poniedziałek, 26 września 2016

"Załącznik"

Rainbow Rowell to bestsellerowa pisarka, która w Polsce znana jest od dłuższego czasu, głównie dzięki swoim książkom dla młodzieży. Na początku roku na naszym rynku pojawiła się "Linia serc" (nakładem W.O.), tymczasem na jesień ukazał się "Załącznik" dzięki wyd. Harper Collins Polska. Choć wydana po raz pierwszy w Stanach pięć lat temu, dopiero dziś możemy przeczytać ją w naszym języku. Czy było warto tyle czekać?

Przenosimy się do roku 1999. Lincoln jest dwudziestoparolatkiem, zawsze dobrze się uczył. Skończył studia magisterskie, zna się świetnie na komputerach. Chłopak przypomina trochę typowego geeka - nie lubi wychodzić z domu, jest dość nieśmiały, a w sobotnie wieczory grywa z kilkoma przyjaciółmi w planszową grę fantasy. Wkrótce zatrudnia się jako administrator bezpieczeństwa informatycznego w lokalnej gazecie - "Courierze". Spodziewa się wielu ważnych zadań, jednak zamiast tego musi pracować na nocnej zmianie, biegać po redakcji i naprawiać zepsute kserokopiarki, oraz... czytać cudze e-maile. Jego pracodawca obawia się, że dzięki złu, jakim jest Internet, ludzie zaczną knuć, spiskować i wysyłać sobie sprośne żarty ze służbowych kont, dlatego powierza Lincolnowi zadanie, by codziennie monitorował przychodzącą i wychodzącą pocztę mailową. Kiedy dziennikarze naruszą regulamin, mężczyzna ma za zadanie zdać raport i wysłać ostrzeżenie do krnąbrnego pracownika. Przez swoją pracę, pan administrator stał się postrachem wśród redaktorów gazety. Tylko dwie osoby bez ustanku nie stosują się do regulaminu, a Lincoln zawsze ma ich maile w swojej skrzynce do sprawdzenia - wiadomości od Beth i Jennifer. Kobiety wiedzą, że ich korespondencja może zostać przeczytana, mimo to nie owijają w bawełnę. Plotkują między sobą o szefach, współpracownikach i przystojnych mężczyznach. W zabawny sposób opisują rzeczywistość, co przyciąga uwagę chłopaka. Wkrótce przyznaje sam przed sobą, że ich korespondencja naprawdę go wciągnęła i zamiast przesyłać upomnień, z utęsknieniem czeka, aż będzie mógł przeczytać ich maile niczym dobrą powieść w odcinkach. Coraz bardziej zaczyna imponować mu Beth - dziennikarka, recenzentka filmowa. I choć wydaje mu się to dziwne, to zaczyna do niej coś czuć... Coś, czego nie powinien czuć do dziewczyny, której maile nałogowo czyta. 
Jak potoczy się historia Lincolna? Czy internetowe zadurzenie zdoła się przerodzić w coś rzeczywistego? 

Właściwie, to nie czytałem zbyt wiele powieści autorstwa Rowell, natomiast "Eleonora i Park" bardzo mi się podobały. "Załącznik" miał być powieścią dla dorosłych, aczkolwiek myślę, że przeczytać ją mogą także trochę młodsze roczniki. Książka napisana została w bardzo prostym, ale zabawnym języku. Ma się wrażenie, że czytając, płynie się i nawet nie zwracamy uwagę na liczbę kartek, które jakby same się przewracały. W ciekawy sposób przedstawiona została na tej samej płaszczyźnie historia kobiety, która miłości poszukuje i  która nią tryska, a także historia mężczyzny, którego miłość znajduje przypadkowo, od którego ta miłość nie chce się odczepić. Pokazuje także relację między przyjaciółmi, oddanie i zaangażowanie, a także potrzebę wsparcia i wolności, ukazuje nie raz niezdrowe relacje między partnerami czy dziećmi a rodzicami. Oprócz tego wszystkiego, zapewniła mi także nieziemską dawkę świetnej rozrywki, a poziom endorfin zdecydowania dzięki niej mi skoczył, można by rzecz, że podziałała lepiej, niż tabliczka czekolady. No dobra, bez przesady! ;-) 

Tak jak już wspominałem, "Załącznik" wydany został przez wyd. Harper Collins. Cieszę się, że zdecydowano się na okładkę, którą obecnie możemy zobaczyć na książce. Jest ona bardzo, bardzo podobna do tej oryginalnej, amerykańskiej. Oprawa jest miękka, bez skrzydełek. W książce pojawia się bardzo fajna narracja - niektóre rozdziały prowadzone są w tradycyjnej, trzecioosobowej narracji, natomiast inne to po prostu... maile przyjaciółek. Przypomina to na myśl tę samą formę, jaką użyła Cecelia Ahern w swojej książce "Na końcu tęczy" (wyd. Akurat, także: "Love, Rosie").
Za przekład odpowiedzialna jest Magdalena Słysz. Redaktor prowadzącą była Małgorzata Pogoda, natomiast korektą zajęła się Sylwia Sandowska - Dobija. Przy niektórych książkach bywa tak, że gdy nie potrafią wybronić się treścią, to przynajmniej trochę odbijają sobie to dobrą redakcją i korektą. Na szczęście książka Rowell była dość dobra i obroniła się sama, choć korekta jakby... spała. W książce pojawiało się mnóstwo literówek, co choć nie sprawiało większych problemów, nie świadczyło dobrze o rzetelności wydania.
Powieść posiada łącznie 418 stron, a jej cena detaliczna wynosi 36,99zł. Czytacie na Kindle'u lub innym urządzeniu? "Załącznik" znajdziecie także w formie ebooka! 

Bardzo cieszę się, że udało mi się przeczytać tę książkę. Może i jest to romans. Może i jest trochę schematyczna, ale świetnie się sprawdziła w te wieczory, w które nie chciało mi się nic, a musiałem jedynie dmuchać w chusteczki do nosa i leżeć pod kocem. Całkowity must have dla fanów, a także dla tych, którzy nie chcą się nudzić w jesienny wieczór lub podczas codziennej jazdy autobusem.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Harper Collins Polska. 


Tytuł: "Załącznik"

Autor: Rainbow Rowell


Tłumacz: Magdalena Słysz
 
Wydawca: Harper Collins Polska

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 412 [6]


ISBN: 978-83-276-2073-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.



niedziela, 18 września 2016

"Biuro podróży złamanych serc: kierunek Tajlandia"

Jedną z sierpniowych premier wydawnictwa Harper Collins było "Biuro podróży samotnych serc: kierunek Tajlandia", czyli pierwszy tom z cyklu autorstwa Katy Colins, który wraz z zabawną bohaterką zabrać nas miał w podróż w jedne z najciekawszych, egzotycznych zakątków świata. Powieść wydaje się być idealna do przeczytania, kiedy sami jesteśmy już dawno po urlopie, a nadal marzą nam się piaszczyste plaże i drinki z palemką. Więc... czy podróż się udała?

Georgia to Brytyjka, dwudziestoparoletnia kobieta, która może uznać, że ma już wszystko. Ma dobrą pracę w jednej z lokalnych korporacji, narzeczonego, który jest dla niej całym światem i zaplanowany termin ślubu. Wszystko jednak się wali, kiedy okazuje się, że Alex ją zdradza i zrywa zaręczyny. Kobieta nie może uwierzyć, że przecież za kilkanaście dni miała składać przysięgę, iż nie opuści Alexa aż do śmierci, a teraz została sama. Wkrótce wyjeżdża wraz z przyjaciółką do Turcji, gdzie miały spędzać wieczór panieński. Za namową koleżanki postanawia stworzyć listę rzeczy, które zrobi, by wreszcie poczuć się szczęśliwa. Kiedy jednak wraca do Anglii, odkłada tę listę uznając, że był to niedorzeczny wakacyjny pomysł. Na dodatek przez kilka wpadek traci pracę, a jej matka ostro krytykuje jej postępowanie, co sprawia, że ma ochotę rzucić tym wszystkim w diabły. Trafia do biura podróży, gdzie rezerwuje najbliższą wycieczkę zorganizowaną do Tajlandii. Georgia oczekuje pięciogwiazdkowego hotelu, z basenami i jedzeniem all inclusive, kiedy jednak dojeżdża na miejsce, rzeczywistość zdaje się... zaskakiwać. Okazuje się, ze nie wszystko wygląda jak w katalogu, a dania niekoniecznie spełniają europejskich... standardów.
Kiedy już ma rezygnować i wracać do kraju, poznaje nieznajomego, przystojnego mężczyznę. Czy wyprawa jednak nie okaże się kompletną klapą? Jak dalej potoczą się losy Georgii? Czy spełni wszystkie punkty ze swojej listy życzeń?

Niestety, po raz kolejny dałem się złapać na chwyt, jakim jest polecenie czy też blurb na okładce. W tym wypadku było to niewinne porównanie do kultowej Bridget Jones. Książka miała być podróżniczą wersją "Dzienników", ale jak dla mnie... nimi nie była. Okazuje się bowiem, że do powieści Helen Fielding jej sporo brakuje. Nie tylko jeśli chodzi o styl pisania, ale o samą bohaterkę, która jak na swój wiek wydaje się czasem albo zbyt infantylna i niewinnie głupiutka, albo udaje znów starą brytyjską damę. Owszem, widoczne jest faktyczne podobieństwo do historii o pannie Jones, jednakże wcale nie sprawia to, że lepiej odebrałem tę książkę, wręcz przeciwnie. Akcja toczy się bardzo powoli, przez co miałem wrażenie, iż fabuła stoi w miejscu i nic się nie dzieje.
Żeby jednak nie było, że się tylko czepiam, to muszę przyznać, że niektórych bohaterów ukazano w bardzo ciekawych, zawiłych relacjach. Perypetie związane z tym, jak bardzo rzeczywistość różni się od tej przedstawianej nam w reklamach, była pokazana w przekomiczny sposób, co sprawiło, że zdarzyło mi się uśmiechnąć samemu do siebie. Zaimponować może także to, w jaki sposób Colins ukazała Tajlandię. Pokazała, że w tym kraju oprócz pięknych widoków, istnieją także gorsze zaułki. Posłużyła się tutaj m.in. swoją wiedzą, gdyż sama podróżowała po krajach i z pewnością niektóre  z faktów opisanych w książce oparte były na jej własnych przeżyciach. 
"Biuro podróży..." wydane zostało przez wydawnictwo Harper Collins. Przekładem zajęła się Elżbieta Regulska - Chlebowska, a redaktor prowadzącą była Małgorzata Pogoda. Książka posiada łącznie 306 stron, jej oprawa jest broszurowa bez skrzydełek. Co do okładki także mam zastrzeżenia. Okładka zagraniczna przypomina trochę naszą polską okładkę książki D. Nichollsa. Natomiast na tej naszej, polskiej wersji znalazła się modelka o dość bardzo, bardzo chudym ciele... W każdym razie jak dla mnie, mogło być lepiej. 
Cena detaliczna książki wynosi 36,99zł. Dostępny jest także ebook. 

Ostatecznie: zdecydowanie nie jest to zamiennik "Dzienników" Fielding, aczkolwiek nie jest też to totalna klapa. Myślę, że może spodobać się komuś, kto szuka czytadła do poduszki, jednak ja czegoś takiego nie szukałem. Szukałem pełnej emocji książki, a ta mi tego niestety nie dostarczyła...

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Harper Collins

Tytuł: "Biuro podróży złamanych serc: kierunek Tajlandia"

Autor: Katy Colins


Tłumacz: Elżbieta Regulska - Chlebowska
 
Wydawca: Harper Collins Polska

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 301 [5]


ISBN: 978-83-276-2398-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

"Skradzione życie"

Lato było naprawdę fajne, jesień jednak też ma swój urok. Słuchając deszczu odbijającego się od szyby, z kubkiem ciemnej herbaty o piątej po południu, można bez wyrzutów sumienia skulić się na kanapie i oglądać ulubiony serial na Netflixie albo... przeczytać jakiś dobrze zapowiadający się kryminał. Ja korzystałem po trochu z obu opcji, najwięcej czasu poświęciłem jednak czytaniu, tym razem padło na "Skradzione życie" Allena Eskensa. To druga książka w dorobku pisarza. Czy okazała się dobrym wyborem? 

Alexander Rupert to policjant z jednej z jednostek śledczych w Minnesocie. Dawniej służył w wydziale narkotykowym, jednak z powodu postawionych mu zarzutów o malwersacje finansowe został zdegradowany i przeniesiony do Wydziału Fałszerstw i Oszustw. Alex próbuje zrobić wszystko, by oczyścić się z zarzutów, jednak sprawy zmieniania cen batoników Twix z lokalnego supermarketu nie za bardzo go fascynują. Na dodatek jego małżeństwo się sypie, a starszy brat - również policjant - zdaje się nie do końca wierzyć w jego niewinność.
W tym samym czasie w drugiej części miasta zakochana para kocha się za kierownicą samochodu podczas jazdy. Skutkiem ich nieodpowiedzialności jest spowodowanie wypadku samochodowego. Zderzają się z drogim Porsche, kierowca umiera na miejscu. Przed śmiercią udaje mu się powiedzieć ekipie ratunkowej tylko kilka słów: "Znajdźcie to... zanim... oni ją znajdą".
Jakiś czas później Rupert rozpoczyna nową sprawę, gdyż otrzymuje informacje, iż pasażer luksusowego samochodowego, James Putnam, posługiwał się cudzym nazwiskiem. Mimo że oficjalnie jest to śledztwo w  sprawie kradzieży tożsamości, detektyw od samego początku czuje, że jest to o wiele grubsza sprawa. A jeśli ją rozwiąże, może pomóc mu to ostatecznie oczyścić nazwisko.
Wkrótce Alex dociera do interesujących informacji, a śledztwo równolegle zaczyna prowadzić nowojorska policja. Ktoś jednak bardzo nie chce, by sprawy ukrywane przez zmarłego zostały ujawnione. Na jaw wychodzą mroczne fakty, a w ślad za policjantami rusza płatny zabójca i wielka machina korporacyjna.
Czy komisarzom uda się rozwikłać wszystkie pilnie strzeżone tajemnice Jamesa Putnama?  Kim tak naprawdę był ten człowiek? Co mieli znaleźć stróże prawa, a czego dokładnie szuka płatny zabójca? Czym właściwie jest prawda, a czym zgrabna manipulacja? 

Książkę wziąłem do recenzji głównie dlatego, że bardzo spodobał mi się opis... i okładka. Czyż to nie tak ma działać? Jednak z doświadczenia wiem, że nie zawsze dobra oprawa jest równomierna z tym, co znajdziemy w środku. Tym bardziej zostałem pozytywnie zaskoczony, kiedy powieść naprawdę mnie wciągnęła i okazała się bardzo ciekawa. "Skradzione życie" to typowy thriller, z dobrym wątkiem psychologicznym. Chociaż fabuła toczy się wokół śledztwa, to jednak cały czas widoczna jest kwestia kłamstw. To właśnie one towarzyszą bohaterom przez całą książkę i sprawiają, że ich losy krzyżują się tak, a nie inaczej. Na samym końcu miałem wielką nadzieję, że prawda wyjdzie na jaw, a nie zostanie na zawsze w ukryciu.
Historia jest dość nietuzinkowa, kradzież tożsamości to jedynie wierzchołek góry lodowej. Pojawiło się wiele nowych wątków, mimo to nieodczuwalny był nadmiar z tego powodu, wręcz przeciwnie. Niestety, niektórych zachowań czy sytuacji nie jestem do tej pory w stanie zrozumieć, po prostu były one dość nielogicznie przedstawione lub nie zostały przedstawione wcale, dlatego musiałem nieco obniżyć ocenę. Sama postać głównego bohatera została dobrze nakreślona, mamy także zły charakter, którego nie lubimy od pierwszych stron. Jednak postacie to nie są typowi superherosi i złoczyńcy, czasem niektórzy z nich przechodzą na rożne strony "mocy". Wszystko to sprawia, że książka wzbudza wiele emocji i trzyma do ostatniej strony. 
 
Podobnie jak pierwsza książka autora, "Pogrzebane życie", tak i ta została wydana w Polsce przez wydawnictwo Burda Książki. Przekładem zajął się Robert P. Lipski, a redakcją Magdalena Binkowska. Polska wersja okładki jest praktycznie identyczna jak wersja amerykańska. Zastosowano oprawę miękką ze skrzydełkami. Książka łącznie ma 354 strony. Narrator wprowadzony jest w tradycyjnej, trzecioosobowej postaci. Cena detaliczna wynosi 34,90.

Cieszę się, że miałem okazję przeczytać książkę Eskensa, bo naprawdę porwała mnie i trzymała do ostatnich stron. Gdyby pojawiła się jakaś kontynuacja, to bez zastanowienia zabrałbym się za czytanie. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Książki. 

Tytuł: "Skradzione życie"

Autor:Allen Eskens


Tłumacz: Robert P. Lipski
 
Wydawca: Burda Książki

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 349 [5]


ISBN: 978-83-8053-099-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

 

niedziela, 4 września 2016

"Immunitet"

No i się nie wyrobiłem! Czas tak szybko płynie, że nawet się nie obejrzałem, a za mną już początek astronomicznej jesieni. W tym tygodniu premierę miała czwarta część z serii o Chyłce i Zordonie Remigiusza Mroza. Książkę przeczytałem dość szybko, jednak natłok spraw ważnych i ważniejszych sprawił, że mimo wielkich chęci, nie dałem rady skleić niczego sensownego do dnia premiery. Postanowiłem poprawę i voilà! Odpokutowuję. Dobra, nie przedłużając więcej: jak było? 



 Mecenas Joanna Chyłka powraca do kancelarii Żelaznego & McVaya. Choć teraz zaczyna piastować stanowisko imiennego partnera, to nie jest to wcale powrót w wielkim stylu. Właściwie, to nie mogło być gorzej. Prawniczka postanowiła oblać swój awans, świętowanie zakończyło się na szpitalnym oddziale. Teraz, oprócz spalonych mostów pośród warszawskiej palestry, na stałe przypisano jej łatkę alkoholiczki. A przecież, jak sama uważa, wcale nią nie była... Wkrótce do jej sali trafia Sebastian Sendal.  Niespodziewany gość okazuje się dawnym kolegą ze studiów, a teraz - najmłodszym członkiem Trybunału Konstytucyjnego. Taka wizyta po latach może oznaczać tylko jedno: kłopoty. Sendalowi postawiane zostają zarzuty morderstwa. Wszelkie dowody zdają się działać na niekorzyść sędziego, ten jednak upiera się, że nawet nie mógłby tego zrobić, bo w dniu zabójstwa przebywał w innym mieście. Poza tym ma świadków, którzy to potwierdzą. Jednak nawet zeznania mogą być niewiele warte przy innych dowodach z miejsca zdarzenia. Nikt o zdrowych zmysłach nie podjąłby się reprezentowania sędziego, nikt oprócz Joanny.
W tym samym czasie Kordian próbuje zrehabilitować się w oczach byłej patronki. Zaczyna pomagać przy nowej sprawie, która wbrew pozorom, ma bardzo wiele pytajników, a mało odpowiedzi. Na dodatek postępowaniem zaczynają interesować się osoby, które dotąd znane były jedynie ze sceny politycznej. Niebawem w śledztwie zaczynają ginąć ważne dowody rzeczowe, obrońcy otrzymują pogróżki od anonimowego nadawcy, a samą Chyłkę zaczną nękać... duchy przeszłości. Będzie musiała uporać się z tym wszystkim. Tylko czy da radę, jednocześnie nie wychylając zbyt często kieliszka? Co ukrywa ich klient? Dlaczego ktoś tak bardzo chce zaszkodzić Sendalowi? 

Sami dobrze wiecie, jak to bywa przy seriach. Im dalej w las, tym często jest gorzej. Zabierając się za "Immunitet", właściwie nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Bałem się trochę, że fabuła będzie naciągana jak guma w majtkach. Z drugiej zaś strony strasznie wyczekiwałem tej książki, bo prawniczy świat Chyłki i Zordona potrafi naprawdę wciągnąć bez reszty. Po pierwszych stronach od razu poznałem, że jednak warto było wziąć kolejne dzieło Mroza. Jak się później okazało, ta część była dość specyficzna. Różniła się tym od pozostałych, że Mróz postanowił pokazać inną twarz Chyłki. Tak jak dotąd prawniczka była dość niedostępna, odkrywała tylko nic nieznaczące skrawki, tak teraz autor zrzuca dość dużą... bombę. Opowiedziane zostają mroczne sekrety, które bohaterka strzegła przez trzy książki. Oprócz tego jak zwykle porywa nas akcja, cieszę się, że "Immunitet" nie podzielił passy "W cieniu prawa", które jak wiem, nie wszystkim się podobało. W tym wypadku zapewniam, że chociaż mimo kilku zgrzytów, jest naprawdę całkiem przyzwoicie. Intryga nie przywodzi już na myśl hollywoodzkiego filmu akcji, jest realistycznie, co bardzo mi się spodobało. Zaczynamy się zastanawiać, czy prawo jest naprawdę dobrze skonstruowane. Czy aż nadto nas nie ogranicza? Co człowiekowi wolno, a kiedy już przekracza niebezpieczną, cienką granicę?
To samo muszę powiedzieć w stosunku do autora - teraz naprawdę się udało, ale trzeba pamiętać, że cienka granica, na której balansował, możliwe tylko tym razem wytrzymała. Ale czy nie rozciągnie się jak wymieniona wyżej guma u majtek w przyszłych tomach? Dlatego zadaję sobie to pytanie, gdyż zakończenie... Było mocne, ale może bardzo zmienić następny tom i zrobić całkiem nową Chyłkę. A chyba nie chcielibyśmy, by ta seria stała się "Modą na sukces", prawda? 

Początkowo niezbyt podobała mi się okładka tego tomu. O ile czerwień była okay, o tyle ta gazeta bardzo raziła mnie w oczy. Kiedy dostałem książkę do ręki okazało się, że gazeta wcale tak bardzo nie dominuje i jest całkiem nieźle. Ważne, że tonacja jest dość spójna z resztą serii i razem wyglądają ładnie. Redaktor prowadzącą była Monika Długa, korektą zajęła się Magdalena Owczarek. Powieść wydrukowano w drukarni Lega. Może to tylko w moim egzemplarzu, ale na niektórych stronach czcionka okazała się bardziej "pogrubiona" od reszty. Widoczne jest, że to nie wina złego składu książki, a po prostu różnych drukarek, które drukowały z nieznaczną różnicą. Powieść łącznie posiada 650 stron. Cena detaliczna wynosi skandalicznie niską kwotę, jaką jest 36,90zł. 

Ostatecznie: bardzo mi się podobało. Było dość realistycznie i z w miarę dość aktualnym tematem. Oczywiście zawodowi prawnicy od razu wyłapią nieścisłości, jednak ja, jako szary człowiek, który liczy na dużą dawkę rozrywki z czytania, jestem zadowolony, a Zordon w todze to już przecież wręcz kultowa postać fikcyjnych aplikantów. ;-) 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona (grupa Wydawnictwa Poznańskiego). 

Tytuł: "Immunitet"

Autor: Remigiusz Mróż


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 645 [5]


ISBN: 978-83-7976-510-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

wtorek, 23 sierpnia 2016

"Prawo Mojżesza"

  Sierpień to czas ostatnich chwil, by w wakacyjnym słońcu i przy letnim wietrzyku wykąpać się w spienionych wodach Bałtyku lub poczytać książkę w cieniu wiekowego drzewa, jednocześnie kołysząc się na hamaku. Wszystko jednak ma swój koniec i niebawem wakacje ostatecznie się skończą, by na powrót wróciła szara codzienność. Jednak wydawcy nie próżnują i próbują jak najbardziej uprzyjemnić pierwsze wrześniowe dni. Koniec wakacji zapowiada bowiem nowe książkowe premiery. Jedną z nich będzie "Prawo Mojżesza" autorstwa Amy Harmon. Książka zbierała dość pochlebne opinie, a jak mi się podobała? 

  Historię biblijnego Mojżesza zna chyba każdy. Z rozkazu faraona wszyscy hebrajscy chłopcy muszą zginąć, gdyż cały czas powiększający się lud Izraelitów mógłby stanowić zagrożenie dla władcy Egiptu. Matka Mojżesza chce jednak za wszelką cenę uratować swojego nowo narodzonego syna. Wkłada go do wiklinowego kosza, który później wraz z Mojżeszem wypuszcza w nurt Nilu. Wkrótce kosz wraz z chłopcem nad brzegiem rzeki znajduje córka faraona. Chłopiec jest bezpieczny, do momentu, w którym podrasta i sam staje się zagrożeniem.
  W pralni Quick Wash, w koszu z praniem, zostaje znaleziony noworodek. Chłopiec jest w bardzo kiepskim stanie, lekarze walczą o jego życie. W tym samym czasie, kiedy dziecko jest leczone, policja znajduje jego matkę - martwą narkomankę. Chłopca postanawia się nazywać Mojżesz. Choć znano już jego matkę, więc także jej rodzinę, nigdy nie udało im się poznać ojca. Wiadomo tylko, że musiała być to osoba o bardzo ciemnej karnacji, gdyż Mojżesz odziedziczył ją po nim. Małe bobasy zawsze są słodkie, nawet czarnoskóre. Co jednak, kiedy z bobasa wyrasta rosły, młody mężczyzna, który sprawia kłopoty? Mojżesz jest nadpobudliwy, twierdzi, że ma dziwne wizje. Na dodatek przez jakiś czas był członkiem gangu. Chłopak przekazywany z rąk do rąk nigdy nie miał okazji poczuć się naprawdę kochany. Do momentu, kiedy wraca do miasteczka, w którym mieszka jedyna naprawdę bliska mu osoba, prababcia. Kobieta obdarza już osiemnastoletniego młodzieńca troską i szuka zajęć, jakie mógłby wykonywać, by choć trochę spożytkować energię rozpierającą prawnuka. Chłopak maluje płoty, pomaga na budowie, wkrótce rozpoczyna pracę na farmie. Farmie, która należy do państwa Shepardów, rodziców siedemnastoletniej Georgii. Dziewczyna zawsze była grzeczna i ułożona. Nie interesowała się chłopcami, nie zważała na konwenanse, uwielbiała jeździć konno. Wszystko zmienia się, kiedy w ich gospodarstwie pojawia się Mojżesz. Georgia wie, kim on jest. Zdaje sobie sprawę, że nie może zaprzyjaźnić się z kimś takim. Mimo zdrowego rozsądku, który cały czas walczy z dziewczyną, zdaje się, że jakaś magiczna siła ciągnie ją do buntowniczego nastolatka. Mojżesz jest tajemniczy i zachowuje się bardzo dziwnie... Wkrótce rozkochuje w sobie dziewczynę. Ale czy on sam naprawdę ją kocha? Konsekwencje ich młodzieńczych decyzji wkrótce dadzą o sobie znać... i odcisną na nich piętno na całe życie.
Ktoś się zakocha. Ktoś będzie walczył. Ktoś się podda. I ktoś umrze.

Zacznijmy od tego, że kompletnie nie spodziewałem się czegoś takiego. Właściwie, to zamawiając książkę do recenzji kierowałem się głównie względami estetycznymi (czytać: bardzo spodobała mi się okładka). Nie miałem zbyt wysokiej poprzeczki. Jak myślałem, dostałem do recenzji kolejny erotyk (wszystko za sprawą wydania książki nakładem EditioRed, ale o tym później) i początkowo podszedłem do powieść dość sceptycznie. Z każdą kolejną stroną jednak akcja coraz bardziej nabierała tempa, by ostatecznie rozpędzić się niczym rollercoaster na największej prostej do dołu. "Prawo Mojżesza" okazało się świetną powieścią, powieścią obyczajową z fantastycznym (dosłownie i w przenośni) oryginalnym wątkiem. Powieść Amy Harmon choć niepozorna traktuje o ważnych sprawach takich jak śmierć, brak akceptacji ze względu na swoją odmienność, czy zaufanie. Pokazuje, jak wiele zależy od tego, czy chcemy znać prawdę, czy chcemy w nią wierzyć.  Harmon niejednokrotnie zaskakuje, zgrabnie wplata wątek kryminalny. Miłość jest jednak przez cały czas na pierwszym planie. Nie taka jak w "50 twarzy Greya" czy innych powieściach erotycznych. Miłość prawdziwa, pełna bólu, rozczarowania, ale także dająca oparcie i powodująca radość. Miłość, która czasem mury burzy, a czasem sama je stawia. Wszystko opisane w niebanalny sposób, a w tle galopujące konie, Calico i Lucky, oraz obrazy, murale. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz zostałem porwany przez taką historię.

Tak jak wspominałem na początku, "Prawo Mojżesza" wydane zostało przez grupę Helion pod marką EditioRed. Marka ta skierowana jest głównie do czytelników, którzy w lekturze szukają... mocnych wrażeń. Jak mi się wydawało, EditioRed to marka książek pełnych erotyzmu i namiętności, seria literatury erotycznej. Tymczasem powieść Harmon ma zaledwie kilka takich wątków i nie są one w żaden sposób szczegółowo rozbudowane. Książka jest dobra, ale na czytelniczych portalach może dostawać naprawdę niskie oceny właśnie ze względu na to, że czytelnicy oczekują płomiennego romansu.Dlatego naprawdę dziwię się, ze podjęto decyzję o wydaniu "PM" w tej marce.
Projekt polskiej okładki jest dość zadowalający, trochę szkoda jednak, że książka została wydana według "standardów" wydawcy. Oprawa bowiem jest znów broszurowa, bez skrzydełek, a cena wynosi aż 39,90, co według mnie jest dość za wysoką kwotą. Przekładem zajął się Marcin Machnik. Dostępny jest także ebook, ale jedynie na ebookpoint.pl co wydaje się kolejnym strzałem w stopę. 

Dobrze, że książka naprawdę broni się treścią i w głównej mierze ocenia się właśnie powieść, a nie wydanie. Gdyby było inaczej, ocena poszybowałaby niżej. Może powieść Harmon nie jest majstersztykiem, jednak zdecydowanie jest czymś innym, nowym, zasługującym na uwagę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Helion, właścicielowi marki EditioRed. 



Tytuł: "Prawo Mojżesza"

Autor: Amy Harmon

Tłumacz: Marcin Machnik
 
Wydawca: EditioRed (Wydawnictwo Helion)

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 356 [6]


ISBN: 978-83-283-2231-8


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Moje serce i inne czarne dziury"

Ostatnie tygodnie wakacji lub ostatnie dni urlopu z reguły mijają bardzo szybko. Wszyscy chcą jak najlepiej wykorzystać letnią pogodę i czas, który może być przeznaczone na letnią beztroskę. O tym, jak dobrze spędzać czas, dużo wiedzą bohaterowie recenzowanej dziś książki, chodzi oczywiście o "Moje serce i inne czarne dziury". Na zagranicznych portalach nad książką się niejednokrotnie rozpływano, otrzymywała bardzo wysokie noty. Czy mnie także zachwyciła?


Aysel nigdy nie było łatwo. Jej rodzice pochodzili z Turcji, matka rozstała się z mężem zaraz po urodzeniu córki. Kobieta ułożyła sobie życie, stworzyła nową rodzinę, a Aysel pozostała pod opieką ojca. Tata od zawsze miewał huśtawki nastroju, jednak dziewczyna nigdy nie przypuszczała, do czego może się posunąć. Po tym, co się stało, dziewczyna trzy lata temu trafiła pod skrzydła matki. Nie jest jednak szczęśliwa. Mimo, że u mamy ma względny spokój, to nadal słyszy podszeptywanie w klasie i wykluczenie ze strony środowiska. Nawet w domu, przy ojczymie i przyrodnim rodzeństwie, czuje się jak intruz. Najlepsze przyjaciółki opuściły ją w momencie, w którym najbardziej ich potrzebowała. Nic więc dziwnego, że dziewczyna jest smutna... Jej codzienność to szkoła, w której trzeba przetrwać, kilka godzin pracy w call center (nie, za nic w świecie się nie upokorzy i nie poprosi matki o kieszonkowe!) i wreszcie powrót do domu, gdzie jest już idealna siostra i śliczny brat. Świetnie, jakby wydarzenia sprzed kilku lat dostatecznie nie pokazały, że jest totalnym zerem. Jedyną odskocznią od rzeczywistości to fizyka, ten przedmiot naprawdę ją fascynuje (w przeciwieństwie do angielskiego) i portal Smooth Passages...
Kilkanaście minut drogi dalej, w sąsiednim miasteczku, mieszka Roman. Chłopak, kiedyś wybitny sportowiec, teraz załamany nastolatek, także ma za sobą traumatyczne przeżycia. Stracił coś, kogoś. I wie, że już nigdy go nie odzyska. Co gorsze, wie, że to on jest powodem tej straty. Czy można sobie coś takiego wybaczyć? Nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca... Wreszcie trafia na forum Smooth Passages. Wbrew pozorom nie jest to portal randkowy, wręcz przeciwnie. To forum dla samobójców, na którym osoby udzielają sobie rad dotyczących szybkiej śmierci, poszukują także partnerów do samobójstwa, bo czasem samemu po prostu można stchórzyć. 
Aysel logując się na portalu, wie już, że na pewno chce to zrobić. Nie ma tylko odwagi zrobić tego sama. Na forum jest pełno osób, jednak co z tego, kiedy połowa to zdesperowane kury domowe, które osierociłyby dzieci, a druga połowa to osoby z przeciwnej części kraju? Dziewczyna już traci nadzieje,  kiedy na portalu swoje ogłoszenie umieszcza tajemniczy FrozenRobot. Aysel czuje, że to będzie odpowiednia osoba. Nie wie tylko, że ta osoba zmieni jej życie o 360 stopni. Nie wie także, że dla ludzkiego umysłu wszystko jest subiektywne. Nie zdaje sobie sprawy, że wszystko zależy od punktu widzenia.

Czytelnicy raczej przyzwyczaili się do ckliwych historyjek o umierających nastolatkach. Głównie za sprawą "Gwiazd naszych wina", ale nie tylko, na księgarskich półkach pojawiło się mnóstwo tytułów, które okładkami i opisami zachęcały fanów wspomnianej książki Greena, by właśnie po tę konkretną historię sięgnąć. Choć "Moje serce..." nie chwali się na okładce cytatem z recenzji znanego autora czy The New York Timesa, to jednak przyciąga. Przyciąga tematem, który chyba w literaturze młodzieżowej nie została do końca wyeksploatowany - chodzi tutaj o młodych ludzi, którzy umrą. Ale nie umrą dlatego, że muszą, umrą, bo sami chcą pozbawić się życia. Ta książka po części pomaga zrozumieć takie osoby, choć oczywiście powodów, dla których niektórzy podejmują takie decyzje jest o wiele więcej. Jasmine Warga w swojej książce użyła akurat traumatycznych przeżyć, które w połączeniu z głęboką depresją doprowadziły do katastrofalnych w skutkach rezultatach. Warga pokazuje, jak brak akceptacji może zniszczyć komuś życie, jak zwykłe ukradkowe, nieprzychylne spojrzenia, ciche plotki, mogą sprawić, że ktoś zmieni się nieodwracalnie. Oczywiście, wśród wszechobecnego chaosu wkrótce o sobie da znać miłość. I w tym wypadku miłość sprawi, że bohaterowie, albo przynajmniej jedno z nich, zobaczą, że nie wszystko jest czarno-białe. Sprawi, że ujrzą się w innym świetle, nie w roli winowajcy, a pokrzywdzonego.
Pomimo tego dobrego przekazu, książka pozostawia też trochę do życzenia. Tempo narracyjne, jak i sama fabuła nie są zbyt dobre. Początek książki jest naprawdę przeciętny. Na dodatek historia bywa w niektórych momentach bardzo przewidywalna. Cała powieść szła jednym, utartym torem, a małe zwroty akcji były szybko przerywane. Wyszło na to, że autorka wiele wątków poruszyła, a tylko połowę z nich kontynuowała. Niestety przez te niedociągnięcia ocena poleciała w dół. Ostatecznie historia okazała się bajką, o nieidealnym księciu na białym koniu. 

"Moje serce i inne czarne dziury" wydane zostało trzeciego sierpnia br. przez wydawnictwo Burda Publishing. I tak, teraz chcę się pochwalić, właśnie nawiązałem współpracę recenzencką z tym wydawcą. Niezmiernie mnie to cieszy, gdyż to nie jedyna pozycja z ich oferty, która wpadła mi w oko. ;-) Powieść została przetłumaczona przez Ewę Kleszcz, redaktorem prowadzącym był Marcin Kicki. Projektem okładki zajęła się Katarzyna Ewa Legendź. Muszę przyznać, że nasza wersja okładki w stosunku do oryginalnej, która podobna jest do polskiej wersji "Wszystkich jasnych miejsc", wypada bardzo przyzwoicie. Nieco zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, że na papierowych grzbietach książki kartki są pomazane tuszem drukarskim. Pomyślałem, że pewnie dostałem jakiś trefny egzemplarz. Jak się okazało, to nie wina egzemplarza, a celowe działanie (zdj. 3). "Moja książka i inne czarne kropki"? :-) Polska wersja książki wyszła w oprawie broszurowej ze  skrzydełkami. Cena detaliczna wynosi 34,90. Powieść dostępna jest także w ebooku. 

Ostatecznie oceniam dość wysoko, choć książka nie do końca spełniła moje oczekiwania. Za dobry przekaz, niezłą historię i ciekawe przedstawienie głównej bohaterki - 6 gwiazdek na 10 możliwych.

Za udostępniony egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Publishing Polska. 


Tytuł: "Moje serce i inne czarne dziury"

Autor: Jasmine Warga


Tłumacz: Ewa Kleszcz
 
Wydawca: Burda Książki (Burda Publishing Polska)

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 321 [5]


ISBN: 978-83-8053-135-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.

piątek, 12 sierpnia 2016

"Magisterium. Miedziana rękawica"

Ostatnio na blogu pojawia się sporo recenzji kontynuacji. No cóż, tym razem też tak będzie, choć obiecuję, że kolejna recenzja dotyczyć będzie jednostrzałówki. Dzisiaj jednak na tapetę idzie "Magisterium. Miedziana rękawica", czyli drugi tom historii stworzonej przez duet dwóch pisarek: Cassandry Clare oraz Holly Black. Jak im to wyszło? 


Callum Hunt wraz z przyjaciółmi wreszcie może rozpocząć upragnione wakacje. Mimo że początkowo robił wszystko, żeby oblać i zostać wyrzuconym z Magisterium, to ostatecznie pomyślnie przeszedł Próbę Żelaza. Po wakacjach zmierzyć ma się z Rokiem Miedzi, ale póki co może cieszyć się słoneczną pogodą i wypoczywać. Beztroska nie jest mu chyba jednak pisana. Kiedy wraca na wakacje do domu, do ojca, okazuje się, że ten nadal nie jest w stanie zaakceptować faktu, iż jego syn uczy się w niebezpiecznej szkole magii. Poza tym Alastair niezbyt przepada za Mordem, zwierzakiem syna. No cóż, to też nie takie zwykły domowy pupil, a wilk ogarnięty chaosem. Kiedy pewnego dnia wilczek ginie, a chłopiec odkrywa niepokojące zapiski swojego ojca, postanawia jak najszybciej uciec, gdyż nie jest już bezpieczny w towarzystwie Alastaira. Musi uciec, bo jego ojciec wie, kim tak naprawdę jest Callum. 
Wkrótce po rozpoczęciu roku szkolnego z Magisterium ukradziony zostaje cenny artefakt, który w niewłaściwych rękach może stać się bardzo niebezpiecznym narzędziem. Na dodatek ojciec Calluma znika, a chłopiec ma najgorsze przeczucia. Jego obawy niebawem podchwytują także i inne osoby, i mężczyzna staje się głównym podejrzanym. Młody Hunt, mimo wydarzeń minionego lata, nie wierzy w oskarżenia, które kierowane są w stronę jego taty i postanawia ocalić ojca. Kiedy wyruszyć ma na samotną, tajną misję w poszukiwaniu Alastaira, dołączają do niego wierni przyjaciele - Tamarę i Aarona. Oraz ktoś jeszcze...
Dzieciaki zmuszone będą zmierzyć się z zabójczymi potworami, nieobliczalnymi magami i szalonym mistrzem Josephem. Tymczasem sekret, który ukrywa Callum, co raz bardziej ciąży mu na sercu. Zatajając prawdę nie tylko zaklina rzeczywistość, ale także niszczy samego siebie. 
Co ukrywa Alastair Hunt? Kto tak naprawdę ukradł Miedzianą Rękawicę? Czy Zły Władca znów da o sobie znać? 

Do drugich części z reguły podchodzę dość sceptycznie, gdyż rzadko kiedy utrzymują one poziom pierwszego tomu. Tym razem jednak bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. "Miedziana rękawica" to kontynuacja dziecięcej serii fantasy, to od razu trzeba zaznaczyć. Język, ogólnie styl pisarek, jaki został użyty w tej książce, jest wyraźnie nakierowany na młodszego czytelnika. Dlatego tym większe było moje zdziwienie, kiedy po raz kolejny okazuje się, że głównymi wątkami poruszanymi w książce jest miłość (tym razem na szczęście chodzi o tą rodzicielską i braterską) oraz temat śmierci. I chociaż może akurat mi się wydaje, że dzieciaki w wieku jedenastu czy dwunastu lat nie za bardzo jeszcze dokładnie rozumieją, czym jest koniec życia, to jednak możliwe, że faktycznie teraz dzieciaki są bardziej oswojone z takimi sprawami. No dobrze, może brzmię jak ksiądz na ambonie, ale czy zjadanie przez potwory to jest serio to, co chcemy takiemu dziecku przekazać w książkach? Nie twierdzę, by czytali "Kubusia Puchatka", nie, ale zastanówmy się, tak samo, jak zastanawiamy się przed kupieniem dla dziecka kolejnego filmu na DVD czy gry wideo.
Jeśliby zaś przyjąć, że książka skierowana jest do młodzieży (wrzucam to w kursywę, bo ten termin też trudno zdefiniować), to nastolatkom zaś język wydawać może się dość dziecinny. Po prostu. I kogo tu zadowolić? 
Mimo to książka nie jest od razu beznadziejna i przeznaczona do spalenia na stosie. Przez większą część naprawdę trzyma w napięciu, przy czym traktuje także o wartościach jakimi są rodzina, zaufanie i oddanie. I choć brzmi to banalnie, to z Callumem Huntem większość czytelników może się po prostu utożsamić. Autorki ukazują go jako kogoś posiadającego wady, zakompleksionego, zazdrosnego, ale jednocześnie z wielkim sercem i niezłomnego w tym, do czego dąży. Chciałbym zakończyć tę część, cytując tutaj to, co jako tematyki prac poloniści często lubią zadawać swoim uczniom: "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać".

"Miedziana rękawica" wydana została, podobnie jak pierwsza część, przez Wydawnictwo Albatros. Po raz kolejny jestem bardzo zadowolony zarówno z poziomu oprawy i grafiki w książce, jak i z poziomu redakcji. Powieść zawiera łącznie 335 stron. Przekładem zajął się Robert Waliś, a redakcją Monika Strzelczyk. W naszym wydaniu zachowano oryginalną okładkę. Mam dobrą wiadomość dla osób, które nadal lubią książki z obrazkami -  w tej powieści znajdziecie rysunki, które powstały spod ręki Scott Fisher. Cena detaliczna książki wynosi 33,90. W sprzedaży dostępny jest także ebook. 

Ostatecznie oceniam wysoko, bo jakby nie było, książkę naprawdę czyta się dobrze. Jest ciekawa, a to, że niezbyt dopasowana treścią do wieku (choć może ja nadal żyję w błędnym przekonaniu), to naprawdę oddzielny temat.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros oraz firmie Go Culture.

Tytuł: "Magisterium. Miedziana rękawica"

Autor: Cassandra Clare i Holly Black


Tłumacz: Robert Waliś
 
Wydawca: Wydawnictwo Akurat

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 335 [3]


ISBN: 978-83-7885-461-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  to od jednej do pięciu gwiazdek.