wtorek, 20 czerwca 2017

"Miłość niczyja"

Parę miesięcy temu na rynku wydawniczym pojawiła się powieść „Miłość niczyja” autorstwa Marii Jurkiewicz i Sławomira Bogackiego. Wydaje  się, że książek o podobnej tematyce na rynku jest już naprawdę wiele. Czy ten duet pisarski stworzył coś naprawdę wyjątkowego? 
Anna to idealny przykład matki-polki. Jest dobrą żoną, na świat wydała potomstwo, a za punkt honoru postawiła sobie wychowanie swoje pociechy. Dla Ani to właśnie rodzina jest najważniejsza. Przynajmniej tak myślała, kiedy właśnie dla niej pozostawiła za sobą całą karierę i życie towarzyskie. Zdawałoby się, że kobieta osiągnęła to, o czym marzyła.  Mimo tego, Anna czuje się niespełniona i wykorzystywana.  Zamiast rodzinnej sielanki, Anka zatrudniona jest na pełen etat jako kucharka, niania i konserwator powierzchni płaskich. A przecież nie o takim życiu myślała, będąc pełną planów na przyszłość studentką. 

Morten jest w tym samym wieku co Ania, zmaga się jednak z zupełnie innymi problemami. Mężczyzna nie radzi sobie z rzeczywistością, jego problemy osobiste przytłaczają go każdego dnia. Nowy poranek nie przynosi ulgi a coraz więcej zmartwień. Istnieje tylko kilka powodów, dla których Morten w ogóle wychodzi z mieszkania. Jednym z nich jest supermarket, gdzie zaopatruje się w alkohol. Innym natomiast praca radiowca – to chyba jedyna część życia mężczyzny, która stwarza pozory normalności. Mówiąc do mikrofonu, przekazując ludziom muzykę, może być kimkolwiek, a nie jedynie sobą.  Biorąc jednak pod uwagę coraz poważniejsze uzależnienie mężczyzny, być może nawet i te fasady normalności mogą lec w gruzach.

Anna i Morten wydają się zupełnie różni, choć przecież łączy ich jedna wspólna cecha: są niezadowoleni ze swojego obecnego życia. Wkrótce przez splot zdarzeń spotykają się na jednym ze szkolnych zjazdów. Choć widzą się po raz pierwszy, wewnętrznie czują, że rozumieją się bez słów. Jednak czy Anna będzie umiała porzucić rodzinę na rzecz poznanego przed chwilą mężczyzny? Czy Morten jest w stanie zrezygnować z życia, które prowadził do tej pory – pełnego alkoholu, narkotyków i smutku? Czy połączenie się dwóch zranionych dusz to tak naprawdę dobry pomysł? 

Kiedy wybierałem książkę Jurkiewicz i Bogackiego, byłem do niej naprawdę pozytywnie nastawiony. Oczywiście, nie miałem zbyt dużych oczekiwań, liczyłem jednak na dość ciekawą historię z widocznym wątkiem romantycznym. Jednak, co tutaj dużo mówić, kiedy zacząłem czytać, cały czar prysł. „Miłość niczyja” jest historią, która mieści się na zaledwie 175 stronach, i choć czasem mniej znaczy więcej, to dla tej książki nie jest to zdecydowanie żaden plus. Romantycznej historii miłosnej jest mniej niż w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”. Autorzy w swojej książce przedstawili dwie odrębne historie – zapracowanej kury domowej i bad boya w melancholijnym nastroju – które nijak się ze sobą łączą. Co więcej, tego, czego oczekiwać po opisie może czytelnik, wcale nie znajdziemy w książce, gdyż powieść kończy się właściwie na etapie rozwijania się akcji. Nie jest to nawet punkt kulminacyjny akcji, którym często książki są zakończone, by opowieść dokończyć w drugim tomie. Jest więc to historia gwałtownie przerwana, przez co czytelnik nie może dowiedzieć się, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. Jeśli w ogóle ma na to ochotę i dotarł do ostatniej strony. A to, wbrew pozorom, też niełatwa sztuka.

Podczas lektury często robię sobie przeróżne notatki, by pisząc recenzje, wiedzieć, na czym muszę się skupić. Jedna z nich dotyczyła złotych myśli, których w powieści Jurkiewicz i Bogackiego znajdziemy mnóstwo sentencji. Co więcej, z reguły wydają mi się one bardzo nonsensowne. Chyba że to po prostu ja nie potrafię odczytać ich symboliki…
- Ty się nie boisz, ty słabniesz, Ann. Wiesz dlaczego? Żyjesz pośród tych, którzy każdego dnia chcą ukraść kęs ciebie, nie dając nic w zamian.
- Teraz mnie przerażasz. Skąd to wiesz? Przecież mnie nie znasz, Morten.
- Czasem wszystko wiem, ale skąd… tego nie wiem.
"Miłość niczyja" © M. Jurkiewicz, S. Bogacki, Wydawnictwa Videograf 2016
Idąc dalej, można spostrzec, że książka napisana została w bardzo nieciekawy sposób. Czasem mówi się, że autor ma giętkie pióro czy tworzy swoje postacie w barwny i plastyczny sposób. Tutaj znów mamy duże braki, bo chociaż główni bohaterowie jakoś się bronią, to dialogi pomiędzy nimi są niezwykle drętwe. Bohaterowie więc używają pięknej, poprawnej polszczyzny prosto ze słownika. Dyskusja między postaciami, zamiast więc być pełna emocji, jest zwykle bardzo groteskowa.

„Miłość niczyja” wydana została przez Wydawnictwa Videograf. Redakcją książki zajęła się Anna Seweryn, natomiast za korektę odpowiedzialna jest Urszula Bańcerek. Projekt okładki stworzyła Pracownia WV. Powieść ukazała się w oprawie miękkiej bez skrzydełek, a łączna ilość stron, tak jak wspominałem, to 175. Książka Marii Jurkiewicz i Sławomira Bogackiego dostępna też jest w formie elektronicznej oraz w wersji mówionej. 

Lektura nie jest wymagająca, czyta się ją także stosunkowo krótko. „Miłość niczyja” posiada też dobrze opisanych głównych bohaterów, jednak to jedyne plusy dla tej powieści. Niestety, jak dla mnie, nie są one w stanie pokonać wszystkich innych mankamentów książki Jurkiewicz i Bogackiego. Nie była to satysfakcjonująca lektura, mimo pozytywnej oceny w sieci. Nigdy nie mów nigdy, może więc Wam się jednak spodoba?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwom Videograf. 


Tytuł: "Miłość niczyja"

Autor: Maria Jurkiewicz i Sławomir Bogacki


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwa Videograf


Rok wydania: 2016

Liczba stron: 174 [4] 


ISBN: 978-83-7835-513-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★☆☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.



PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

piątek, 16 czerwca 2017

"Konkurs na żonę"

Na początku maja w księgarniach pojawiła się nowa powieść obyczajowa – „Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej. I mimo że nazwisko wydawać może nam się całkowicie nieznane, twórczość autorki „Konkursu…” na rynku wydawniczym dostępna jest już od kilku lat. Do tej pory książki autorki wydawane były tylko pod pseudonimem Augusty Docher  (trylogia „Wędrowcy” wyd. BIS, „Anatomia uległości” wyd. Lucky  [czerwiec 2017]). Jak czwarta powieść w dorobku pisarki ma się w stosunku do innych książek obyczajowych? 

Mimo często pojawiającego się smogu, Kraków to miasto dla wielu bardzo urokliwe. Szczególnie dla przyjezdnych z małych miasteczek i wsi, którzy zamieszkując w grodzie Kraka, dopiero poznają smak miejskiego życia. Łucja Maśnik z rodzinnego Podola przeprowadza się do wielkiego miasta z powodu rozpoczęcia nauki na Uniwersytecie Jagiellońskim. To kolejny etap życia dla młodej kobiety, która jest nie tylko wzorową studentką, ale także i niezawodną przyjaciółką. Jak to jednak u studentów bywa, grubość portfela Łucji także nie jest zbyt imponujący. 

Wkrótce po uczelni roznosi się wiadomość o konkursie organizowanym przez zewnętrzną firmę. Zadanie konkursowe? Należy stworzyć pracę na temat tego, jaka według autora pracy ma być idealna żona, a jaki idealny mąż.. Do wygrania natomiast było nawet 1000 zł, nic więc dziwnego, że dziewczyna zdecydowała się spróbować. Nie zdawała sobie jednak sprawy, że jeden artykuł wywróci jej życie do góry nogami. 

Hugo Hajdukiewicz jest natomiast prawnikiem, któremu niczego nie brakuje. Mieszka w drogim apartamencie, jada w prestiżowych restauracjach, a po ulicach jeździ szybkimi samochodami. Niestety, spora część pieniędzy nie należy do niego, a do jego zmarłego wuja. Aby Hajdukiewicz mógł dysponować majątkiem, przed ukończeniu trzydziestu lat, musi założyć rodzinę. Kiedy tradycyjne sposoby poznania partnerki zawodzą, mecenas wpada na pomysł zorganizowania konkursu na żonę. 

Mimo że Hajdukiewicz wraz z przyjacielem układa plan znalezienia sobie drugiej połówki, która sprawić ma, że fortuna pozostanie na jego koncie, nie zdaje sobie sprawy, że miłość i uczucia nie opierają się na zimnej kalkulacji. Podobnie zresztą jest z samymi kobietami, kiedy bowiem panna Maśnik wkroczy w jego życie, nic już nie będzie takie jak dawniej. 

On – budzący powszechne poważanie, bardzo przystojny biznesmen.  Ona – dziewczyna pochodząca z małej wioski, zagubiona w dużym mieście, przykładna studentka. I jak można się domyślić, miłość pomiędzy bohaterami. Przyznajcie sami, że pierwsze nasuwające się Wam skojarzenie, dotyczy pewnej serii książek dla dorosłych. To nic dziwnego, przecież po wielkim sukcesie „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, na półkach księgarń zaroiło się od podobnych historii. Jednak czy w powieści o okładce pełnej bladoróżowych płatków i z ukrytym w słoiczku pierścionkiem znajdą się sceny pełne brutalnych scen seksu? Powieść Majewskiej to obyczajówka, więc nie, na całe szczęście nie. 

Autograf zdobyty podczas WTK
„Konkurs na żonę” to, mimo opisu z skojarzeniem dotyczącym erotyku, historia napisana w dość lekki i delikatny sposób. Trudno powiedzieć o niej, że jest pisarskim odkryciem czy wzbudza niesamowicie wiele emocji i doprowadza do rozpaczy, bo tak w moim przypadku nie było. Jednak nie interpretujcie tego jako zarzut, to jedynie element „Konkursu…”, który cechuje się dość prostą, ale dobrze rozplanowaną i przemyślaną fabułą, bez zbędnych ckliwych momentów, które często przypominają farsę. Książka Majewskiej jest po prostu dość ciekawą i miłą obyczajówką osadzoną w polskich realiach.

Pisarka w swojej książce stworzyła jednak album ludzkich twarzy poprzez wykreowanie wielu bohaterów reprezentujących różne poglądy i sposób życia. Zaczynając od przecież tak różnych od siebie głównych bohaterów, przez ciotki, babki i kuzynki ze wsi, które swój świat widzą jedynie przez pryzmat zajmowania się gospodarstwem, kończąc na dziewczynach z wyższych sfer, które z pamięci wymienią najnowszą kolekcję biżuterii Tiffany’ego. Majewska zrobiła to w dość zabawny sposób, ale jednocześnie uwidaczniając nadal widoczne  różnice pomiędzy „miastowymi” a tymi „ze wsi”.

Warto wspomnieć, że choć początkowo zachowanie głównej bohaterki, nierzadko do przesady naiwnej, często irytuje, a Hugon wydaje się zagubiony wobec swoich uczuć, ostatecznie powieść z odpowiednio zaaplikowaną dawką humoru i w składnie napisany sposób, czyta się naprawdę przyjemnie. Co ważne, ta powieść, choć dość krótka, ostatecznie nie jest historią stricte miłosną. To powieść traktująca o uczuciach i o wyborach, które decydują o naszym życiu. Bo to nie los i przypadek nami kierują, a my sami. 

„Konkurs na żonę” spokojnie przeczytać można w jeden wieczór, bez odczucia znużenia i zmęczenia nawet po całym dniu pracy. Ostatecznie, kiedy dochodzimy do ostatniej strony, pragniemy jeszcze więcej, tymczasem autorka każe nam czekać na kolejną część. Całe szczęście, że premiera drugiego tomu będzie miała miejsce już całkiem niebawem. 

Autor zdjęcia: Beata Majewska
„Konkurs na żonę” wydany został przez Grupę Wydawniczą Publicat, a konkretnie pod marką Książnica. Powieść premierę miała 10 maja, czyli prawie tydzień przed Warszawskimi Targami Książki, podczas których autorka przez dwa dni miała okazję spotkać się z fanami na stoisku Publicatu. 

Za redakcję książki odpowiedzialna jest firma Mag, natomiast korektą zajęła się Joanna Rodkiewicz. Okładki stworzyła Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Cena detaliczna książki to 29,90, „Konkurs na żonę” wynosi 304 strony, a oprawiony jest w okładkę miękką ze skrzydełkami. Powieść dostępna jest także w formie ebooka.  

Drugi tom historii Hugona i Łucji premierę będzie miał już na początku wakacji – piątego lipca i nazywać się będzie „Bilet do szczęścia”.

Podsumowując: może i „Konkurs na żonę” przypomina wiele podobnych obyczajówek, a nawet romansów, jednak sam koncept na fabułę i tytułowy konkurs wydaje się dość ciekawy. Powieść czyta się szybko, nie nastręcza trudności w odbiorze, a akcja w całości dzieje się w Polsce. Jeśli szukacie lektury przyjemnej, niewymagającej, a jednocześnie nie oczekujecie typowego romansu i sprowadzenia całej fabuły do momentu, w którym bohaterowie znaleźli się w łóżku – naprawdę warto zastanowić się nad zakupem czy wypożyczeniem.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat. 


Tytuł: "Konkurs na żonę"

Autor: Beata Majewska


Tłumacz: -
 
Wydawca: Książnica


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 302 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-245-8265-5


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

sobota, 3 czerwca 2017

"Zakładnik"

Pod koniec kwietnia, swoją premierę miała książka „Zakładnik” autorstwa Przemysława Borkowskiego. Jak się okazuje, autor, oprócz recenzowanego „Zakładnika”, napisał też pięć innych książek, występuje także w kabarecie. Jednak mimo wielu pochlebnych recenzji, ciekawego opisu i zachęt ze strony znajomych, nie miałem zbyt dużych oczekiwań wobec tego tytułu. Czy słusznie?  

Zygmunt Rozłucki jest psychologiem, pracującym w jednej z prywatnych poradni, leczącej w szczególności pracowników pobliskich warszawskich korporacji. Wbrew pozorom, a także mimo wykształcenia, Zygmunt nie jest zbyt szczęśliwym człowiekiem. Szybko stracił wszystkich krewnych, popadł w alkoholowy nałóg, przez co odeszła od niego także i żona. Nic więc dziwnego, że sam psycholog cierpi teraz na depresję, a jego przełożony doradza mu urlop wypoczynkowy.
Wkrótce jednak zostaje zaproszony, a raczej przymuszony, do wystąpienia w programie śniadaniowym jednej z czołowych stacji telewizyjnych w kraju. Terapeuta zostaje odpowiednio przygotowany i już ma wejść na wizję, kiedy do studia wpada uzbrojony mężczyzna. Napastnik blokuje wejścia i przetrzymuje zakładników, wśród których znajduje się dziennikarka – Karolina Janczewska.  No cóż, szczęście w nieszczęściu dla Rozłuckiego jest takie, że nie musi występować przed kamerą. Druga strona medalu jest jednak taka, że życie wielu osób znajduje się w rękach szaleńca z karabinem. Wymagania terrorysty są jednak dziwne – nie żąda okupu, a jedynie transmisję na żywo ze studia. Kiedy jego żądania zostają spełnione, zamachowiec zabija kilka osób, wygłasza niezrozumiały komunikat, po czym popełnia samobójstwo. Janczewska uchodzi cało z opresji, choć o wydarzeniach ze studia trudno będzie jej zapomnieć. A w szczególności dziwne zachowanie napastnika.
Wkrótce Janczewska rozpoczyna prace nad reportażem dotyczącym zamachowca, a współpracować z nią będzie nie nikt inny, jak Zygmunt Rozłucki. Duet dziennikarki i psychologa dowiedzieć będą się chcieli, co skłoniło mężczyznę do podjęcia tak desperackich kroków. Niebawem trop zaprowadzi ich w głąb Polski, a dwójka bohaterów będzie musiała dokładnie poznać przeszłość zamachowca, gdyż w tej historii pełno jest intryg i niewyjaśnionych spraw sięgających czasów PRLu.
Czy uda im się wyjaśnić tę tajemniczą sprawę? Czy podczas ich prywatnego śledztwa, nie narażą się na jeszcze większe niebezpieczeństwo niż atak w studiu telewizyjnym?
Tak jak wspominałem na początku, do lektury „Zakładnika” podszedłem nieco z przymrużeniem oka. Nie sądziłem, że książka o tak niepozornym tytule, mogłaby mnie w ogóle zaskoczyć. Dlatego naprawdę miło się zaskoczyłem po przeczytaniu, gdyż okazuje się, że Przemek Borkowski stworzył świetną sensacyjną powieść!  Autorowi nie można zarzucić, że jego historia jest nudna, a fabuła ciągnie się niczym makaron do spaghetti. Mimo że sama akcja nie szczególnie mrozi krew w żyłach, to powieść Borkowskiego czyta się w zawrotnym tempie.
Motyw terrorystyczny nie jest także zbyt oryginalny, ale chyba dzięki temu, że autor nie starał nam się wcisnąć historii rodem z amerykańskiego dreszczowca, tylko stworzył dość realistyczny, polski odpowiednik, fabuła nie wydaje się naśladowcza w stosunku do innych podobnych książek.
Idąc dalej, należy też wspomnieć o niezłym wykreowaniu bohaterów, którzy mimo siły i determinacji, borykają się z własnymi problemami, mający często dość nieciekawą przeszłość. Na dodatek każdy z nich ma od groma własnych sekretów i spisków, które tylko wzmagają chęć odkrycia prawdy na temat tej najważniejszej intrygi – dlaczego porządny facet zaczął strzelać w studiu? 
Thrillerów i kryminałów czytam stosunkowo sporo, dlatego czasem mogę porównać warsztat pisarski wielu autorów. Ostatnio zauważyłem, że im więcej autor wydaje, to zdarza się, że jego książki stają się bardzo podobne do siebie, a jednocześnie strasznie męczące.  „Zakładnik” jest natomiast pewnym „powiewem świeżości” na naszym wydawniczym rynku.  Jak wyżej wspominałem, autor nie amerykanizuję na siłę wszystkiego, co tylko można, pisze za to w dość ciekawy, wyjątkowy sposób, zachowując lekkość w stylu, a jednocześnie pozostając przy kryminalno-tajemniczej atmosferze. 

„Zakładnik” swoją premierę miał dziesiątego maja, a wydany został przez wydawnictwo Czwartą Stronę. Za redakcję odpowiada Hanna Trubicka, natomiast korektą zajęła się Alicja Laskowska. Opiekę redakcyjną sprawował Patryk Mierzwa. Projekt okładki stworzyła Magdalena Zawadzka. Powieść ukazała się w oprawie miękkiej ze skrzydełkami i ma łącznie około 454 strony. Cena detaliczna to 36,90 zł. Książka dostępna jest także w formie elektronicznej.
Z autorem miałem okazję chwilę porozmawiać podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki (cała relacja dostępna tutaj). Spotkanie autorskie odbyło się na stoisku Czwartej Strony w sobotę 20 maja.
Cieszę się, że Przemysław Borkowski oprócz pracy w Kabarecie Moralnego Niepokoju, znalazł chwilę, by stworzyć „Zakładnika”, bo zdecydowanie mu się to udało. To Liczę na kolejną powieść i mam nadzieję, że okaże się równie dobra, jak pierwsza wydana w Czwartej Stronie.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona. 


Tytuł: "Zakładnik"

Autor: Przemysław Borkowski


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 453 [7]


ISBN: 978-83-7976-648-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


niedziela, 28 maja 2017

Halo, przepraszam, do kogo ta długa kolejka?

Po lewej książki, które zabrałem ze sobą. Po prawej te zakupione na Targach.
Książka M. Mortki otrzymana jako egzemplarz recenzencki.

Warszawskie Targi Książki to jedno z największych literackich wydarzeń w naszym kraju. Tego roku Targi odbyły się w dniach od 18 do 21 maja. Chociaż co roku jeżdżę na Targi do Krakowa, na tych organizowane w stolicy nie miałem jeszcze okazji być. Ale przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda?






Wyjazd na Warszawskie Targi Książki okazał się dość spontaniczną decyzją. W przeciwieństwie do wyjazdu na Targi w Krakowie, podróży do stolicy nie planowałem z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Na jednym z kawowych spotkań, wraz z Zuzą z bloga Książki Sardegny, pomyśleliśmy, że właściwie nie istnieją żadne przeszkody, by w tym roku kupić książki także i na Narodowym.


Do Warszawy wraz z Zuzą wybraliśmy się tylko na jeden dzień. Z Katowic wyruszyłem w sobotę, w godzinach wczesnorannych, by przybyć do Warszawy jeszcze przed otwarciem Targów. Na całe szczęście, bez większych opóźnień dotarłem do stolicy. 


Na samym początku odwiedziłem stojące przed stadionem namioty z tanią książką. Jak zwykle nie brakowało tytułów, które kupić można było w naprawdę niskich cenach – po dziesięć czy pięć złotych, a nawet po złotówce. Dla przykładu, w namiocie GW Publicat, kryminały Agathy Christie dostępne były za jedyne pięć złotych.  Kiedy otwarto Targi, a ja wreszcie przedarłem się przez tłum, który parł w kierunku wejścia, odwiedziłem kilka stoisk zaprzyjaźnionych wydawców.


Zajrzałem więc między innymi na stoiska Czwartej Strony, GW Publicat, Prószyńskiego i Soni Dragi. 
Jeśli byliście na Targach lub zwyczajnie sprawdzaliście program, to wiecie, jak dużo spotkań dostępnych było dla czytelników podczas sobotniego dnia targowego. Ostatecznie wziąłem ze sobą 8 książek do podpisu.
Pierwszy autograf, który otrzymałem, był od Cecelii Ahern, autorki, która na swoim koncie ma m.in. „Love, Rosie” czy „PS. Kocham Cię”. Pisarka była gościem Wydawnictwa Akurat. Jak możecie się domyślić, do Ahern kolejka była ogromna i prawdopodobnie nie udałoby mi się zdobyć podpisu, gdyby nie pomoc Kasi z bloga Książkowo czyta i Daniela z Danway's Books.



Kolejnym punktem w moim programie było spotkanie na stoisku Czwartej Strony z Karoliną Wilczyńską – autorką serii o Jagodnie. Ja akurat do podpisu miałem jedną z pierwszych powieści pisarki – „Anielski kokon”. Lektura książki jeszcze przede mną.


Stoisko Czwartej Strony było zresztą przeze mnie bardzo często odwiedzane! Pojawiłem się tam także z powodu Przemysława Borowskiego i Małgorzaty Rogali. Przemek Borkowski podpisał mi  mój egzemplarz „Zakładnika”, którego niedawno miałem przyjemność przeczytać. Choć recenzja jest dopiero w przygotowaniu, już teraz mogę zapewnić, że jest to niesamowita książka!


Pani Małgorzata Rogala złożyła autograf na moim egzemplarzu „Dobrej matki”, która nadal pozostaje na liście „do przeczytania”. Skoro mam już podpis, to chyba najwyższa pora, by wreszcie zrealizować punkt z tej listy!


Po drodze zrobiłem małe zakupy, m.in. na stoisku Wydawnictwa Czarna Owca, gdzie kupiłem dwie książki Rachel Cohn. Zakupiłem także „Idź, postaw wartownika”, a także „Bezcennego”.
Około godziny dwunastej naprawdę trudno było przejść przez alejkę między stoiskami w pobliżu stoiska Wydawnictwa Novae Res, gdyż swoje książki podpisywała Agnieszka Lingas-Łoniewska. I choć panie z organizacji Targów były na miejscu, nie potrafiły zapanować na tym książkowym szaleństwem!


Nieco później, także na stoisku Novae Resu, miałem okazję spotkać się z Magdaleną Knedler – pisarką, która w ostatnio wydała naprawdę sporo książek. Ja akurat miałem przy sobie „Klamki i dzwonki”, a także „Dziewczynę z daleka”. Obie powieści przeczytam już w najbliższym czasie. 


Na stoisku Grupy Wydawniczej Publicat także zebrała się grupa czytelników, gdyż książkę „Konkurs na żonę” podpisywała Beata Majewska, znana także pod innym pseudonimem jako Augusta Docher. „Konkurs...” został już przeze mnie przeczytany, teraz czekam więc na kolejne części z serii, m.in. „Bilet do szczęścia”.


Jednym z ostatnich autorów, których odwiedziłem, była Tanya Valko. Valko w tym roku wydaje kolejną powieść z arabskiej serii u wydawnictwa Prószyński i S-ka. Tym razem do podpisu wziąłem jedynie pierwszy tom. 

Zdjęcie autorstwa Tanaya Valko

Nie można zapomnieć także o innych atrakcjach, których na Warszawskich Targach Książki nie brakowało. Z samego rana miałem zaplanowane pojawienie się między innymi na panelu na temat kultury Finlandii, niestety, z braku czasu i z powodu pokrywających się spotkań, nie udało mi się dotrzeć na to spotkanie. Na WTK nie zabrałem także ani jednej książki Remigiusza Mroza. Jak się okazuje, była to naprawdę słuszna decyzja, gdyż do Mroza ciągnęła się niekończąca się kolejka. Remigiusz zamiast przewidywanych dwóch, książki podpisywał aż pięć godzin!

Jako że to moje pierwsze Targi w Warszawie, nie mogę porównać tegorocznej edycji z poprzednimi. Z całą pewnością stwierdzić mogę jednak, że był to niezwykle spędzony czas. Czas pełen niesamowitej atmosfery, niesamowitych ludzi i niesamowitych książek. 
Gdyby ktoś zapytał mnie, które targi wolę – te w Krakowie, Warszawie czy może nasze katowickie, naprawdę trudno byłoby mi się określić. Każde z nich mają w sobie coś wyjątkowego. 
Atutem tych warszawskich jest nie tyle większa przestrzeń, ile możliwość odpoczynku na stadionowych krzesełkach. Choć oczywiście było to nieco utrudnione, gdyż musieliśmy przejść przez cały stadion, by dojść do jedynych wolnych miejsc, które były udostępnione wokół sceny głównej. Mimo to zawsze jest to lepsze niż klęczenie czy siedzenie na podłodze hali wystawienniczej.



Chociaż stoiska na pierwszym piętrze wydawały mi się dość dobrze oznaczone i zlokalizowane, o tyle problematyczne moim zdaniem wydawało się oznaczenie stoisk w dolnej galerii, gdzie wystawiali się antykwariusze, wydawnictwa komiksowe i małe księgarnie. Naprawdę nieźle się naszukałem, nim znalazłem stoisko pewnej księgarni sprzedającej książki po angielsku. 


Czy na Targach można było kupić książki w rewelacyjnie niskich cenach? To zależy, u jakiego wydawcy i jakie książki. Z reguły na stoiskach wydawców obowiązywały rabaty około 20 lub 30-procentowe. Nie było więc zbyt wielkich przecen, choć zdarzały się okazje, jak książki po 10 zł na stoisku Czarnej Owcy. W podobnej cenie widziałem także książki na stoisku Naszej Księgarni (głównie książki dla dzieci lub literatura kobieca z serii „Babie lato”). Z tego, co zauważyłem, na Targach dostępne były też książki, które oficjalną premierę mają za jakiś czas. Targowicze mogli więc zakupić parę dni wcześniej „Ostrze zdrajcy” de Castella czy „Królewską talię” Mortki.


Targi to jednak nie tylko książki i pisarze, ale także i blogerzy. Cieszę się, że mogłem choć na chwilę spotkać się z Tanayah z Tanayah Czyta, Anią ze Świata Książkowych Recenzji, Asią, z którą współprowadziłem fansite, Potanią z Ostatniego Czytelnika, Archer z Do ostatniej pestki trzeba mocno żyć i wieloma innymi osobami, z którymi miałem możliwość zamienić przynajmniej słowo w drodze między stoiskami lub czekając w kolejce.
Przerwa między bieganiem za autorami
z Archer. Autorka zdjęcia  Archer.

Czy moje pierwsze Targi były udane? Oczywiście! Jeszcze przez wiele dni po moim sobotnim wypadzie czułem prawdziwą radość, co w moim cynicznym usposobieniu nie zdarza się przecież często. No cóż, teraz nie pozostało mi nic innego, jak czekać cierpliwie do października!



sobota, 27 maja 2017

"Niebiosa mogą runąć"

Maj okazał się miesiącem pełnym wrażeń literackich. W ubiegłym tygodniu odbywał się bowiem festiwal literacki Apostrof organizowany przez sieć księgarń Empik, od czwartku do niedzieli na Narodowym pojawiło się najwięcej moli książkowych w Polsce w związku z Warszawskimi Targami Książki. To jednak nie wszystko, gdyż w tym miesiącu miało miejsce także sporo premier. Do nowości należy książka Allena Eskensa – „Niebiosa mogą runąć”, która jest kolejną częścią historii o detektywie Purinamie. Jak podobał mi się ten tom? 

W Minnesocie jako detektyw śledczy pracuje Max Rupert. Na pozór przypomina on zwykłego faceta w średnim wieku, mającym na koncie nieudany związek i zaciągnięty kredyt w banku o wysokim oprocentowaniu. Tak naprawdę Rupert cięgnie za sobą bagaż pełen przykrych doświadczeń. Dokładnie cztery lata temu zmarła jego ukochana żona. Choć początkowo wyglądało to na wypadek, Rupert jest pewny, że doszło do zabójstwa. Mimo to, mordercy jego żony nigdy nie wykryto. Dla detektywa był to cios, po którym przez pewien czas nie mógł się otrząsnąć, jednak z kryzysu pomógł mu wydostać się starszy brat – Alexander, który również pracował jako policjant. Niestety, także i jego, Max musiał pożegnać po jednej z nieudanych, policyjnych akcji. Aktualnie detektyw nie potrafi patrzeć w przyszłość i żyje głównie dzięki pracy i alkoholowi.

Wkrótce w Kenwood, jednej z najzamożniejszych części Minneaoplis, znalezione zostaje ciało kobiety. Na miejsce wezwany zostaje detektyw Rupert. Jak się okazuje, denatką była Jennavieve Pruitt – żona znanego adwokata. Adwokata, z którym w przeszłości Max miał okazję się spotkać, w dość niezbyt sympatycznych okolicznościach. Chociaż mężczyźni nie darzą się sympatią, widząc ciało kobiety, policjant dla własnego sumienia postanawia odnaleźć jej mordercę.
Szybko typuje sprawcę, jest jednak tylko jeden problem… Detektyw na głównego podejrzanego wyznacza Bena Pruitta, męża ofiary. Jak można się domyślić, pan mecenas nie przyznaje się do winny, a przed sądem reprezentować go ma Boady Sanden – stary sądowy wyjadacz, a także jeden z nielicznych przyjaciół detektywa Pruitta. Obrońca będzie musiał podjąć decyzję – czy reprezentować swego dawnego aplikanta, któremu bezbrzeżnie ufa, czy może wycofać się na rzecz długoletniej przyjaźni z Rupertem. Kiedy podejmuje decyzję, wie, że nie ma odwrotu i będzie musiał zmierzyć się ze swoim przyjacielem po drugiej stronie barykady...
Początkowo wydaje się, że oskarżenie, posiadając jedynie dowody poszlakowe, szybko przegra sprawę. Tymczasem pojawiają się nowe dowody, a w sprawę zaangażują się wpływowi ludzie. Czy pomoże to jednak postawić przed oblicze sądu winnego? Komu w tej kryminalnej potyczce powinie się noga? Czym tak naprawdę jest sprawiedliwość?

„Niebiosa mogą runąć” to nie pierwsza w Polsce powieść autorstwa Allena Eskensa. Wydane zostały także dwie inne książki tego autora, choć ja miałem okazję przeczytać, oprócz „Niebios…”, jedynie „Skradzione życie”. W „Skradzionym życiu” (recenzja tutaj) także mamy do czynienia z kryminałem, lecz głównym bohaterem jest detektyw Aleksander Rupert.
Szczerze powiedziawszy, „Skradzione życiem” bardzo mi się podobało, dlatego, gdy widziałem w zapowiedziach kolejną książkę tego autora, nie mogłem powstrzymać się przed zamówieniem. I po raz kolejny się nie zawiodłem. Jak się okazuje, Eskens stworzył naprawdę niezły kryminał, który do końca trzyma w niepewności. Stworzona przez autora intryga jest spójna i dobrze rozbudowana. 
W powieści nie brakuje wątków pobocznych, które jednak swoją ilością nie męczą. Nie można powiedzieć, że powieść Eskensa to kryminał ciężki i mroczny. Autor nie potrafi (lub nie chce) tworzyć takiego klimatu, dlatego też książkę czyta się szybki i zaskakująco przyjemnie! Przy niektórych książkach czujemy, że jesteśmy w pewien sposób silnie związani z fabułą książki. Przy „Niebiosach...” widoczne jest rozgraniczenie pomiędzy rzeczywistością a fikcją literacką. To tak, jakbyśmy oglądali horror w samo popołudnie. Niby jest strasznie, ale przez porę dnia, wszystko zamiast przerażające, wydaje nam się groteskowe.  Mimo tego wydaje mi się, że książki Eskensa to dokładnie to, czego może szukać „typowy czytelnik”, który potrzebuje lektury do jazdy tramwajem. Może więc i jego kryminały nie są za ostre, ale za to piekielnie dobrze napisane i niesamowicie wciągające. 

Jest to kolejna część trylogii, choć opowiedziana z zupełnie innej perspektywy. W „Niebiosach...” nie brakuje nawiązań do tego, co wydarzyło się w poprzednich tomach, na szczęście autor dość zgrabnie wyjaśnia  to, czego czytelnik może nie wiedzieć. Myślę, że najlepiej jest czytać te książki po kolei, czyli zaczynając od „Pogrzebanego życia”, przez „Skradzione życia”, aż po „Niebiosa...”.  Jeśli jednak zaczniecie czytać od razu trzecią część, to z pewnością nie pogubicie się w fabule.

Powieść „Niebiosa mogą runąć”, podobnie jak dwa poprzednie tomy, wydana została przez wydawnictwo Burda Książki. Choć w Polsce okładka znacząco różni się od tej, w której książka została wydana oryginalnie, to myślę, że wygląda ona równie dobrze. Projektem okładki zajął się Krzysztof Rychter. Za przekład z języka angielskiego odpowiedzialny jest Robert P. Lipski, redakcją zajęła się Magdalena Binkowska, natomiast za korektę odpowiedzialne są Katarzyna Juszyńska i Malwina Łozińska. Książka łącznie ma około 400 stron. Sugerowana cena detaliczna to 36,90 zł. Powieść dostępna jest także w formie ebooka.

Czy mogę polecić tę książkę? Czytało mi się ją bardzo dobrze, poza tym przepadam za stylem pisania Eskensa. Więc tak, mogę ją polecić z całą pewnością. Jednak nie oczekiwałbym po niej kryminału niczym u Simona Becketta czy prawniczego thrillera rodem z powieści Johna Grishama. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Książki.


Tytuł: "Niebiosa mogą runąć"

Autor: Allen Eskens


Tłumacz: Robert P. Lipski
 
Wydawca: Burda Książki


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 394 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-8053-229-8


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


poniedziałek, 22 maja 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Ostrze zdrajcy"

Już w środę premierę będzie miała najnowsza książka Wydawnictwa Insignis – „Ostrze zdrajcy”, czyli powieść z cyklu „Wielkie Płaszcze” stworzoną przez Sebastiena De Castella. Jak zapewnia Conn Iggulden na okładce – „Ostrze” jest piekielnie dobrą książką. A jak mnie się podobała?

Główny bohater powieści De Castella – Falcio val Mond, żyje w królestwie, podzielonym na mniejsze księstwa zarządzane przez wielu innych książąt. Krajem włada jednak król, który ma największą moc sprawczą. Przez wiele lat w królestwie panowała okrutna monarchia, wszystko zmienia się, gdy na tron zasiada nowy król – Paelis. Można by rzec, że mężczyzna, choć był potomkiem poprzedniego władcy, zostaje głową kraju praktycznie przypadkowo. Jednak ku zdumieniu mieszkańców królestwa, nowy władca wydaje się całkowicie różny od jego ojca czy dziadka. Paelis okazuje się nie tylko mądry i rozważny, ale także honorowy i sprawiedliwy. Pragnie zrewolucjonizować kraj, w którym dominuje brutalność i łapówkarstwo. Powołuje Wielkie Płaszcze – grupę mężczyzn i kobiet, które strzec mają królewskich praw i edyktów. Na pierwszego kantora powołuje swojego przyjaciela, Falcia. Niestety, zjednoczenie kraju podzielonego przez książąt, nie jest łatwe. Każdy gród i wioska należące do książąt, muszą przestrzegać praw ustanowionych przez panów. Pomysły nowego króla i brak jego poparcia w stosunku do bestialskiego traktowania mieszkańców, sprawia, że wkrótce wśród szlachty zawiązuje się spisek, który ostatecznie skutkuje zabójstwem króla. W państwie zapanowuje anarchia, jednocześnie książęta rozwiązują niewygodną instytucję, jaką są Wielkie Płaszcze. Jedynie Falcio  wraz z dwójką pozostałych przy życiu przyjaciół, postanawia żyć zgodnie z wcześniej wyznawanymi zasadami. By przeżyć, mężczyzna często wraz ze swoimi kompanami trudni się jako ochrona dla karawan, lordów i szlachty. Kiedy podczas jednej z misji ich pracodawca ginie, a oni zostają niesłusznie oskarżeni o jego zabójstwo, muszą walczyć o swoje życie. I to dosłownie! 
Wkrótce udaje im się zatrudnić jako ochrona karawany, która przewozi niezwykle ważną osobistość. Jak jednak można się domyślić, los nie ma zamiaru Falciowi sprzyjać. Okazuje się, że on i jego przyjaciele – Brasti oraz Kest, zostają uwikłani w kolejny spisek, mający doprowadzić do koronacji osobę, która zniszczy wszystko to, co budował Paelis. Mężczyźni będą musieli wybrać: czy żyć jako zdrajcy w dostatku, czy może sprzeciwić się książętom. Za nim to jednak zrobią, Wielkie Płaszcze nie jeden raz będą zmuszeni dosięgnąć rapierów noszących przy boku. Tylko czy uda mu się wyjść cało z wszystkich opresji? 

Kiedy otrzymałem propozycję zrecenzowania „Ostrza zdrajcy”, nie byłem do końca przekonany, czy warto sięgnąć po ten tytuł. Było na tyle wcześnie, że na blogach ani na stronach księgarń nie znajdowały się żadne opinie na temat powieści Sebastiena De Castella. Ostatecznie, zachęcony zabawnym opisem i naprawdę dobrymi notami, które przyznano na GoodReadsie wersji amerykańskiej, zamówiłem egzemplarz. Zacząłem czytać „Ostrze...” z dużą dozą niepewności, a może nawet niechęci, obawiając się powieści o dość mozolnej akcji i całkowicie nieinteresującej fabule. 
Szybko jednak zmieniłem zdanie, gdyż jak się okazuje, książka De Castella to naprawdę niezwykła historia! Napisana w bardzo zabawny sposób, w którym autor posługuje się dość specyficznym rodzajem humoru. W związku z tym, w „Ostrzu zdrajcy” nie brakuje zabawnych dialogów, ale także fragmentów, w których świetnie można wyczuć sarkazm i cynizm. 
Sam główny bohater, chociaż jest waleczny i pewnie nieziemsko przystojny, przypomina życiową fajtłapę. Samo jego imię wydaje się przecież niezbyt poważne. Postacie Kesta czy Brastiego także są przerysowane, wyśmiewając znane wszystkim modele walecznych rycerzy. U panów tych zobaczymy oprócz cech prawdziwego, mężnego wojaka, także cechy komiczne i zupełnie niepasujące do honorowego ideału mężczyzny. Bohaterowie potrafią przekląć czy podwędzić swojemu pokonanemu przeciwnikowi złote talary. Warto też wspomnieć, że modlą się też do bóstw, które odpowiedzialne są, na przykład, za prowadzenie domów publicznych! 

Fabuła wydaje się spójna, a akcja niezwykle szybka i w żadnym momencie nie wydawał mi się nużąca. Co więcej, mimo że konstrukcja wydarzeń w powieści De Castella może przypominać inne podobne, to wydaje mi się, że historia De Castella nie jest nazbyt wtórna czy naśladowcza.  Drobne niedoskonałości przysłania chociażby wspomniany wyżej humor czy naprawdę ciekawe przedstawienie fabuły. I choć po drodze gubi się nieco pewien bardzo ważny wątek powieści, to ostatecznie nie można stwierdzić zaburzoną konsekwencję zdarzeń.

„Ostrze zdrajcy” zostało wydane w Polsce po trzech latach od daty jej pierwszego wydania za granicą. Na polskim rynku znajdziemy tę powieść dzięki Wydawnictwu Insignis. Jest to pierwsza część serii, która aktualnie zawiera cztery tomy. Przekładem książki zajął się Paweł Podmiotko. Za redakcję i korektę odpowiedzialni są Tomasz Porębski, Piotr Mocniak i Dominika Pycińska.  Projekt okładki stworzyła firma Buerosued.  Łącznie, powieść ma około 415 stron, a oprawa jest miękka ze skrzydełkami. Cena detaliczna książki wynosi 36 zł. 

Wbrew pozorom, „Ostrze zdrajcy” nie jest tytułem nazbyt wymagającym. Powieść tę czyta się przyjemnie, bez większych kłopotów. Historia autorstwa De Castella posiada wszystko to, czego czytelnik szuka w lekturze: niezwykłą i fascynującą fabułę, pełna jest humoru, a po przeczytaniu pragnie się kolejnej części. Co więcej, „Ostrze zdrajcy” spodobać może się także tym, którzy nie są wielkimi miłośnikami fantastyki!

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Insignis.


Tytuł: "Ostrze zdrajcy"

Autor: Sebastien De Castell


Tłumacz: Paweł Podmiotko
 
Wydawca: Wydawnictwo Insignis


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 414 [8]


ISBN: 978-83-65315-99-1


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


sobota, 13 maja 2017

"Tysiąc pięter"

Na rynku z każdym kolejnym rokiem pojawia się coraz więcej książek dla dzieci i młodzieży. Ich poziom bywa różny, niektóre wypadają lepiej, inne nieco gorzej, aczkolwiek można z całą pewnością powiedzieć, że praktycznie każdy nastolatek znajdzie dziś coś dla siebie. „Tysiąc pięter” to młodzieżowa powieść obyczajowa, której akcja dzieje się w przyszłości. Jak sprawdza się taka mieszanka młodzieżówki z dystopią?

Jest rok 2118. Ludzie nie zaprzestają tworzyć nowych wynalazków, dlatego też w sercu Nowego Jorku powstaje Wieża. Budynek ten ma tysiąc pięter i jest to coś więcej niż tylko biurowiec czy wieżowiec z apartamentami. Wieża to praktycznie całe życie większości nowojorczyków. W budynku znajdziemy, oprócz miejsc pracy i mieszkań, także i ulice, parki, sklepy, kościoły i urzędy – wszystko, by zapewnić samowystarczalność Wieży. Jednocześnie Wieża odcięta jest od świata zewnętrznego – powietrze jest filtrowane, a okna hermetycznie zamknięte.  Mimo że na Ziemi nadal mieszkają ludzie, to właśnie mieszkanie w Wieży jest najbardziej pożądane. Wyznacza ono swego rodzaju status społeczny. Oczywiście, mieszkańcy podzieleni są na kasty – ci na najwyższych piętrach to osoby bardzo zamożne i mające dużą władzę, natomiast osoby zamieszkujące piętra niższe niż kondygnacja dwusetna, to zwykle robotnicy i pracownicy techniczni, którzy nie posiadają większych perspektyw na przyszłość.
Na ostatnim, tysięcznym piętrze,  wraz z rodzicami i starszym bratem, mieszka Avery. Na pierwszy rzut oka, dziewczynie nie brakuje niczego. A jednak mimo wielu zer na koncie, nastolatka ma wiele problemów osobistych. W szczególności cierpi na nieodwzajemnioną miłość. A właściwie odwzajemnioną, ale nie w taki sposób, jaki życzyłaby sobie tego Avery. Bo czy można zakochać się w… własnym bracie? Ta niepoprawna miłość przysporzy dziewczynie wiele problemów...

Avery obraca się jednak w kręgu przyjaciółek, wśród nich znajduje się Leda i Eris. Pierwsza z nich to dziewczyna, która nie zawsze mieszkała w Wieży. Jej rodzice musieli ciężko pracować, by Leda mogła zamieszkać na jednych z najwyższych pięter i uczyć się w prywatnej szkole. Jednak podobnie jak Avery, dziewczyna tkwi w dziwnym związku z chłopakiem, który w okrutny sposób ją wykorzystał. A po wszystkim zdaje się nią bawić. Nic więc dziwnego, że Leda popada w depresję, a co za tym idzie, zaczyna w dużych ilościach korzystać z niedozwolonych używek. Kiedy wraca z odwyku, zdaje się, że jej życie zostało poskładane na nowo. Jednak dawna miłość znów sprawi, że dziewczynie zawróci się w głowie... 

Jest też Eris – piękność, która całe swoje życie spędziła w blasku jupiterów i w elitarnych klubach sportowych. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że tak jak łatwo pieniądze można wydawać, tak równie łatwo można je bezpowrotnie stracić. Kiedy z luksusowego życia pozostają jej jedynie wspomnienia, dziewczyna nie potrafi poradzić sobie z nową sytuacją. Wkrótce poznaje jednak nową sąsiadkę, która być może pokaże jej pozytywy sytuacji, w której się znalazła. 

Nie tylko elity z wysokich pięter mają swoje problemy. Na niższych piętrach mieszkają  rodziny, które codziennie zmagają się z tym, by związać koniec z końcem. Rylin we wczesnym wieku została głową rodziny. Kiedy jej matka umarła, postanowiła, że zostanie opiekunem swojej młodszej siostry. Musiała porzucić swoje dotychczasowe życie, by podjąć pracę i zająć się siostrą. Codzienna egzystencja nie sprawia już jej jednak radości, dlatego też wraz z równie biednym chłopakiem, często chodzi na nielegalne imprezy w podziemiach Wieży. Kiedy jednak splotem okoliczności spotyka chłopaka z wyższych sfer, coś się zmienia. Rylin zastanawia się, czy to, co czuje do swojego obecnego chłopaka, to naprawdę miłość… 

Jest jeszcze ktoś – Watt to nastolatek mieszkający w rejonach Wieży podobnych do tych od Rylin. Po przeprowadzce do Wieży, jego rodzina zmaga się z poważnymi trudnościami finansowymi. Watt jest jednak wyjątkowo uzdolnionym chłopakiem. Szczególnie jeśli chodzi o elektronikę i informatykę. Dlatego też nastolatek często wykonuje niezbyt legalne usługi w sieci, a zarobione pieniądze dokłada do rodzinnego budżetu. Kiedy jednak otrzymuje nowe zlecenie, nie wie, że zmieni ono całe jego życie...

Wkrótce na szczycie Wieży, podczas jednej z imprez, dochodzi do morderstwa. Żaden z bohaterów nie wie jednak, jaką odegra rolę w tej historii.

Kiedy zamawiałem egzemplarz „Tysiąca pięter” do recenzji, naprawdę nie wiedziałem, czego mógłbym się spodziewać po kolejnej młodzieżówce wydawanej przez Moondrive. Nie miałem jednak zbyt wysokich oczekiwań, będąc przygotowanym na kolejną wtórną książkę o nastoletniej miłości. A jednak autorce udało się mnie bardzo pozytywnie zaskoczyć, gdyż jak się okazuje, „Tysiąc...” wypada naprawdę ciekawie na tle mdłych romansów czy schematycznych pseudothillerów. Katharine McGee napisała powieść, która jest dość przyjemnym połączeniem dystopii z powieścią obyczajową. Znajdziemy w niej wszystko to, czego typowa nastolatka szuka w lekturze – śmierci, zakazanej miłości, a także problemów, z którymi zmagają się młodzi. Pisarka jednak nie serwuje tego w przesadzony wulgarny lub też całkowicie infantylny sposób, a za to w bardzo przystępnej formie. Swoje postacie stworzyła na zasadzie kontrastów, jednocześnie bardzo dokładnie ich opisując. Każdy z bohaterów ma indywidualną cechę, którą autorka przedstawia dzięki dość spójnej narracji wieloosobowej. 
 
Powieść jednak nie jest tylko dobrą rozrywką, ale porusza także wiele tematów. Najważniejszym z nich jest z pewnością patologia wyższych sfer, czyli wszechobecna megalomania. McGee ukazuje tym nasz obecny świat i jego problemy. Widoczny jest więc też podział pomiędzy wyższymi sferami, średnią klasą robotniczą, a całkowitą biedotą. Idąc dalej tym tropem, zauważymy, że poruszony jest też temat narkomanii, konsumpcjonizmu czy zagrożeń, dotyczących życia w wirtualnym świecie.  Do powyższych dorzucić można kwestię mezaliansu społecznego, miłości kazirodczej i miłości do Boga. I choć o miłości jest bardzo dużo, to tak naprawdę z love story ma to niewiele wspólnego. Wychodzi to jednak tylko na korzyść dla tej powieści. 

Jednym z nielicznych minusów, jaki muszę przyznać „Tysiącu pięter”, jest to, że McGee prawdopodobnie nie przemyślała tego, jak wyglądać będzie jej świat za sto lat. W związku z tym przedstawiona wizja przyszłości, nie jest do końca spójna. Świat przedstawiony niewiele różni się od tego, co dziś widzimy za oknami. Jedyny element futurystyczny to Wieża, w której dzieje się większa część akcji. Reszta miejsc została potraktowana po macoszemu, dlatego też niektóre postacie nadal mieszkają w starych kamienicach wieku dwudziestego, jeżdżą też zwykłymi samochodami, a nie jak mieszkańcy Wieży, unoszącymi się nad ziemią pojazdami. 

„Tysiąc pięter” premierę miało 26 kwietnia. Powieść wydana została przez Wydawnictwo Otwarte pod znakiem marki Moondrive. Za przekład z języka angielskiego odpowiedzialny jest Mariusz Gądek. Opiekę redakcyjną nad powieścią sprawowała Agnieszka Urbanowska, natomiast projektem okładki zajęła się Eliza Luty. W wersji papierowej, „Tysiąc pięter” to około 415 stron. Cena detaliczna wynosi 36,90, dostępny jest także ebook. 

„Tysiąc pięter” to powieść niepozorna – okładka jest dość stonowana, opis także nie jest wstrząsający. Mimo to książka ta potrafi naprawdę zaskoczyć. W recenzjach na GoodReads ktoś wspomniał, że powieść podobna jest do serii Sary Shepard „Pretty Little Liars”. Faktycznie, w książce McGee znajdziemy mnóstwo intryg i sekretów. Zgadzam się więc z tą opinią – „Tysiąc pięter” zdecydowanie spodoba się fanom „Słodkich Kłamstewek”, serialu „Plotkara”, a być może nawet i czytelnikom „Niezgodnej”. Ja natomiast z ręką na sercu mogę powiedzieć, że od dziś jest to jedna z moich ulubionych książek dla młodzieży.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

Tytuł: "Tysiąc pięter"

Autor: Katharine McGee


Tłumacz: Mariusz Gądek
 
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte (Moondrive)


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 414 [4]


ISBN: 978-83-7515-249-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".