sobota, 23 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Obsesja"

Katarzyna Berenika Miszczuk to autorka, której nazwisko od paru lat podbija polski rynek wydawniczy. Od debiutującej w wieku osiemnastu lat, nikomu nieznanej autorki, dość szybko zamieniła się w pisarkę, która posiada rzeszę wiernych fanów i wydaje nie tylko powieści paranormal fiction. „Obsesja” to pierwsze moje spotkanie z twórczością Miszczuk. Jakie autorka wywarła na mnie pierwsze wrażenie?
Joanna Skoczek jest młodą, atrakcyjną kobietą. Wydaje się nawet, że osiągnęła to, o czym zawsze marzyła – ukończyła studia i została lekarzem. I to nie byle jakim, bo o specjalizacji w psychiatrii. A jednak, mimo pozornej harmonii i niewielu wiosen na koncie, życie prywatne Skoczek to prawdziwa katastrofa. Niedawno rozstała się z mężem, dla którego porzuciła dawne życie. Po rozwodzie zdecydowała się powrócić do Warszawy, by zacząć od początku. Zmieniła też miejsce pracy – z nadmorskiej placówki przeniosła się do szpitala na warszawskiej Pradze.

Mimo wszystko doktor Asia zdaje się ukontentowana z życia, jakie prowadzi. Co prawda, w domu zamiast namiętnego kochanka czeka na nią kot, ale sierściuch przynajmniej nie zostawi jej nigdy na lodzie. I choć praca na oddziale psychiatrii niejednokrotnie daje jej w kość, to cieszy się, że przynajmniej choć cząstka życia zdaje się układać po jej myśli.

Niebawem na jednym z oddziałów spotyka Tomasza – dawnego znajomego ze studiów, a dziś jednego z najatrakcyjniejszych mężczyzn w kitlu, który leczy w jej szpitalu. I choć o względy doktora walczą zarówno pacjentki, pielęgniarki, jak i poważne lekarki, to Tomek stara się zaimponować właśnie Joannie.

Jednak kobieta stała się także obiektem westchnień pewnego salowego, z którym często mijała się na korytarzu. Największy problem polega jednak na tym, że Skoczek nie chce się angażować w żadne związki – ani z lekarzem, ani z salowym, ani nawet z członkiem brytyjskiej rodziny królewskiej (gdyby ten w ogóle zainteresował się lekarką). Do szczęścia wystarczy jej przecież kocur i pudełko lodów.

Niebawem w swojej szafce w pracowniczej szatni, odnajduje anonimowy liścik. Nadawca twierdzi, że nie może przestać myśleć o pani doktor. Początkowo Joanna jest pewna, że ktoś zrobił sobie z niej żart lub też karteczka została wrzucona do jej szafki omyłkowo. Wkrótce pojawiają się kolejne wiadomości, które nie brzmią już tak niewinnie. Liściki są jednak dopiero preludium do tego, co planuje tajemniczy wielbiciel. Wkrótce stalker zamienia się w psychopatę, a na terenie szpitala znalezione zostają zmasakrowane ludzkie zwłoki…

Do tej pory Katarzynę Berenikę Miszczuk kojarzyłem głównie przez pryzmat serii „Kwiat paproci”. Jasne, wiedziałem, że autorka wydała także inne książki, m.in. „Pustułkę”, którą zresztą mam w swojej biblioteczce, mimo wszystko pozostało wrażenie, że Miszczuk to „ta od paranormali”. Od samego początku, kiedy tylko dotarła do mnie powieść „Obsesja”, palce świerzbiły mnie, żeby po nią sięgnąć. Jednocześnie obawiałem się rozczarowania i zawodu, bo przecież mam już za sobą tyle thrillerów i mrocznych kryminałów, które zamiast przerażać, jedynie nużyły. Kiedy jednak zacząłem czytać, byłem już pewien – ta książka była piekielnie dobra!
„Przyglądałam mu się wyczerpująco. Nie kłamałam, że mam coś do załatwienia. Od co najmniej kilku minut powinnam być na oddziale, żeby przejść się przed końcem pracy po salach moich pacjentów i zdać raport lekarzowi dyżurnemu.
A gdy to zrobię, będę mogła iść do domu”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 174, GW Foksal 2017
Najnowsza książka tej autorki to niezwykle „wciągająca” historia, której nikt nie będzie umiał się oprzeć. Nie jest może ona nazbyt przerażająca, a od czytania nie dostaniemy gęsiej skórki, jednak jest naprawdę dobrze napisana. Katarzyna Berenika Miszczuk udowadnia, że dobry thriller niekoniecznie obfitować musi w odcięte kończyny czy wylewające się wnętrzności. Do sukcesu wystarczy bowiem niezły styl, dobry klimat i świetnie nakreśleni bohaterowie.

Autorka naprawdę dobrze ukazała miejsce akcji, w tym przypadku jest to szpital na Pradze. Nieco zapuszczony budynek, który lata świetności ma już za sobą, idealnie współgra z tym, czego często sami doświadczyć możemy, korzystając z usług służby zdrowia. Jest to przeciwieństwo wyidealizowanych szpitali, które widzimy w serialach medycznych.

Miszczuk świetnie scharakteryzowała także bohaterów, którzy występują w jej powieści. Każda z postaci reprezentuje oddzielną postawę, każdy z bohaterów zmaga się z własnymi problemami. A pomiędzy nimi pojawiają się także intrygi, sekrety i kilka trupów. Mogło być lepiej?

„Dąbkowskiego podniecało ciągły stykanie się z nieznanym i diagnozowanie zawszonych pijaków, których policja zbierała z ulic. Każdego trzeba było skonsultować psychiatrycznie, jeśli miał omamy albo urojenia. Mnie także w rósł poziom adrenaliny w takich przypadkach, jednak nie z radości, ale raczej z obawy, że złapię świerzb”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 150, GW Foksal 2017

Co do sprawcy całego zamieszania, czyli psychopatycznego mordercy – i w tym wypadku nie można mieć wielu zastrzeżeń. Pisarka świetnie umotywowała jego działalność. Choć o sposobności dokonywania morderstw można polemizować, to myślę, że warto przymknąć na to oko, gdyż finał książki jest dzięki temu naprawdę szokujący!

Jednym z minusów książki jest… „powtarzalność” pewnych informacji w każdym rozdziale. Główna bohaterka do znudzenia „wałkuje” temat tego, jak bardzo boi się schodzić do szpitalnej piwnicy, gdyż wygląda ona jak sceneria horrorów. Narratorka oznajmia to z piętnaście razy, co oczywiście nie przeszkadza jej w samotnym przechadzaniu się po ciemnych  szatniach.

Inna sprawa to przewidywalność pod względem fabularnym. Chociaż książka faktycznie zainteresowała mnie do tego stopnia, że przeczytałem ją w parę godzin, to jest ona niezbyt zaskakująca. Jednakże nie zmienia to faktu, że lektura tej powieści była naprawdę niezłą zabawą i myślę, że z chęcią sięgnę po inne książki tej pisarki.

„Obsesja” swoją premierę będzie mieć 27 września, czyli już za parę dni. Na księgarskich półkach książkę znaleźć będzie można dzięki Wydawnictwu W.A.B.

Za redakcję powieści odpowiada Agnieszka Jędrzejczak, korektą natomiast zajęła się Julia Celer oraz Anna Jagiełło. Projekt okładki stworzył Tomasz Majewski. Książka zostanie wydana w oprawie miękkiej ze skrzydełkami.

„Obsesja” kosztować ma 36,99 zł. Na powieść składa się około 400 stron. Tytuł ten prawdopodobnie dostępny będzie także w wersji elektronicznej.

Thriller Katarzyny Bereniki Miszczuk nie mroził krwi w żyłach i bywał czasem przewidywalny. Nie znaczy to jednak, że było źle. Bez żadnych wyrzutów sumienia oceniam tę powieść na mocne cztery na pięć gwiazdek. Świetni bohaterowie, klimatyczne miejsca akcji, a nawet zabawne komentarze głównej bohaterki (co widać po powyższych cytatach) sprawiają, że W.A.B. wydaje w środę dobrą książkę, która z pewnością spodoba się wielu osobom. Mnie w każdym razie bardzo przypadła do gustu  i wcale nie dziwię się, że podczas tegorocznych Targów Książki w Warszawie do pisarki w kolejce po autograf stanęło tak wiele osób! Być może na najbliższych targach sam będę jednym z czekających na podpis fanów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Foksal.  
  
Tytuł: "Obsesja"

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 398 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-280-4634-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




sobota, 16 września 2017

"Siedem dni"

Rok szkolny rozpoczął się już na dobre. Uczniowie znów zakładają plecaki pełne zeszytów i książek, by zmierzyć się ze szkolną rzeczywistością. Czasem jednak oprócz konfliktów z nauczycielami i masą kartkówek, zdarza się, że młodzi zmagać muszą się z problemami, które powodowane są zachowaniem ich rówieśników. O tym właśnie w zamierzeniu autorki traktować ma powieść „Siedem dni” wydana jakiś czas temu przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Jaki poziom reprezentuje książka autorstwa Eve Ainsworth?

Jessica mieszka na Osiedlu – tak mieszkańcy jej miasta nazywają tę dzielnicę, w której egzystują najbiedniejsi. Samotnie wychowuje ją i jej młodszą siostrę matka, która by utrzymać rodzinę, musi pracować na kilka etatów i zgadzać się na nocne zmiany. Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, więc dziewczyna nigdy nie może pozwolić na zakup najmodniejszych ciuchów czy smartfonów. Jej matka pragnie jednak, by dziewczyna osiągnęła w życiu sukces, dlatego chce, by Jess uczyła w szkole dla uczniów z lepszej, zamożniejszej dzielnicy. Różnice pomiędzy Jess a resztą dzieciaków są jednak bardzo widoczne… 

Kez chodzi do tego samego liceum, do którego uczęszcza Jessica. Jest jednak jej całkowitym przeciwieństwem. Zdaje się, że ma wszystko, czego brytyjska nastolatka mogłaby chcieć. Jest bardzo ładna, podoba się wielu chłopcom – co jednak ważniejsze, spotyka się z tym, którego pragnie. Obraca się w kręgu oddanych przyjaciółek, a na koncie bankowym nie brakuje środków na nowe torebki. Tylko jedna grubaska cały czas działa jej na nerwy… Kez nie ma zamiaru ułatwić jej życia, tym bardziej że pochodzi z Osiedla. Co ktoś taki robi w ogóle w jej szkole? 

Jess tymczasem zajada stresy i smutki, co powoduje, że najlepiej wygląda w odzieży ciążowej… Wie, że nie wygląda jak modelka z okładek magazynów modowych, ale jedzenie to jedyna przyjemność, na jaką może sobie pozwolić. Wkrótce dziewczyna spotyka przyjaciela sprzed lat – kogoś, z kim kolegowała się, kiedy mieszkała w pięknym domu wraz z ojcem i szczęśliwszą matką. Niewinna rozmowa powoduje jednak, że jej życie staje się jeszcze mniej przyjemne. Jessica bowiem zaczyna coraz bardziej irytować Kez, która dopiero pokaże, na co ją stać…

Książka „Siedem dni” interesowała mnie już od jakiegoś czasu. Mówiąc szczerze – bardzo zaintrygowała mnie okładka tej powieści i gdybym miał wybrać w ciemno, bez czytania opisu, tę książkę lub młodzieżówkę z fotografią kochanków w miłosnym uniesieniu na okładce, to bez wahania wybrałbym powieść Ainsworth. Teraz, po przeczytaniu, mogę powiedzieć, że byłby to dobry wybór, ponieważ książka ta jest po prostu nadzwyczajnie dobra.

Nierzadko zdarza się, że młodzieżówka, która naprawdę dobrze się zapowiadała, ostatecznie nie wnosiła niczego nowego na rynek przepełniony młodzieżowymi obyczajami czy pseudodramatami. Można też bez końca wymieniać tytuły, które zamiast dobrej fabuły i wynikającego z niej wniosku, były zwykłą moralizatorską papką, która swoją naiwnością i ckliwością podobać się mogła jedynie autorowi i wydawcy. „Siedem dni”, szczęśliwie dla mnie, takie nie było. Faktycznie, nie była to być może książka wybitna, a autorka nie posługuje się górnolotnym słownictwem. Ale przecież taka wcale nie miała być. Powieść Ainsworth jest za to dobrą historią o przemocy – fizycznej i psychicznej, której doświadcza w prawdziwym życiu nie tak przecież niewielu nastolatków.

„Siedem dni” jest dobrze skonstruowaną powieścią dla młodzieży. Książkę naprawdę dobrze się czyta, choć trzeba przyznać, że pod względem fabularnym powieść ta nie należy do najlżejszych. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że powieść ta to coś w rodzaju powieści psychologicznej dla młodzieży. Choć temat przemocy wśród młodzieży wydaje się dość wyeksploatowany, to jednak Eve Ainsworth udało się stworzyć coś niebanalnego.

Na szczególną uwagę zasługuje przedstawiona przez autorkę relacja oprawca-ofiara. Dzięki dwom perspektywom – jednej z punktu widzenia Jess, a kolejnej z punktu widzenia Kez, czytelnik ma szansę zobaczyć różne oblicza obu dziewczyn i lepiej poznać ich motywacje. Dzięki temu odbiorca nie szufladkuje od razu bohaterów na tych „dobrych” i „złych”. Taka forma prowadzenia narracji sprawiła, że autorce udało się dobrze zbudować swoje postacie – zachowanie bohaterek staje się dla czytelnika bardziej zrozumiałe; czytelnik ma szansę zajrzeć do psychiki Jess lub Kez i połączyć chaos panujący w ich głowach z ich zachowaniem i postępowaniem. Warto też zauważyć, że Eve Ainsworth swoich bohaterów stworzyła na zasadach kontrastu, co również pozytywnie wpływa na efekt, który wywiera na czytelniku „Siedem dni”.

Jednocześnie ta stosunkowo krótka powieść, to też dobry przykład książki, która traktuje także o przyjaźni, problemach z akceptacją samego siebie i o braku zrozumienia drugiego człowieka. Po lekturze czytelnik może nie pozostaje z pełną listą pytań do autorki, gdyż ta zgrabnie zakończyła tę one shotową powieść, ale za to zastanawia się nad tym, jak wiele zachowań ignorujemy lub krytykujemy, jednocześnie nie doszukując się przyczyn, źródeł ich powstawania. Po przeczytaniu książki Ainsworth, pozostajemy też z inną zagwozdką. Młody czytelnik zostaje postawiany przed ważnym pytaniem – czym tak naprawdę jest patologia? A przecież z takim określeniem spotkał się każdy i pojawia się nierzadko na szkolnych korytarzach…

Tragedia antyczna cechuje się między innymi zasadą trzech jedności – jednością akcji, miejsca i czasu. Te reguły często do zanudzenia do głów wbijają nauczyciele na lekcjach języka polskiego. Do dramatu opartego na tych zasadach można byłoby, z pewnym przymrużeniem oka, porównać powieść „Siedem dni”, której akcja dzieje się podczas tytułowego jednego tygodnia. Jedność miejsca – też się zgadza: brytyjskie miasteczko, pełne kontrastów – osiedle biedoty oraz dzielnica willowa. Z jednością akcji byłby już problem, choć na upartego można byłoby uznać główny wątek: nienawiść i problemy w szkole.

Jak wspominałem na początku, powieść „Siedem dni” wydana została przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Nie jest to najnowszy tytuł, bo premierę miał we wrześniu 2015 roku. Tego roku jednak na rynku pojawia się wznowienie, więc to dobra okazja, by uzupełnić swoją biblioteczkę o ten tytuł, jeśli nadal tego nie zrobiliście.

Za redakcję tej książki odpowiada Teresa Zielińska. Korektą zajęły się natomiast Martyna Adamska i Natalia Galuchowska. Z języka angielskiego powieść przełożył Marcin Mortka.

Polską wersję okładki stworzyła Marta Żurawska-Zaręba. Powieść wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Na powieść składa się około 250 stron. Cena detaliczna wynosi 24,90 zł. Książkę zakupić można także w formie elektronicznej.

Eve Ainsworth stworzyła krótką, ale bardzo ważną książkę dla młodzieży. Bohaterowie są naturalni i nieprzerysowani. Fabuła nie jest męcząca ani infantylnie naiwna. Powieść ta nie tylko będzie umiała zainteresować młodego czytelnika, ale także może wpłynąć na jego pogląd na rzeczywistość. Nie twierdzę, że tytuł ten od razu zrewolucjonizuje świat. Wydaje mi się jednak, że jest to bardzo wartościowa książka, którą naprawdę warto przeczytać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.  
  
Tytuł: "Siedem dni"

Autor: Eve Ainsworth


Tłumacz: Marcin Mortka
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2015 [dodruk: 2017]

Liczba stron: 241 [8]


ISBN: 978-83-7983-417-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



niedziela, 10 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Zbrodnia nad urwiskiem"

Już w najbliższą środę premierę mieć będzie najnowsza książka Marty Matyszczak – „Zbrodnia nad urwiskiem”. Jest to drugi tom kontynuujący historię o detektywie Solańskim i kundelku Guciu, pierwsza część – „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” naprawdę mi się podobała. Nic więc dziwnego, że nie umiałem oprzeć się pokusie przeczytania od razu kolejnej części. Czy druga część przygód chorzowskiego śledczego jest równie dobra jak pierwsza?

Po rozwiązaniu sprawy śmierci dawnej chorzowskiej aktorki Teatru Uciecha – Marianny Biel, kariera zawodowa Szymona Solańskiego nabrała naprawdę niezłego tempa. Propozycji zleceń potencjalnych klientów agencji Solan przybywa, jednak sam jej właściciel na większość przesłanych zapytań nie raczy nawet odpisać. Szymon znów popada w swego rodzaju marazm, gdyż nie widzi większego sensu w prowadzeniu spraw związanych z niewiernością małżonków. Co więcej, sprawa Biel nieźle dała mu w kość, a jego jedyna przyjaciółka (nie licząc Gucia) spakowała walizki i wyjechała nie wiadomo gdzie. Na dodatek, jego rozwiedzeni rodzice, znów zaczynają spędzać razem czas, co sprawia, że Solański jest jeszcze bardziej zdezorientowany.

Wkrótce, gdy w lodówce, w mieszkaniu w kamienicy przy ulicy 11. Listopada, wita Szymona jedynie światło żarówki, detektyw musi podjąć się nowej sprawy.

Czesław Koszycki zleca Solańskiemu z pozoru typową sprawę. Detektyw odnaleźć ma zaginioną wnuczkę Koszyckiego. Kasia Walasek, bo dziewczyna tak właśnie się nazywa, wyjechała do pracy za granicę – do Irlandii – by tam, mimo zdobytego w Polsce tytułu magistra, pomagać na zmywaku. Niestety, Czesław od kilkunastu dni nie ma kontaktu z wnuczką, co bardzo go niepokoi. Zleca Szymonowi odnalezienie krewnej i sprawdzenie, czy wszystko z nią w porządku. Klient zapewnia, że cena nie gra roli, a sam detektyw ma w tej sprawie udać się aż na irlandzkie wyspy. Z braku większych perspektyw i topniejących oszczędności, Solański podejmuje się zadania i wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem, wyrusza do kraju czterolistnej koniczyny, by rozwiązać sprawę zaginięcia młodej kobiety.

Choć z pozoru Szymon lekceważy podejrzenia dziadka Kasi, wkrótce okazuje się, że faktycznie dziewczyna zniknęła. Co gorsze – niebawem zostaje znalezione ciało poszukiwanej. Detektyw nie wierzy jednak w to, że doszło do samobójstwa. Rozpoczyna prawdziwe śledztwo, a kwestia rozwiązania tej sprawy wydaje się dla Solańskiego honorowa. W kręgu podejrzanych znajdują się wszyscy pracownicy i goście hoteliku bed & breakfast, w którym pracowała ofiara.

Niespodziewanie, do śledztwa włącza się Róża Kwiatkowska – kiedyś redaktorka „Chorzowskich nowin” i przyjaciółka detektywa Solańskiego, a dziś niezależna Polka na obczyźnie. Polka, która z niezrozumiałych przyczyn, jest na Szymona obrażona. Czy ten duet wraz z kulawym psem Guciem i średnio rozgarniętym wyspiarskim policjantem, będzie umiał rozwiązać kolejną kryminalną zagadkę? Kim jest morderca Katarzyny Walasek? Jakie sekrety ukrywają mieszkańcy hotelu na wyspie Inishmore?

Do drugiej książki Marty Matyszczak podszedłem z bardzo pozytywnym nastawianiem i liczyłem na to, że autorka w tej części będzie kontynuowała sukces swojej pierwszej książki – „Tajemniczej śmierci Marianny Biel”.

Solański wraz z Guciem zajmują się śledztwem na irlandzkich wyspach. Muszę przyznać, że już na wstępie lekko się rozczarowałem. Podświadomie miałem nadzieję, że i tym razem Marta Matyszczak zaserwuje nam komedię, której akcja znów odbędzie się w ajnfarcie familoku. Tym razem jednak fabuła ze śląskiego hermetycznego środowiska przekształca się na zamknięte środowisko Inishmore.

Wydaje mi się, że sukces pierwszej części polegał m.in. na tym, że był to przezabawny cozy crime w śląskim, swojskim stylu. Myślę, że zmiana miejsca fabuły to tylko jedna z przyczyn, dla których „Zbrodnia nad urwiskiem” okazała się znacznie mniej zabawniejsza niż poprzedni tom.

Jak dla mnie, zdecydowanie zabrakło specyficznych, wyrazistych postaci, które pojawiły się w pierwszej części, np. sąsiadka Solańskiego – Buchtowa. Chociaż ta bohaterka mogła wówczas działać na nerwy, to jej prostota i śląska gwara sprawiła, że książka zyskała pewien urok. W tej części, jak dla mnie, większość postaci nie była tak bardzo charakterystyczna, a większość pobocznych bohaterów zdawała się zwyczajnie nijaka. Nawet o jednej z najważniejszych postaci – Katarzynie Wójcik, nie wiemy zbyt wiele. Gucio nadal jest zabawny i przyjemny, jednak nie bawi już tak, jak w pierwszym tomie. Co więcej, odnoszę nawet wrażenie, jakby dzięki kreacji kundelka, autorka pozwoliła sobie na znaczne uproszczenie fabuły…

„Po co pytasz, skoro najwyraźniej sam wiesz lepiej?! – Kwiatkowska wspięła się na wyżyny swojej angielszczyzny. I nawet jej się Present Simple z Present Continuous nie pomyliły. Adrenalina uwalniała w Róży ukryte moce”
Marta Matyszczak, „Zbrodnia nad urwiskiem” str. 163, GW Publicat 2017

Poziom książki podtrzymuje jednak sam Szymon Solański i niezastąpiona Róża Kwiatkowska. Właściwe to ta druga postać wysuwa się na prowadzenie i to ona tym razem najbardziej zapadła mi w pamięć. Może teraz nie wykonuje szalonych ćwiczeń przy wraz z Ewą Chodakowską na DVD, ale między innymi ukrywa się pod ladą restauracji typu fast food. Zabawna, naturalna i dość wścibska Kwiatkowska sprawia, że w „Zbrodni nad urwiskiem” pozostaje wyczuwalny humor, który czytelnik poznał w „Tajemniczej śmierci Marianny Biel”.

Zdecydowanie pozytywniej oceniam też sam koncept na tę książkę – „Zbrodnia nad urwiskiem” tym razem opowiada o dość pokręconej historii rodziny Czesława Koszyckiego i jego wnuczki. Naprawdę podoba mi się, jak przemyślanie została skonstruowana fabuła tej książki. Motywacja morderstwa i sposobność również wydaje się logiczna i zrozumiała.

Jednocześnie nietrudno zauważyć, że nowa powieść Marty Matyszczak to jest bardzo podobna do historii „Dziesięciu Murzynków” (czy też „I nie było już nikogo”) Agathy Christie. W „Zbrodni…” analogicznie mamy do czynienia z odciętą od świata wyspą, kilkunastoma podejrzanymi i jednym mordercą oraz domem, w którym wszyscy się znajdują.

„Aoife szybko przekonała się, że ludzie może i lubią kryminały, ale tylko na kartach książek. Te życiowe wolą omijać szerokim łukiem”
Marta Matyszczak, „Zbrodnia nad urwiskiem” str. 279, GW Publicat 2017

„Zbrodnia nad urwiskiem” swoją premierę będzie miała już całkiem niebawem, bo 13 września. Podobnie jak poprzednia część, tak i ta, wydana zostanie przez Grupę Wydawniczą Publicat pod znakiem Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Za redakcję drugiego tomu historii o Solańskim i Guciu odpowiada znów Anna Jackowska, a za korektę Bogusława Otfinowska. Projekt okładki stworzyła Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Książka w sprzedaży pojawi się w okładce miękkiej ze skrzydełkami. Na książkę składać się będzie około 300 stron. Cena detaliczna wynosić ma 29,90 zł. Wydaje mi się, że 13 września na rynku powieść będzie dostępna także w wersji elektronicznej.

Chociaż „Zbrodnia nad urwiskiem” przypadła mi do gustu zdecydowanie mniej niż „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, to przy tej powieści nadal można się naprawdę dobrze bawić. Niestety, moim zdaniem, autorka pierwszym tomem postawiła sobie wysoką poprzeczkę, którą tym razem z trudem przeskoczyła. Druga część guciowej historii jest z pewnością lekturą obowiązkową dla czytelników, którym spodobała się pierwsza zagadka, którą rozwiązywał Solański. Zanim się jednak zabierzemy za lekturę, trzeba pamiętać, że śląskiej godki będzie teraz zdecydowanie mniej, a fabuła może przypominać nam skrzyżowanie powieści Agathy Christie i pierwszego sezonu serialu „Broadchurch”. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Publicat.  
  
Tytuł: "Zbrodnia nad urwiskiem"

Autor: Marta Matyszczak


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 296 [2] [prebook]


ISBN: 978-83-271-5696-9


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




piątek, 1 września 2017

"Tajemnicza śmierć Marianny Biel"

W czerwcu bieżącego roku premierę miała książka autorstwa Marty Matyszczak – „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”. O debiucie Matyszczak pochlebnie pisało naprawdę wielu blogerów i dziennikarzy. Ja, choć początkowo nie byłem zainteresowany tym tytułem, ostatecznie zdecydowałem się na zamówienie egzemplarza do recenzji. Przeważająca większość bezkrytycznych pełnych uwielbienia recenzji sprawiła jednak, że do tytułu na początku podszedłem dość sceptycznie i niepewnie. Jak oceniam tę powieść po jej lekturze?

Chorzów to raczej nie najlepsze miejsce do poszukiwania pracy, zwłaszcza jeśli ostatnia pozycja w CV to komenda policji. A przynajmniej takie wrażenie odnosi Szymon Solański, który do niedawna piastował funkcje komisarza. Niestety, Szymonowi, mimo młodego wieku, niewiele już pozostało. Stracił pracę, a co za tym idzie dopływ gotówki, nie ma żony ani dzieci, nie udziela się także towarzysko, przez co jego liczba znajomych ogranicza się do minimum. Nie żeby na to ostatnie szczególnie narzekał. Wkrótce przygarnia ze schroniska dla zwierząt psiego seniora Gucia, z którym dzielić będzie swoją dolę. Podobno pies to najlepszy przyjaciel człowieka, wkrótce okazuje się, że także najlepszy przyjaciel detektywów.

Solański z licencją prywatnego detektywa postanawia rozkręcić własny biznes. Biuro prowadzne z kulawym psem u boku nie brzmi jak idealny biznesplan. W związku z małą liczbą zleceń i topniejącym saldem konta bankowego, mężczyzna przeprowadza się do kamienicy przy ulicy 11 Listopada. Ledwo zdoła wnieść plecak ze swoim rzeczami do swojego nowego lokum, kiedy w piwnicy budynku zostają znalezione zwłoki. Jak się okazuje, ciało należy do Marianny Biel – sąsiadki Solańskiego, a dawniej znanej chorzowskiej aktorki Teatru Uciecha. Chociaż policja uznaje śmierć Biel za wypadek spowodowany przez samą ofiarę, Szymoin nie jest przekonany do wersji lansowanej przez służby. Z powodu braku dobrych zleceń, do których nie zalicza się szukania dowodów zdrady niewiernego małżonka, detektyw postanawia sam zbadać okoliczności śmierci dawnej celebrytki. W śledztwie, oprócz Gucia, pomoże mu przyjaciółka sprzed lat – Róża Kwiatkowska, dawniej ofiara losu, a dziś lokalna dziennikarka.

Wkrótce detektyw przekona się, że praktycznie wszyscy lokatorzy kamienicy, w której zamieszkał Solański i w której zamordowano Biel, mieli motyw, by pozbawić życia aktorkę-emerytkę. Jednak im bardziej Szymon zacznie przyglądać się życiu prywatnym swoich podejrzanych, im głębiej zacznie rozgrzebywać przeszłość, tym więcej tajemnic odkryje.

Czego uda się dowiedzieć Szymonowi i Guciowi? Kim tak naprawdę są mieszkańcy familoka przy 11 Listopada? Kto stoi za śmiercią Marianny Biel? I czy Szymon wyjdzie z tego śledztwa cało?

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka na wskroś nietypowa. Jest całkiem nowym, świeżym spojrzeniem na kryminał, a właściwie komedię kryminalną, która oprócz tego, że w głównym zamierzeniu ma przedstawiać jakąś zbrodnię, to na dodatek sprawia, że uśmiech nie schodzi nam z twarzy do samego końca.

Wszystko za sprawą jednego półślepego kundelka Gucia. Co ciekawe, właśnie pies jest jednym z najważniejszych bohaterów tej książki. Ba, Gucio jest nawet narratorem – i to przekomicznym. Muszę przyznać, że na samym początku byłem naprawdę sceptycznie nastawiony do tego pomysłu – wydawało mi się, że przez uosobienie zwierzaka, historia stanie się dziecinna, infantylna, a może nawet nużąca. Na szczęście, okazało się, że moje obawy były zupełnie nieuzasadnione. To właśnie dzięki czworonożnemu detektywowi, historia staje się nie tylko lekka i przyjemna, ale jest też spójna i logiczna.

„Trochę było zachodu z tym wycieraniem, bo mi kulki śniegu poprzymarzały do futra, a Leokadia za wszelką cenę chciała je powyrywać, żeby się nie roztopiły na jej świętym dywanie. Szarpała mnie, więc ją ugryzłem. Tak tylko trochę, nie wpadajmy znowu w histerię. Za karę nie zostałem wpuszczony na kanapę, choć już się na nią wdrapałem przednimi łapami”
Marta Matyszczak, „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” str. 269, GW Publicat 2017

Detektyw Solański także nie jest standardową postacią – mający w nosie konwenanse i etykietę nie raz przypomina krnąbrnego gliniarza z amerykańskich seriali. Jednocześnie Szymon to mruk, który prawdopodobnie chudszy jest od swojego pupila. Autorka swoich bohaterów stworzyła jako kompletne przeciwieństwa. Dlatego też Róża Kwiatkowska, czyli koleżanka Szymona, mówiąc oględnie, nie ma problemów z niedowagą, a pracując w gazecie, nauczyła się, jak poprzez słowa radzić sobie z ludźmi. Bohaterowie „Tajemniczej śmierci…” staja się dzięki takim kontrastom nie tylko mocno zarysowani, ale także bardzo realni i naturalni.

Akcja książki Marty Matyszczak dzieje się w Chorzowie, czyli mieście, które, jak mi się wydaje, autorka zna jak własną kieszeń. Autorka w naprawdę ciekawy sposób przedstawiła tradycję i gwarę śląską oraz jej wpływ na mieszkańców Górnego Śląska. Nie bała się jednak uwidocznić różnic, które pojawiają się pomiędzy poszczególnymi pokoleniami. Widoczny jest więc wpływ multikulturowości, przez co zanika chęć posługiwania się gwarą wśród młodych. Jednak niektórzy bohaterowie, szczególnie moja ulubienica –  Brygida Buchtowa – wręcz pięknie posługują się dialektem śląskim. Jednak Matyszczak korzysta w swojej książce z gwary z doskonałym wyczuciem, dlatego też, mimo że klimat górniczego regionu jest zdecydowanie wyczuwalny, książkę bez problemu przyswoić może czytelnik z Wrocławia, Radomia, Gdańska czy Warszawy.

„Ty pieroński podciepie, kaj mi sam sznupisz w tym hasioku! – darła ryja, a ta podróba psa piszczała do rymu i taktu. – Śmierdzący kradzioku! Idź se nazod, skąd żeś przylozł, i mi tu gupich af nie ciep, bo cie mój pies bajsnie!”
Marta Matyszczak, „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” str. 51, GW Publicat 2017

Autorka nie powiela schematów, nie próbuje na siłę być drugim Marcinem Melonem. Choć książka ma bardzo humorystyczny charakter, to dla komedii kryminalnej, drugim ważnym wątkiem jest dokonana zbrodnia. Tutaj mam nieco do zarzucenia. Wydaje mi się, że autorka bardzo skupiła się na tym, by jej powieść okazała się żartobliwa. Jednocześnie istotny wątek morderstwa przesunięto na drugi plan, przez co cała zagadka śmierci Marianny Biel stała się jedynie tłem do wszystkich życiowych katastrof Szymona Solańskiego, jego bliskich i sąsiadów.

Na szczęście, ostatecznie część kryminalną ratuje świetnie skonstruowana intryga. Dobrze dobrany bohater, sposobność oraz  wiarygodny motyw sprawiły, że debiut Marty Matyszczak obronił swój tytuł dobrej komedii kryminalnej.

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” wydana została 14 czerwca br. przez Wydawnictwo Dolonośląskie, które należy do Grupy Wydawniczej Publicat. Za redakcję książki odpowiada Anna Jackowska, natomiast korektą zajęła się Bogusława Otfinowska.

Projekt okładki stworzyła Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Muszę przyznać, że okładka naprawdę mi się podoba, choć sam rozmiar książki – zdecydowanie mniej. Warto zauważyć, że powieść wydana została w niestandardowym, dość mniejszym i węższym formacie. Przez to książka niestety zawiera zdecydowanie mniejszy niż zwykle druk, co początkowo może irytować. 

„Tajemnicza śmierć…” pojawiła się na półkach księgarń w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Tytuł na froncie został wytłoczony. Jakość okładki jest zadowalająca – podczas czytania grzbiet nie łamie się jak w przypadku niektórych niskich jakościowo miękkich opraw. Na książkę składa się niecałe 300 stron. Cena detaliczna wynosi zaledwie 29,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka pełna naturalności i przewrotności. Promowany przez wydawnictwo „kryminał pod psem”, jest świetną powieścią nie tylko dla miłośników psów. Niebanalna fabuła, świetnie nakreśleni bohaterowie i tajemnica w tle to przepis na książkę idealną. Według tego przepisu Marta Matyszczak upichciła swój debiut i teraz, po jego przeczytaniu, wcale nie dziwię się, że książka została tak entuzjastycznie przyjęta! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Publicat.  
  
Tytuł: "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"

Autor: Marta Matyszczak


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 295 [3]


ISBN: 978-83-271-5604-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



wtorek, 29 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Najlepszy powód, by żyć"


Całkiem niedawno miałem okazję przeczytać obyczajówkę wydaną przez Grupę Wydawniczą Publicat pt. „Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej, znanej także jako Augusta Docher. Okazuje się, że Docher w tym roku nie próżnuje, ponieważ już 27 września w księgarniach pojawi się kolejna powieść autorki, tym razem skierowana do młodszej grupy odbiorców. „Najlepszy powód, by żyć”, to książka z gatunku new adult. Jednak po ostatnich doświadczeniach z tą kategorią, miałem pewne obawy. Czy słusznie? 

Dominika Bąk ma szesnaście lat i chodzi do prestiżowej prywatnej szkoły. Jej rodzinie naprawdę się powodzi, a dziewczyna prowadzi życie, którego pozazdrościłaby jej niejedna rówieśniczka. Wydawałoby się, że dziewczyna wiedzie idylliczne wręcz życie. Zamienia się ono jednak w prawdziwy koszmar w ciągu jednego wieczoru. 

Dominika, bez wcześniejszych zapowiedzi, przychodzi do domu przed czasem. Miała zostać u przyjaciółki, jednak sprawy się skomplikowały i nastąpiła zmiana planu. Dziewczyna nie spodziewa się jednak, że w domu znajdzie ojca pijanego w sztok. Nie spodziewa się również, że jej własny tata, słaniając się na nogach, obleje ją benzyną i podpali… 

Kiedy dziewczyna trafia na oddział siemianowickiego szpitala, lekarze wiedzą, że nie jest dobrze. Podczas wypadku ponad pięćdziesiąt procent ciała uległo poparzeniu. Jeden kanister paliwa sprawia, że dotąd pełne marzeń i planów na przyszłość życie tej młodej dziewczyny zamienia się w walkę o przetrwanie kolejnego dnia. 

Dominika nie może pogodzić się z tym, jak wygląda jej ciało. Czuje się gorsza, a jej poparzona skóra ciągle daje o sobie znać. Jeszcze większy ból sprawia jednak dziewczynie fakt, że jej ukochany tato wylądował w więzieniu, a matka, zamiast niej, wybrała uzależnienie. Dominice nie pozostała nawet mała część życia, które wiodła przed wypadkiem. Nic więc dziwnego, że dziewczyna przypadkiem zażywa więcej leków niż powinna.

Niebawem trafia do szpitala, a stanem zdrowia Dominiki zajmuje się młody i, nie ma co ukrywać, przystojny doktor Tomasz Leśniewski. Lekarz jednak oprócz opieki zdrowotnej, zainteresowany jest także historią dziewczyny. Historią, którą będzie chciał wykorzystać w swojej pracy naukowej. Kiedy Leśniewski zacznie współpracę z byłą pacjentką, jego młodszy brat będzie chciał uwieść Dominikę. I choć Marcel zostaje potraktowany przez dziewczynę dość oschle, to nie zamierza się poddać. Chłopak nie należy przecież do osób miękkich.

Im bardziej Marcel zacznie nalegać, tym mniej niedostępna staje się Dominika. Tylko czy dziewczyna po przejściach będzie mogła zaangażować się w coś tak niestałego jak związek? Czy Domi ma w ogóle ochotę na to wszystko? I czy Marcel nie okaże się zwykłym podrywaczem?

Groźny wypadek, dziewczyna z dobrego domu, przystojny playboy oraz rodzące się uczucie. Brzmi banalnie, prawda? Taka z pozoru wydaje się najnowsza książka Augusty Docher – „Najlepszy powód, by żyć’. Na szczęście, jedynie z pozoru, gdyż autorka udowadnia, że wyglądająca tak bardzo schematycznie i oklepanie idea, może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Pisarka wydała już powieści dla młodzieży, obyczajówki i powieść erotyczną. Wydawać by się mogło, że „Najlepszy powód, by żyć”, nie będzie w stanie w żaden sposób nas zaskoczyć. Tymczasem wygląda na to, że autorka jest w szczytowej formie, gdyż jej najnowszą powieścią new adult pokazuje zupełnie nowe oblicze.

Tym razem nie mamy do czynienia z nieco infantylnymi bohaterami, nadprzyrodzonymi mocami czy też bohaterkami lubiącymi klimaty BDSM. „Najlepszy powód…” to subtelna opowieść z bardzo pozytywnym przekazem mówiącym jasno, że każdy z nas zasługuje na szczęście.

Augusta Docher stworzyła Dominikę i Marcela jako dwie zupełnie różne osobowości. Na pierwszy rzut oka para ta kompletnie do siebie nie pasuje. On – czerpiący życie pełnymi garściami, zgodny z maksymą „carpe diem” idealny przedstawiciel epikureizmu. Ona natomiast to przedstawicielka stoicyzmu – pogrążająca się w swoim bólu i trzymająca nerwy na wodzy. A jednak, ta wybuchowa mieszanka sprawia, że „Najlepszy powód…” stał się niezwykle charyzmatyczną powieścią, która oprócz tego, że mówi o cierpieniu, jest także niezwykle ciepłą i radosną historią.
„Jezu, płyta jej się zacięła… Już nie dopytuję, o co chodzi. Trudno, jestem głupi i tyle, jeśli mowa o tych babskich humorkach. Ale jakby wszyscy faceci byli mądrzy, kto byłby durniem? ktoś przecież musi nim być, choćby dla porównania, no i wypadło na mnie…”
Augusta Docher, „Najlepszy powód, by żyć” str. 241, SIW Znak 2017

Zaryzykuję i powiem, że postać Marcela Leśniewskiego to chyba najciekawsza, najbardziej zakręcona i najzabawniejsza postać, jaką do tej pory spotkałem w powieściach. Młody mężczyzna nie jest typowym podrywaczem spod blokowiska czy władczym Christianem Greyem. Nie, Marcel jest nieco nieogarniętym życiowo chłopakiem, który nie zawsze wie, o co pretensje ma do niego wybranka serca i który robi wszystko, by zrealizować wytyczone sobie cele. Jednocześnie postać ta nie jest ani trochę męcząca – wręcz przeciwnie. Jej naturalność i niewymuszone prześmieszne gagi sprawiają, że opowieść Augusty Docher staje się jeszcze przyjemniejsza w odbiorze.
„Każdy popełnia błędy, każdy ma prawo do wybaczenia i szansy na naprawienie szkód. gdy kogoś kochasz, kochasz również mu wybaczyć”
Augusta Docher, „Najlepszy powód, by żyć” str. 349, SIW Znak 2017
Nowa powieść polskiej autorki w bardzo ładny sposób pokazuje też zachodzące zmiany w głównych bohaterach. Zarówno Dominika, jak i Marcel, dojrzewają dzięki prawdziwemu uczuciu – odwzajemnionej miłości. Nie można zapominać, że „Najlepszy powód, by żyć” to historia, która oprócz tego, że mówi o miłości, traktuje także o prawdziwym cierpieniu – tym fizycznym i tym związanym z ludzką psychiką. Każdy z bohaterów zmaga się z własnymi problemami i przeszłością. Mimo młodego wieku ciągną za sobą pewien bagaż doświadczeń i to właśnie przez pryzmat własnych błędów i przeżyć patrzą na teraźniejszość.

Motywem przewodnim jest oparzenie Dominiki. Historia dziewczyny wydaje się niezwykle przejmująca, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że autorka wykreowała ten fragment powieści na podstawie prawdziwych wydarzeń. W połączeniu z tym lekkim love story, powstała opowieść kipiąca emocjami, które udzielają się także samym czytelnikom. Nie jest to zwyczajne, kioskowe romansidło, a pełna prawdy opowieść o młodych ludziach i ich problemach. Rezultat jest jeden – tej książki nie można zwyczajnie odłożyć na półkę, a historię Dominiki i Marcela zwyczajnie trzeba pokochać.

Tak jak wspominałem, „Najlepszy powód, by żyć” swoją oficjalną premierę będzie miał już za niecały miesiąc, 27 września. Na księgarskich półkach powieść pojawi się dzięki Społecznemu Instytutowi Znak. Tytuł ten, podobnie jak książki Anny Todd czy Anny Bellon, wydany zostanie pod marką OMG Books.

Książka pojawi się w sprzedaży w oprawie miękkiej w cenie detalicznej wynoszącej 37,90 zł. Na powieść składa się około 360 stron. „Najlepszy powód…” pojawi się także w wersji elektronicznej.

Nowa książka Augusty Docher jest niezwykłą powieścią, która nie tylko będzie umiała czytelnika rozbawić do łez, ale także i wzruszyć. Wynik jest taki, że bardziej wrażliwi odbiorcy będą zmuszeni zaopatrzyć się w naprawdę duże pudełko jednorazowych chusteczek! Najlepszy powód, by przeczytać? Może okazać nim się fakt, że zdecydowałem się zostać ambasadorem tego tytułu. „Najlepszy powód…” jest dla mnie jedną z najlepszych powieści, które czytałem tego roku! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak.  
  
Tytuł: "Najlepszy powód, by żyć"

Autor: Augusta Docher


Tłumacz: -
 
Wydawca: OMG Books


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 361 [3][prebook]


ISBN: 978-83-240-4638-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


niedziela, 27 sierpnia 2017

"Piękne złamane serca"

Tajemnicą nie jest, że tegoroczne wakacje powoli się kończą. Gdy jednak uczniowie wypoczywali przed kolejnymi dziesięcioma miesiącami nauki, wydawcy nie próżnowali. Na księgarskich półkach podczas tego letniego sezonu pojawiło się naprawdę sporo nowości wydawniczych. W lipcu ukazała się między innymi książka Sary Barnard – „Piękne złamane serca”. Jak zapewnia na okładce wydawca, powieść Barnard to piękna historia o przyjaźni. A czy ja mogę zgodzić się tą opinią?

Caddy Olivier jest typową Brytyjką z dobrego domu. Ma szesnaście lat, chodzi do prywatnej szkoły dla dziewcząt i mieszka w położonym nad kanałem La Manche Brighton. Dziewczyna nigdy nie sprawia problemu rodzicom, zawsze dobrze się uczy, a czas spędza w towarzystwie Rosie – jedynej przyjaciółki, którą poznała jeszcze w dzieciństwie. Cads, czy też Caddy, nigdy nie była jednak duszą towarzystwa. W szkole nosi miano outsiderki, a podczas lunchu nie siedzi przy stoliku najpopularniejszych uczniów. Dziewczyna nieraz z żalem patrzy na życie towarzyskie swoich znajomych, zazdroszcząc zwyczajnych nastoletnich przeżyć – pierwszego namiętnego pocałunku, imprezy z nielegalnie przemyconym alkoholem, nieudanego związku. Wkrótce sporządza listę rzeczy, które kiedyś chciałaby zrealizować. Nie wie jeszcze, że być może parę punktów z listy niebawem się spełni…

Wkrótce do jej miasta przeprowadza się Suzanne. Dziewczyna jest kompletnym przeciwieństwem Cads, i ku zdumieniu dziewczyny, zaprzyjaźnia się z Rosie. To nie zwiastuje niczego dobrego.  Tymczasem Suze swoim rozrywkowym stylem bycia coraz bardziej imponuje jedynej powierniczce sekretów Caddy. Dziewczyna stara się pogodzić z sytuacją, jednak nowa koleżanka nie ułatwia jej tego zadania. Niebawem Cads poznaje sekret Suzanne, który zmieni wszystko… Tylko czy będzie to zmiana na dobre?

Muszę przyznać, że przed przeczytaniem „Pięknych złamanych serc” nie miałem bladego pojęcia, czego spodziewać mogę się po tej lekturze. Nazwisko Sary Barnard kompletnie nic mi nie mówiło, nie miałem więc żadnej wyrobionej opinii o tej autorce. I słusznie, gdyż Barnard swoim debiutem naprawdę pozytywnie zaskakuje.

Jak można domyślić się po samym opisie, „Piękne złamane serca” traktują o przyjaźni pomiędzy nastolatkami. Choć być może niektórym czytelnikom zachowanie dziewcząt niekoniecznie przypadnie do gustu, Barnard próbuje ukazać w swojej książce prawdziwe życie. Przyznajcie sami, że w wieku szesnastu lat, mało która nastolatka ma ekscytujące życie niczym bohaterki z powieści zaliczanych do „young adult”. To właśnie w tych książkach fabuła skupia się z reguły jedynie na trzech elementach: miłosnych rozterkach, milionach związków i mnóstwa niechcianych ciąż. Rzeczywistość zwykle okazuje się jednak zdecydowanie nudniejsza. Bardziej racjonalna i na pewien sposób normalna.

Barnard w swojej książce porusza dość wyświechtany temat wpływu grupy, w tym wypadku przyjaciół, na konkretną jednostkę. Zmiany, które zachodzą w bohaterach, dokonują się stopniowo, jednak ich efekt końcowy widoczny jest na pierwszy rzut oka. To najzwyczajniej w świecie historia mówiąca o okresie buntu, z którym większość nastolatków ma w etapie dorastania do czynienia. Mimo wszystko, autorce udało się sprawić, że książka zainteresuje czytelnika swoją niebanalnością. Co więcej, myślę, że niejedna czytelniczka będzie potrafiła utożsamić się z główną bohaterką.

Pisarka stworzyła także trzy bohaterki, które są całkowicie od siebie różne. Do każdej z nich przypisać można naprawdę odmienne cechy – od lekkomyślności, przez zazdrość, racjonalizm, uległość aż na infantylizmie kończąc. Bohaterowie niejednokrotnie są pełni sprzeczności i to jeden z nielicznych moich zarzutów wobec tego tytułu.

Książka „Piękne złamane serca” to także obraz przedstawiający destruktywne skutki powodowane toksyczną przyjaźnią. Paradoksalnie jednak jest to też historia na tyle sympatyczna i zabawna, że czyta się ją z przyjemnością i uśmiechem na twarzy.

Nie mogę nie wspomnieć, że „Piękne złamane serca” to jedna z niewielu książek, dla tej grupy wiekowej, w której główną rolę nie odgrywa romans bohaterki z młodym gniewnym. Barnard nie próbuje wcisnąć nam dodatkowo historii miłosnej Caddy. Autorka w stu procentach poświęca się na rozwinięcie i kontynuowanie tylko jednego wątku. Pozwolę sobie użyć tego wyrażenia, to naprawdę fajne, iż autorka miała tę zdolność wyczucia i dobrego smaku. 

Książka Sary Barnard wydana została w naszym kraju przez Wydawnictwo Insignis. Premiera tego tytułu miała miejsce piątego lipca br. Za skład i redakcję odpowiedzialna jest Dominika Pycińska, Maria Brzozowska, Julia Diduch i Pracownia 12A. Składem zajął się Tomasz Brzozowski.

„Piękne złamane serca” przetłumaczone na język polski zostały dzięki Joannie Grabarek. Polska wersja okładki bardzo podobna jest do oryginalnej brytyjskiej wersji. Trzeba przyznać, że choć jest ona dość ciekawa. Choć może na fotografiach nie widać tego zbyt dobrze, to połyskująca złotym kolorem okładka nie sprawia wrażenia kiczowatej czy po prostu brzydkiej. Oprawa książki jest miękka bez skrzydełek. Cena detaliczna powieści wynosi 34,90 zł. Na „Piękne złamane serca” składa się około 360 stron. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej. 

„Piękne złamane serca” to opowieść o Caddy i jej przyjaciółkach, które borykają się z nastoletnimi problemami. Na szczęście nie jest to melodramat czy ckliwa historia niczym u Nicholasa Sparksa, która na siłę ma nas wzruszyć czy zmieniać. To po prostu zwyczajna opowieść o młodych ludziach, którzy popełniają błędy. Ostatecznie jest to dość przyjemna historia o bardzo pozytywnym przesłaniu, którą przeczytać może zarówno trzynastolatka, jak i czytelnik, który do terminu „young adult” od pewnego czasu już się nie zalicza. I choć nie jest to może żadne sensacyjne odkrycie wśród wielu innych książek dla młodzieży, to wydaje mi się, że zdecydowanie warto sięgnąć po ten tytuł. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Insignis oraz firmie AIM Media.  
  
Tytuł: "Piękne złamane serca"

Autor: Sara Barnard


Tłumacz: Joanna Grabarek
 
Wydawca: Wydawnictwo Insignis


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 357 [5]


ISBN: 978-83-65743-15-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


piątek, 25 sierpnia 2017

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę"

Wydawnictwo Jaguar to wydawca, którego znamy głównie z publikacji powieści przeznaczonych dla dzieci i młodzieży. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy akurat Jaguar postanowił wydać powieść Sumii Sukkar. Opinie na zagranicznych portalach były wobec książki tej autorki dość skrajne – niektórym recenzentom książka bardzo się podobała, innym czytelnikom natomiast wydała się przereklamowana. A jakie ja miałem odczucia po lekturze „Chłopca z Aleppo”? 

Adam ma czternaście lat. Lubi chodzić do szkoły i choć nie ma tam za dużo przyjaciół, to mimo to dobrze czuje się w szkolnej ławce. Chłopak cierpi na autyzm i choć stara się zachowywać jak zwyczajny nastolatek, jego rówieśnicy niejednokrotnie dają mu do zrozumienia, że zauważają jego odmienność. Oprócz dziewczyny, która nigdy nie śmiała się z chłopaka, a jej oczy przypominają Adamowi słoik Nutelli… 

Chłopak czuje się artystą. Maluje obrazy, które odzwierciedlają jego emocje i życiowe doświadczenia. Ludzi natomiast chłopak widzi w kolorach, które zmieniają się w zależności od nastroju. Jego siostra, gdy jest szczęśliwa, przybiera na przykład rubinowy kolor. Wszystko zmienia się, gdy na ulicach zaczynają być skandowane hasła antyrządowe, a wśród nich słyszalny jest także huk wystrzałów z pistoletów i karabinów.

Poukładane życie Adama lega w gruzach. Szkoła zostaje zamknięta, towar w sklepach rozkradziono, a całe ich miasto – Aleppo – zostaje odłączone od prądu i bieżącej wody. Jednak to dopiero początek, gdyż do zmartwień rodziny dołoży się za chwilę bojaźń o własne życie. I choć Adam bardzo nie lubi zmian, zwłaszcza tych gwałtownych, będzie zmuszony przyzwyczaić się do sytuacji. Za pomocą pędzla i farb spróbuje przekazać na kartki to, o czym nie będzie w stanie zapomnieć. Jednak czy ten niezwykle wrażliwie emocjonalny chłopak, będzie w stanie poradzić sobie z codziennym widokiem śmierci?

Biorąc pod uwagę młodzieżowy target Wydawnictwa Jaguar, spodziewałem się tego, że wydany przez nich „Chłopiec z Aleppo” będzie w ową grupę docelową trafiał, a sama książka okaże się bardzo ckliwą historią z Syrią w tle. Jednak jak się okazuje, pomyliłem się w naprawdę wielu kwestiach.

„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” nie jest lekturą lekką, którą czyta się dla relaksu. Sukkar stworzyła powieść poruszającą trudne tematy, które związane są nie tylko z wojną i śmiercią, ale także z wrażliwością i życiem człowieka cierpiącego na autyzm.

Główny bohater – Adam, jest niezwykle inteligentnym chłopcem, który cierpi na autyzm. Potrafi jednak mówić, choć zdarza mu się popadać w stany lękowe. I choć może nie jest to już dziś nic niezwykłego, to wydaje mi się, że zachowanie bohatera może okazać się szczególnie frapujące dla czytelnika, który do tej pory miał naprawdę nikłe pojęcie o tej chorobie. Chłopak nie rozumie tego, dlaczego w jego kraju trwa wojna, dlaczego nie może chodzić do szkoły i z jakiego powodu ludzie znikają z domów. Narracja Adama sprawiła, że ja sam niejednokrotnie musiałem przemyśleć decyzje, które bohater podejmował.

 „Chłopiec z Aleppo” to głównie opowieść o miłości – tej miłości, która zespala rodzinne więzy. Historia przedstawiona w powieści uczy czytelnika tego, że prawdziwe uczucie pozwoli przetrwać w nawet najbardziej ekstremalnych, spartańskich warunkach. Jednocześnie Sukkar w swojej książce mówi o akceptacji inności oraz odmienności. Szczególnie poruszająca jest historia siostry i ojca głównego bohatera, którzy na swoje barki przyjęli brzemię podtrzymywania domowego ogniska. Dosłownie i w przenośni. Jasmine, bo tak nazywa się starsza siostra Adama, niejednokrotnie przeżywa chwile zwątpienia i cierpi z powodu odmienności swojego brata. W pięknym, kipiącym altruizmem i miłością zachowaniu dziewczyny jest jednak jeszcze coś – nieprzezwyciężona chęć przetrwania.

Podczas lektury, przypomniał mi się obejrzany kiedyś film pt. „Persepolis”, który traktował o irańskiej rewolucji islamskiej. Jak można się domyślić, książka Sumii Sukar przedstawia historię wojny pomiędzy Syryjczykami a rządzącą Partią Baas. Konflikt ten, choć stanowi podstawę problemów Adama i jego rodziny, jest jednak jedynie tłem dla wielu innych wydarzeń. Autorka skupiła się bowiem na ukazaniu tego, iż nie wszyscy Syryjczycy protestują i chcą walczyć. Etapami, niektórzy z bohaterów, z rebeliantów zamieniają się w osoby, których wojna zniszczyła fizycznie i psychicznie. Sukkar podkreśla nawet tę bezsilność i zwyczajną chęć życia w spokoju obywateli Syryjskiej Republiki Arabskiej.

Poprzez swoją książkę, pisarka stara się przybliżyć także mentalność Syryjczyków i ich wiarę w islam sunnicki. Według niej, wiara dla ludzi z Aleppo, nie polega jedynie na powierzchownych modlitwach, a na szczerej rozmowie z Bogiem i wierności do samego końca filarom wiary.

A jednak, powieść od pewnego momentu wydawała mi się dość… idylliczna! Oczywiście, nie zaprzeczam temu, o czym pisałem powyżej. Nie mówię, że Sukkar nie opisuje dramatycznych scen wojny czy nie zmusza do refleksji. Jednak myślę, że sama historia Adama i jego rodziny w ogólnym rozrachunku wydaje się po prostu dość nierzeczywista i płytka. 

Wydawnictwo Jaguar „Chłopca z Aleppo” wydało piątego lipca br. Za redakcję książki odpowiada Ewa Holewińska. Korektą zajęły się Elżbieta Śmigielska i Danuta Szczepańska. Za przekład z języka angielskiego odpowiada Zuzanna Byczek.

Polska wersja okładki stworzona została przez spółkę Dzikie Ptaki. Oprawa książki jest miękka ze skrzydełkami. Na powieść składa się około 310 stron. Cena detaliczna wynosi 34,90 zł. Książkę kupić można także w wersji elektronicznej.

„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” to naprawdę dobry debiut. Zręcznie napisana historia sprawia, że książkę nie można odłożyć na półkę. Powieść Sukkar traktuje o tematach trudnych, jednak robi to w najmniej bolesny sposób. W wielkim skrócie można nawet powiedzieć, że jest to powieść o miłości, zrozumieniu i śmierci. I choć zakończenie wydaje się nieco naiwne, to „Chłopca” zdecydowanie warto przeczytać.  

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Jaguar oraz firmie Booksenso.  
  
Tytuł: "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę"

Autor: Sumia Sukkar


Tłumacz: Zuzanna Byczek
 
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 307 [7]


ISBN: 978-83-7686-578-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


wtorek, 22 sierpnia 2017

"Słońce umiera i tańczy"

Całkiem niedawno premierę miała nowa książka polskiej autorki Ewy Cielesz, która zatytułowana została „Słońce umiera i tańczy”. Jak zapewnia wydawnictwo, powieść o tym nietypowym tytule, miała być idealną wakacyjną lekturą. A jak mnie podobała się najnowsza powieść spod pióra Cielesz?

Kraków to miasto kojarzone z Wawelem, pięknymi Sukiennicami oraz starówką, małymi tajemniczymi uliczkami i Uniwersytetem Jagiellońskim. W tym mieście, a praktycznie w samym centrum, mieszka młoda malarka – Jagoda. Kobieta, świeżo po artystycznych studiach, maluje z pasji i powołania; robi to, co kocha. Wkrótce w jednej z krakowskich kawiarni zauważa mężczyznę o interesujących, egzotycznych rysach twarzy. Chociaż nie zna nawet jego imienia, nie potrafi zapomnieć jego widoku. Wkrótce, urzeczona urodą tajemniczego mężczyzny, postanawia namalować portret na podstawie tego, co zdążyła zapamiętać. A samego mężczyznę nazywała Dymitr…

Wkrótce, podczas spaceru po Krakowie, Jagoda na jednej z uliczek zauważa Dymitra. Z akustyczną gitarą w dłoni i czapką na monety przed sobą, swoją muzyką, a w szczególności głosem, urzeka każdego, kto tylko koło niego przejdzie. Choć do tej pory Jagoda nie zdawała sobie sprawy, to od pierwszego spotkania, kobieta zauroczyła się w mężczyźnie. Kiedy postanawia z nim porozmawiać, a ten przystaje na propozycję wspólnej kawy, Jagoda zaczyna się zakochiwać w pełnym tajemnic Dymitrze. Najpierw powoli i stopniowo, a potem gwałtownie i bez pamięci…

Jej wybranek jest jednak bardzo skryty i nie chce dzielić się z kobietą swoimi sekretami. Wkrótce każde z nich będzie musiało podjąć decyzję, czy związek dwóch artystycznych, ale jednocześnie zupełnie różnych duszy, jest wart tyle zachodu. Tymczasem w życiu Jagody pojawi się kolejny mężczyzna, na głowę zwali jej się także opieka nad pewnym staruszkiem. Czy pozornie poukładane życie Jagody wkrótce nie przerośnie jej samej? 

Początkowo w ogóle nie przypuszczałem, że będę chciał przeczytać najnowszą książkę Ewy Cielesz. Nie chodzi o to, że miałem uprzedzenia do autorki czy naczytałem się niepochlebnych opinii. Wręcz przeciwnie, do tej pory spotykałem się z dość pozytywnymi recenzjami „Słońca…”. Książka jednak wydawała mi się do bólu sztampowa. Nie ma co ukrywać, że powieści obyczajowe po prostu w większości są dość wtórne. A jednak, „Słońce umiera i tańczy” pod tym względem bardzo mnie zaskoczyło.

Cielesz stworzyła barwną, wielowątkową historię, w której rolę główną gra miłość. Jednakże miłość ukazana w tej książce nie polega jedynie na płytkich pocałunkach i namiętnych nocach. Autorka pokazała czytelnikom, że uczucie, które zwiemy miłością, może doprowadzić nie tylko do tych szczęśliwych chwil, ale również do tych, które powodują ból i niezabliźnione ran.

Jednocześnie dość szkoda, że te nieźle przedstawione uczucie, pojawia się głównie w jednym z pobocznych wątków. Myślę, że mogę stwierdzić, że to nie główny wątek, czyli relacja pomiędzy Jagodą a Dymitrem, jest najciekawszy, a rodzinny dramat, który po cichu rozgrywa się na drugim planie.

Choć na początku książki wydawało mi się, że „Słońce umiera i tańczy” będzie piękną romantyczną historią, w której bohaterowie stopniowo odnajdują miłość i samych siebie, to ostatecznie okazało się, że naprawdę się pomyliłem. To właśnie pierwszoplanowi bohaterowie byli najbardziej irytującymi postaciami spośród wszystkich, które występują w nowej powieści Cielesz. Jagoda niejednokrotnie zachowuje się jak niezwykły lekkoduch; kobieta zaślepiona jest swoim uczuciem do Dymitra niczym nastolatka, którą zainteresował się przystojny chłopak z wyższej klasy. I niestety, nie chodzi tutaj o klasę społeczną. Tymczasem Dymitr z niezwykle enigmatycznego grajka, z biegiem czasu staje się uciążliwym egoistą.  Mężczyzna zamiast dobrze zapowiadającego się wokalisty przypomina często znużonego życiem mężczyznę, który właśnie dowiedział się, że w ramach spadku otrzymuje do spłacenia kredyt w szwajcarskich frankach.
 
Choć koncepcja fabuły stworzona przez autorkę wydaje się całkiem niezła, to wykonanie nie do końca mnie przekonuje. Cielesz serwuje nam prostą i niezwykle przewidywalną historię. Pojawiający się w książce wątek z ukradzionym-znalezionym medalionem i jego obrazem, jest wręcz zbyt nierzeczywisty, nawet gdy wiemy, że książka to tylko fikcja literacka. Zachowanie Jagody bywa natomiast niejednokrotnie irracjonalne – choćby w osławionym momencie z trumną. 

Podczas lektury wydawało mi się też, jakby język bohaterów występujących w powieści, był kompletnie oderwany od rzeczywistości. Nie wiem, kiedy ostatnim razem pisarka miała kontakt z funkcjonariuszami policji, aczkolwiek nie wydaje mi się, by w 2017 roku policjant zwracał się do zatrzymanych per „obywatelu” czy „obywatelko”. Zresztą, ostatnim razem to słowo w podobnym kontekście usłyszałem, gdy używał go milicjant w serialu „07 zgłoś się”. A od czasu premiery tejże produkcji, parę lat już minęło…

Nienaturalny język to jedna sprawa. Inna natomiast związana jest z błędami merytorycznymi. Dla przykładu, według powieści, w roku 1952 w sklepach można było kupić obuwie na wyprzedaży. Z tego, co mi wiadomo, to wówczas Polacy pragnęli kupić rzeczy nawet za normalną cenę, aczkolwiek być może w innym, równoległym wymiarze, w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obuwie eksportowano, a w sklepach pojawiały się wyprzedaże.

„Słońce umiera i tańczy” nie należy do tych lektur, które po przeczytaniu pozostaną w naszej pamięci na dłużej; do tych, do której wrócimy po latach, a przynajmniej nie w moim wypadku. Mimo dobrego pomysłu, historia Cielesz jest miałka i irytująca. I choć powieść posiada parę plusów, książkę kojarzę głównie z wadami, które w niej występują.

Powieść „Słońce umiera i tańczy” swoją premierę miała 24 maja bieżącego roku. Podobnie jak inne książki autorki, tak i ta wydana została przez Wydawnictwo Axis Mundi.

Za redakcję i korektę książki odpowiedzialna jest Katarzyna Sosnowska. Projekt okładki stworzył Borys Borowski. Szkoda, że okładka okazała się tak mało trafna, bo przewijające się w powieści opisy obrazów Jagody, z pewnością można byłoby w jakiś sposób przedstawić na okładce. Tymczasem wizytówką „Słońca…” są kostki brukowe i opadłe liście, które nijak mają się do historii Cielesz. Oprawa jest miękka bez skrzydełek.

„Słońce umiera i tańczy” to dopiero pierwsza część nowej serii autorki. Na powieść składa się około 230 stron. Cena detaliczna wynosi 34,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

Nie twierdzę, że najnowsza książka Cielesz jest beznadziejna. Myślę, że z pewnością znajdzie ona wielu fanów. Jednak do mnie historia Jagody i Dymitra kompletnie nie przemówiła. Łapałem się na tym, że podczas lektury częściej denerwowałem się zachowaniem bohaterów niż gwałtownością akcji i niebezpieczną miłością. Oczekiwałem powieści zupełnie inaczej poprowadzonej, dlatego to, co zaprezentowała autorka, kompletnie nie sprostało moim oczekiwaniom. I choć dziś twierdzę, że raczej po drugą część już nie sięgnę, to nie zapewniam, że w przyszłości nie może się to zmienić. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Axis Mundi oraz firmie Booksenso.  
  
Tytuł: "Słońce umiera i tańczy"

Autor: Ewa Cielesz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Axis Mundi


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 228 [2]


ISBN: 978-83-64980-46-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".