonego miasta sprawi, że przeszłość, o której Bea chciała zapomnieć, sama da o sobie znać. Dawna młodzieńcza miłość spowoduje nagły wzrost temperatury na brytyjskiej wyspie. Jednak, czy ludzi bardzo doświadczeni przez życie będą jeszcze w stanie zaufać tej drugiej osobie? A może to nie o rozsądek w tym wszystkim chodzi?

"Świąteczna kawiarenka" miała być historią miłosną, którą czytelnicy z wypiekami na twarzy czytać będą podczas zimnych, grudniowych nocy. I ta książka po części faktycznie taka była. Po części, bo choć tytuł bardzo nawiązywać ma właśnie do świąt Bożego Narodzenia, o tyle sama książka niewiele z tych świątecznych klimatów sama w sobie zawiera. Opowiada jednak piękną historię, o zagubionej miłości. O uczuciu, które pozostaje zgodne ze starym przysłowiem, iż stara miłość nie rdzewieje. Na początku powieść Prowse nie jest zbyt przyjemna w odbiorze, a przynajmniej dla mnie nie była. Pełna zawiłych relacji rodzinnych opowieść z słonecznej Australii zabiera nas jednak do zaśnieżonego Edynburga, gdzie na szczęście nagle wszystko staje się prostsze i łatwiejsze. I o niebo ciekawsze.
"Miej odwagę iść naprzód, miej odwagę odejść, miej odwagę powrócić, bo tylko odważni znajdą najprawdziwsze szczęście"
Amanda Prowse, "Świąteczna kafejka", Wyd. Kobiece 2016

Znajoma zapytała mnie, widząc w treści książki maile bohaterów, czy "to coś w rodzaju Love, Rosie [Na końcu tęczy]?". Moja odpowiedź była dość lakoniczna: nie za bardzo. Podobnie, jeśli chodzi o sugerowane na okładce podobieństwo do prozy Jojo Moyes - to kompletnie nie to. Nie chodzi mi tutaj tylko o te maile, ale o sam styl pisania i historię przedstawioną. "Świąteczna kafejka" to nie płomienny romans ani wzruszająca, ckliwa historia miłosna - to po prostu dość dobrze napisana powieść obyczajowa.
Recenzowana powieść to druga na polskim rynku książka autorstwa Amandy Prowse, tym razem wydana przez Wydawnictwo Kobiece. Przełożona została przez Annę Sauvignon, a projektem okładki zajął się Mariusz Banachowicz, którego kojarzyć możecie m.in. z autorstwa okładek książek Remigiusza Mroza.
"Kafejkę" na księgarskich półkach znajdziecie w oprawie miękkiej ze skrzydełkami w cenie 36,90zł. Książka posiada ok. 272 strony, dostępny jest także ebook.

Okazuje się, że historia Beatrice nie jest przynudzająca opowiastką dla starszych pań, a miłą i zabawną lekturą, która w sam raz sprawdza się, kiedy noc jest dłuższa niż dzień. Choć jest dość krótka, to bardzo przyjemnie można spędzić z nią czas. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję firmie BookSenso.

Tytuł: "Świąteczna kafejka"

Autor: Amanda Prowse


Tłumacz:Anna Sauvignon
 
Wydawca: Wydawnictwo Kobiecie

Rok wydania: 2016


Liczba stron: 271 [3]


ISBN: 978-83-65506-88-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.