sobota, 14 października 2017

"Absolwentka"

Muszę przyznać, że rzadko wybieram książki typowo erotyczne. Jeśli już, to z reguły jest to jedynie jeden z wątków czytanej powieści. A jednak – pewien czas temu pokusiłem się na zamówienie dwóch erotyków od wydawnictwa Harper Collins: „Debiutanta” SJ Hooks oraz drugi tom – „Absolwentkę”. Kiedy przeczytałem pierwszą część, nie ukrywałem, że naprawdę się rozczarowałem. Z lekką obawą zabrałem się za lekturę „Absolwentki” – i jak było?

Po ostatnich wydarzeniach, stateczne życie Stephena Worthingtona całkowicie uległo przemianie. Z nudnego profesora literatury, którego całe życie polegało na pracy i czytaniu książek, Stephen zamienił się w coraz bardziej pewnego siebie łóżkowego amanta. Oczywiście, nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie spotkał jej – Julii. Swojej studentki, a jednocześnie ucieleśnienia seksualnych fantazji. To ona, zdecydowanie młodsza od niego, sprawiła, że nabrał wprawy w tym, co zawsze go przerażało – w kontaktach seksualnych.

Dziś Stephen i Julia odbudowują swoją relację, która przez splot niefortunnych wydarzeń została zachwiana i zniszczona, co nie było dobre ani dla niego, ani dla niej. Namiętność, która istnieje pomiędzy tymi dwojga, jest niewyobrażalna. Z biegiem czasu Stephenowi jednak przestaje odpowiadać relacja, jaka istnieje między nimi. Pragnie, by z poziomu seks-partnerów przeszli na kolejny etap – związek. Nic dziwnego, gdyż mężczyzna czuje do Julii coś więcej, niż tylko pociąg seksualny. Problem w tym, że Julia nie jest przekonana do tego, by oficjalnie zostać parą. Za każdym razem kategorycznie odmawia, co nie wróży dobrze ich relacji…

Tym bardziej, że niebawem Julia otrzymuje szansę wyjazdu na zagraniczne studia w Europie, a w życiu Stephena pojawia się kobieta sprzed lat. Na dodatek Julia zdaje się ukrywać przed Stephenem wiele tajemnic, co wzbudza w mężczyźnie pewne podejrzenia…

Jak rozwinie się relacja tych nietypowych kochanków? Czy faktycznie związek to dobry pomysł? Co ukrywają przed sobą Julia i Stephen?

Czasem zdarza się tak, że nawet gdy bardzo chcę, to nie potrafię znaleźć zalet książki. Taki tytuł zwyczajnie mi się nie podoba, pod każdym względem. Podobnie było niestety z „Absolwentką” SJ Hooks.

Przy recenzji pierwszej części tej historii, miałem wiele uwag. „Debiutant” został przeze mnie skrytykowany i stwierdziłem, że ogólnie historia na tle innych wypada dość słabo. Jednak „Absolwentka” zaskoczyła mnie jeszcze bardziej – okazało się, że faktycznie, może być gorzej.

„Chwiejnym krokiem ruszyłem do łazienki, odkręciłem wodę i wszedłem pod prysznic. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym robić to w towarzystwie. Owszem, to wydawało się rozsądne, jeśli chodzi o oszczędność wody, ale zdawałem obie sprawę, że raczej nie dlatego ludzie to robią. / Kiedy tylko poczułem, jak ramiona Julii oplatają mnie w pasie, […] pojąłem, że nie zależy mi na oszczędzaniu wody”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 87, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

O ile w „Debiutancie” SJ Hooks miała pewien pomysł na swoją książkę, może niezbyt odkrywczy, ale jednak, to dzięki temu cała fabuła miała jakiś sens. Przy lekturze tej książki odniosłem natomiast wrażenie, że czytam powieść o… niczym. Od razu na myśl nasunął mi się tytuł „Książka bez sensu”, bo właśnie taki pasowałby do „Absolwentki”…

W tej części Hooks prezentuje nam zmagania infantylnego Stephena z charakterną Julią. Ogólnie trudno jest mi przy tym tytule dobrze opisać fabułę, jednocześnie nie zdradzając większości najważniejszych wątków. Wystarczy, że powiem, że większa część książki skupiona jest na problemach dwójki kochanków. W związku z tym przez większość czasu autorka zadręcza nas scenami z rodzaju tych dramaturgicznych, czyli w stylu „ach, jakiż ja nieszczęśliwy, boś ty, ma ukochana, nie chcesz w związku ze mną być”.

„Nie mówię nie – wyszeptała […] – Uwielbiam być z tobą, Stephen. Ale być znów czyjąś dziewczyną…”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 78, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Fabuła jest nudna i bardzo przewidywalna. Tak jak napisałem powyżej, zadręczanie się przez bohaterów, sprawiało dość kuriozalne wrażenie. Co więcej, takie zachowanie bohaterów i sposób prowadzenia fabuły sprawił, że ja sam niemiłosiernie męczyłem się nad tym tekstem. Akcja w żadnym stopniu nie była, mówiąc kolokwialnie, „porywająca”, kompletnie nic nie zachęcało mnie do tego, by kontynuować czytanie.

„A podczas kolacji dokładałem wszelkich starań, żeby nie fantazjować o jej ustach obejmujących sztywny, pulsujący element mojej anatomii, choć było to prawie niemożliwe, gdy widziałem, jak je pieczonego kurczaka [podkreślenie – Moje Bestsellery]”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 60, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Nie mam pojęcia, jakim cudem autorce udało się wydać tę powieść, w każdym razie ja już dawno nie miałem okazji przeczytać czegoś tak nieprzemyślanego i niedopracowanego. Jak się okazuje, według Hooks rozwiązaniem wszystkich melodramatycznych problemów Stephena i Julii może być seks. Dlatego też właśnie doznań seksualnych w tej książce nie brakuje – problemem jest jednak to, że: po pierwsze, sceny seksu są tak płytkie i kompletnie nijakie, że w żaden sposób nie można nazwać ich sensualnymi, a po drugie, jest ich naprawdę nadmiar i to na nich (i oczywiście powiązanych z nimi problemami) opiera się fabuła. Dlatego też, gdy pojawiają się problemy na rodzinnym spotkaniu – Julia i Stephen uprawiają seks. Gdy umiera ktoś bliski – Julia i Stephen uprawiają seks. Gdy jedno z nich tęskni za drugim – Julia i Stephen uprawiają seks. Myślę, że nawet gdyby któreś z nich miało problem z obraniem ziemniaków, seks byłby u nich idealnym panaceum.

Oprócz tego, zauważalne były istniejące powtórzenia pewnych kwestii, które pojawiały się w pierwszej części. W „Absolwentce” Hooks „wałkuje” cały czas te same problemy, co jeszcze bardziej sprawia, że książka odbierana jest przez czytelnika jako naprawdę nużąca.

Nie obyło się także od błędów rzeczowych. Jednym z nich jest wypowiedź bohaterki, która twierdzi: „Już po tej pierwszej nocy wiedziałam, że będę chciała znów się z tobą przespać”¹. Tymczasem kilkadziesiąt stron wcześniej, bohaterka zdecydowanie oznajmia, że jej związek ze Stephenem miał być jedynie przygodą na jedną noc. Jeszcze inny przykład związany jest z tym, że bohaterka na naprawdę długi wyjazd nie zabiera ze sobą kosmetyczki (strona 277), przez co musi tłumaczyć się kochankowi. Zastanawiam się, ile kobiet faktycznie wyjeżdża na wiele miesięcy i nie zabiera ze sobą produktów higienicznych ani nie wpada na pomysł, by zakupić je w okolicznym sklepie…

Irytujące jest także w rozmowach pomiędzy Julią a Stephenem stałe przywoływanie historii o byłym chłopaku kobiety. Temat ten wracał niczym bumerang w nowej piosence Ewy Farny, a mnie szczególnie denerwował. Inną sprawą były nienaturalne, patetyczne wręcz dialogi, które działały na nerwy, na przykład:
„– […] To było dla niej bardzo trudne.
– Ogromnie mi przykro. […] Proszę, przekaż Julii nasze kondolencje.
– Dziękuję, przekażę”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 52, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Gdy jednak atmosfera się rozluźniała, poziom wypowiedzi bohaterów stawał się znów nad wyraz absurdalny. Wygląda na to, że trudno mi dogodzić, bo i tak źle, i tak niedobrze.

„Uśmiechała się tak promiennie, że na chwilę stanęło mi serce [podkreślenie – M.B.]”
SJ Hooks, „Absolwentka” str. 91, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

„Absolwentka”, podobnie jak poprzednia część, wydana została w Polsce przez wydawnictwo Harper Collins. Książka swoją premierą miała w sierpniu tego roku.

Opiekę redakcyjną nad tytułem sprawowała Małgorzata Pogoda. Za opracowanie redakcyjne odpowiada Anita Rejch, natomiast korektą zajęła się Jolanta Rososińska.

Z języka angielskiego książkę przełożyła Aga Zano, natomiast projekt okładki stworzyła firma Emotion Media. Powieść wydana została w oprawie miękkiej bez skrzydełek. Na książkę składa się ok. 320 stron, a cena detaliczna wynosi 32,99 zł. „Absolwentka” dostępna jest także w formie elektronicznej.

„Absolwentka” okazała się jednym wielkim rozczarowaniem. Lektura tej książki była prawdziwą podróżą do krainy absurdu. Fabuła nie miała większego sensu, a wszystkie wątki tworzone były jedynie po to, by ostatecznie bohaterowie znaleźli się razem w „miłosnym uniesieniu”. Jak dla mnie, jest to jedna z tych książek, która nie wnosi niczego nowego, jest nieciekawa i zwyczajnie źle napisana. Kończąc, powiem tylko, że jeśli ktoś zaproponowałby mi przeczytanie innej książki SJ Hooks, to nawet nie znając opisu, odmówiłbym bez wahania.

¹SJ Hooks, „Absolwentka” str. 102, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu HarperCollins.  
  
Tytuł: "Absolwentka"

Autor: SJ Hooks


Tłumacz: Aga Zano
 
Wydawca: HarperCollins Polska


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 319 [3]


ISBN: 978-83-276-2939-5


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★☆☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


czwartek, 5 października 2017

"Zadurzenie"

Całkiem niedawno na blogu pojawiła się recenzja książki „Siedem dni”, czyli pierwszej wydanej w Polsce powieści autorstwa Eve Ainsworth. Ten tytuł bardzo przypadł mi do gustu, dlatego z dość pozytywnymi odczuciami zabrałem się za lekturę drugiej książki autorki. Tym razem chodzi o „Zadurzenie” – kolejna młodzieżówka, kolejne problemy bohaterów. Czy ta powieść spodobała mi się równie mocno jak pierwsza?

Życie nie jest łatwe. Z pewnością wie o tym piętnastoletnia Anna, która wraz z młodszym bratem wychowuje się na Osiedlu – w prawdopodobnie najgorszym miejscu do życia. A przynajmniej tak się dziewczynie wydaje. Od kiedy z domu odeszła jej mama i Anna pozostała w mieszkaniu sama z dwójką facetów – ojcem i bratem – to właśnie na nią spadły wszelkie domowe obowiązki. A przecież oprócz zajmowania się mieszkaniem, dziewczyna musi jeszcze się uczyć i ma też własne problemy… Nic więc dziwnego, że czuje się przytłoczona tym, co zgotował dla niej los. Wkrótce jednak coś zaczyna się zmieniać, gdyż Anną interesuje się chłopak. Ucieleśnienie jej marzeń. Okazuje się, że jej życie nie musi być wcale takie złe…

Will natomiast jest całkowitym przeciwieństwem dziewczyny. W szkole ma status lokalnej gwiazdy; jest naprawdę popularny, na dodatek dobrze się ubiera i jest niesamowicie przystojny. Nic więc dziwnego, że podoba się praktycznie wszystkim dziewczynom. Jednak chłopak spośród wszystkich dziewcząt zakochany jest w tej najbardziej niepozornej – Annie. Zresztą z wzajemnością.

Kiedy Will i Anna oficjalnie zaczynają się ze sobą spotykać, wzbudzają wielkie zainteresowanie. Anna wpada po uszy; wierzy, że spotyka się z chłopakiem, o którym zawsze marzyła: opiekuńczym, troskliwym, ale też męskim i romantycznym. Wkrótce jednak idealny Will staje się coraz bardziej zaborczy, a pewne sprawy wymykają się spod kontroli.  Chłopak będzie chciał coraz bardziej kontrolować życie dziewczyny, a Anna nie będzie mogła mu odmówić. Co przyniesie związek tych młodych ludzi?

„Zadurzenie” Eve Ainsworth to jedna z tych książek, które naprawdę mnie zaskoczyły. Po przeczytaniu „Siedmiu dni” wiedziałem mniej więcej, czego mogę spodziewać się w nowej książce tej autorki. Jednak to, co przeczytałem, kompletnie mną wstrząsnęło.

„Zadurzenie” to świetnie napisana powieść dla młodzieży, która porusza trudne tematy. W przeciwieństwie do innych młodzieżówek, ta jednak nie jest ckliwym love story czy dramą rodem z telenoweli. Autorka „Zadurzenia” naprawdę dobrze tworzy psychologiczne aspekty w swoich książkach, dzięki czemu czytelnicy, zwłaszcza ci młodzi, będą mieli wrażenie, że wreszcie zostali zrozumiani i że mają szansę przeczytać książkę o problemach, które naprawdę ich dotyczą.

Wydaje się, że autorka po prostu potrafi zrozumieć psychikę młodych ludzi i ich postrzeganie na świat. Jednocześnie autorka umie przelać tę wiedzę na papier i robi to w sposób bardzo naturalny.
Dlatego też tak dobrze wychodzi jej mówienie o problemach, które dotyczą jej książkowych bohaterów. A jest ich przecież w „Zadurzeniu” co niemiara – zaczynając chociażby od młodzieńczego buntu, który, jak przekonuje się Anna, często może prowadzić do katastrofalnych skutków. Autorka opisuje brutalną prawdę; nie owija w bawełnę. Jednak jej książki potrafią także rozbawić, a nawet pouczyć – i to bez zbędnej moralizatorskiej pogadanki.

Główna bohaterka – Anna się zakochuje. To nic nowego, biorąc pod uwagę fakt, ile par tworzy się w okresie dojrzewania. Problem polega jednak na tym, że miłość ta nie przynosi dziewczynie zbyt wiele dobrego. Historia dziewczyna pokazuje miłość toksyczną, pełną ograniczeń, zaborczości, zazdrości i agresji. Miłość, której synonimem jest kontrola.

Jednak to nie sam Will i Anna są winni, bo jak pokazuje autorka, nic nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Ainsworth pokazuje, jak bardzo środowisko, w którym wychowujemy się i przebywamy, wpływa na nas, naszą psychikę i nasze wybory.

Eve Ainsworth wybrała dość trudny temat, który w literaturze dla młodego czytelnika nie jest dość często poruszany. Zrobiła to jednak w bardzo dokładny, a zarazem delikatny sposób, wręcz finezyjnie, dzięki czemu książkę czyta się bardzo dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że problemy, które występują w fabule, niejednokrotnie mogą wzbudzać u czytelnika naprawdę wiele emocji.

Plusem dla drugiej książki Eve Ainsworth jest także utrzymanie tego samego miejsca akcji, które autorka stworzyła w „Siedmiu dniach”. Pojawia się nawet kilku bohaterów, którzy w poprzedniej powieści wystąpili.

Dzięki temu, czytelnik, który zapoznał się z „Siedmioma dniami”, może odnieść wrażenie, jakby kontynuował czytanie pewnego cyklu. Warto zauważyć, że jest to jednak oddzielna powieść, a co za tym idzie, fabuła także jest oneshotowa, dlatego, nawet jeśli czytelnik „Zadurzenia” nie przeczytał „Siedmiu dni”, to nie będzie to w żaden sposób przeszkadzać mu w zrozumieniu treści książki.

W „Zadurzeniu” znajdziemy naprawdę mnóstwo problemów młodych, które można byłoby wyliczać bez końca. Pierwsze związki, rozczarowania, niska samoocena czy problemy emocjonalne to jedynie wierzchołek góry lodowej. A to wszystko mieści się na niecałych 250 stronach. A jednak, tak dobrze skomponowana i napisana książka sprawia, że nie czujemy przytłoczenia wszystkimi wymienianymi nieszczęściami.

Choć z reguły stronię od tak mocnych wyrażeń, to tym razem pozwolę sobie na to: ta książka naprawdę mną poruszyła i niezmiernie cieszę się, że udało mi się ją przeczytać. Jak dla mnie, jest to jedna z lepszych książek dla młodzieży, które obecnie dostępne są na naszym rynku. Nie jest to przesłodzona opowieść dziewczyny w różowych okularach, a naprawdę smutna historia, którą warto przeczytać.

„Zadurzenie”, podobnie jak poprzednia książka autorki, wydane zostało przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Premiera książki miała miejsce już jakiś czas temu, bo w maju 2016 roku.
Za redakcję powieści odpowiada Teresa Zielińska, natomiast korektą zajęły się Emilia Grzeszczak i Anna Iwanowska. Z języka angielskiego, podobnie jak przy „Siedmiu dniach”, przełożył Marcin Mortka.

Powieść wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Na książkę składa się niecałe 250 stron. Cena detaliczna „Zadurzenia” wynosi 24,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Zadurzenie” to przejmująca opowieść, która udowadnia pewne przysłowie, że to nie szata zdobi człowieka, tylko człowiek szatę. Jest to książka idealna dla każdego – bez względu na wiek, która w punkt trafia w ludzkie słabości. Jak dla mnie – jest to jedna z najlepszych przeczytanych książek w tym roku! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.  
  
Tytuł: "Zadurzenie"

Autor: Eve Ainsworth


Tłumacz: Marcin Mortka
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2016

Liczba stron: 247 [3]


ISBN: 978-83-7983-911-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




sobota, 30 września 2017

"Debiutant"

Niedawno premierę w Polsce miała druga część erotycznej dylogii autorstwa SJ Hooks. Choć ja nie za często recenzuję takiego typu powieści, to tym razem postanowiłem sprawdzić, jaki poziom reprezentują książki tej zagranicznej autorki. Zdecydowałem się na zamówienie pierwszej części – „Debiutanta”. Co sobą reprezentuje?

Stephen Worthington jest wykładowcą literatury na uniwersytecie w San Francisco. Mimo trzydziestu kilku lat, zdążył uzyskać wymarzony tytuł naukowy. Nauka i praca od zawsze były domeną Stephena. W życiu prywatnym nigdy jednak nie szło mu tak dobrze, dlatego, gdy dziś wszyscy koledzy z uczelni cieszą się dorastającym potomstwem, Worthingtona w mieszkaniu wita jedynie stos książek i kolekcja starych winyli. Na jego codzienność składają się zaś wypady na piwo z młodszym bratem (który, notabene, na powodzenie u płci przeciwnej nie może narzekać), treningi na siłowni (w myśl zasady: w zdrowym ciele, zdrowy duch) oraz niedzielne meetingi u rodziców. 

Wraz z nowym rokiem akademickim, pojawiają się nowi studenci. Wśród nich znajduje się panna Julia Wilde. Choć Stephen na swoich zajęciach zawsze stara się być profesjonalny i podczas oceniania studentów, nigdy nie brać pod uwagę prywatnych opinii, Wilde szczególnie działa mu na nerwy. Powiedzieć, że  jest niepokorna czy bezczelna, to powiedzieć za mało. Profesorowi wydaje się, że młoda kobieta za cel obrała sobie robić mu na złość. 

Kiedy zbieg okoliczności sprawia, że Stephen musi pomóc swojej studentce, ta w ramach podziękowania zaprasza go do mieszkania. Wykładowca wie, że nie brzmi to dobrze, ale przecież to tylko uprzejma kawa… Wkrótce okazuje się, że irytacja Stephena na Julię zamienić się może w pożądanie. Nudny profesor angażuje się w romans ze swoją studentką i choć na uczelnianej sali to Worthington wiedzie prym, w sypialni to właśnie Julia okaże się bardziej doświadczona. Role się odwrócą, jednak czy zakazany romans to dobry pomysł?…

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, na początku byłem przekonany, że „Debiutant” może być książką na tyle dobrą, by mi się spodobała. Jasne, nie oczekiwałem nie wiadomo jak ambitnego utworu. Byłem pewien, między innymi po dość pozytywnych opiniach na zagranicznych portalach, że fabuła nie będzie tak bardzo zła, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Najwyraźniej nie zawsze można ufać opiniom w sieci. 

 „To dobrze. – powiedziała […] – Bo ja ciebie też [pragnę – Moje Bestsellery]. Bardzo.
– Dlaczego? – wyrwało mi się.
– Jak to dlaczego? – Zaśmiała się. – Bo ty jesteś seksowny, a ja napalona” 
SJ Hooks, „Debiutant” str. 38, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

„Debiutant” okazał się po prostu niezbyt dobrą powieścią – to nie zalety, a wady przeważają w tej książce. Zacznijmy od tego, że jest to historia napisana w sposób kompletnie nieprzemyślany i bardzo kiczowaty. Bohaterowie wydają się natomiast przerysowani, popadający w skrajność.

Główny bohater – Stephen Worthington, jest tytułowym debiutantem, jeśli chodzi o sprawy sercowo-łóżkowe. Problem polega na tym, że to nie jedyne problemy, z którymi boryka się bohater. Postać jest bardzo nieśmiała, wręcz introwertyczna, co z kolei trochę nie pasuje do roli wykładowcy, który mrozi spojrzeniem. Analizując dalej zachowanie tego bohatera, można odnieść wrażenie, że cechuje się on… infantylizmem! Irytująca jest też pruderia bohatera (czy też kolejne niedopatrzenie autorki), gdyż Stephen przed pierwszym stosunkiem z Wilde ma wiele moralnych oporów. Szkoda tylko, że nie miał ich, gdy trzydzieści stron wcześniej wkładał dłoń pomiędzy uda kobiety. Hooks w swojej książce – mniej lub bardziej świadomie – nie stworzyła ambitnego profesora, tylko niezdecydowanego, bojaźliwego nastolatka.

Julie Wilde natomiast to postać, której zachowanie drażni czytelnika jeszcze bardziej. Dla bohaterki liczy się jedynie seks. I choć nie powinno to dziwić – wszakże jest to powieść erotyczna – to jednak chęć odbycia stosunku w każdym możliwym miejscu i czasie, następnie rozterki sercowe i dramaty rodem z seriali paradokumentalnych stwarzają wrażenie naciąganych i niewiarygodnych. A sama Wilde w oczach czytelnika może przypominać bohaterkę filmu „Nimfomanka”.

„Ulżyło mi. Nie miałem nic przy sobie, a wizja chorób wenerycznych przerażała mnie tak bardzo, że o seksie bez środków ostrożności w ogóle nie było mowy. Nałożyła mi ją zręcznie i znów usiadła na moich biodrach”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 56, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

Nie ukrywajmy, że „Debiutant” to książka, w której absurd goni absurd. Niektóre wypowiedzi wykluczają same siebie (np. po wykładzie para umawia się na wieczorne spotkanie, paręnaście stron dalej bohater twierdzi jednak, że nigdy nie rozmawiali o ich prywatnej relacji na uczelni), inne brzmią po prostu sztucznie lub dziecinnie. Wypowiedzi czy „złote myśli” bohaterów często więc bardziej bawiły, niż emocjonowały. Czasem natomiast zwyczajnie irytowały.

„Nadchodzący orgazm uderzył mnie jak młot [podkreślenie – M.B.] i nie było już odwrotu. Ciepło, wilgoć, jej zasysające mnie usta spotęgowały intensywność doznania do takiego stopnia, że prawie straciłem przytomność [podkreślenie – M.B.]. Cały zwiotczałem, jakbym nie miał w ciele ani jednej kości”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 43, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017

Wydawcy przy promocji erotyków i romansów, często posuwają się do tworzenia tekstów, które brzmią mniej więcej w tym stylu: „podnieca i rozpala zmysły”. Poniekąd taki ma być właśnie erotyk – nie ma to być miła obyczajówka z lekkim miłosnym uniesieniem w tle. Owszem, w powieści Hooks seks jest na pierwszym miejscu. Problem polega jednak na tym, że autorka zdecydowanie „przedobrzyła”.

Wydaje mi się, że ogólny koncept fabularny, był dobry. SJ Hooks miała pewną ideę, którą chciała zrealizować – zakazany romans, tajemnice i namiętność. Niestety, wykonanie okazało się naprawdę fatalne. Ostatecznie historia bardziej przypomina scenariusz taniego filmu dla dorosłych niż powieść. „Debiutant” wyszedł słabo, bo jak dla mnie, autorka zwyczajnie nie może pochwalić się zbyt dobrym pisarskim kunsztem.
„Poczułem znajome drganie w kroczu [podkreślenie – M.B.] na samą myśl, że to wspaniałe doświadczenie w jej łóżku mogłoby się powtórzyć”
SJ Hooks, „Debiutant” str. 83, tł. Aga Zano, Harper Collins Polska 2017 

Pierwsza część historii Stephena i Julii wydana została w Polsce przez wydawnictwo Harper Collins w maju bieżącego roku. Redaktor prowadzącą była Małgorzata Pogoda, natomiast opracowaniem redakcyjnym zajęła się Anita Rejch. Za korektę odpowiada Alicja Laskowska.

Z języka angielskiego książkę przełożyła Aga Zano, projekt okładki stworzyło Emotion Media.
Sugerowana cena detaliczna książki wynosi 32,99. Na powieść składa się około 270 stron. „Debiutant” dostępny jest także w wersji elektronicznej.

„Debiutant” SJ Hooks to książka, która nie zaskoczyła mnie zbyt pozytywnie. Wypada ona naprawdę słabo na tle wielu innych powieści erotycznych. Było sztampowo i kuriozalnie, opisywane miłosne uniesienia Stephena i Julii często były nijakie, za to powtarzane wielokrotnie i aż do znudzenia. Jeśli szukacie czegoś więcej niż absurdalnych łóżkowych scen, to zdecydowanie omijajcie „Debiutanta” z daleka. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu HarperCollins.  
  
Tytuł: "Debiutant"

Autor: SJ Hooks


Tłumacz: Aga Zano
 
Wydawca: HarperCollins Polska


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 271 [3]


ISBN: 978-83-276-2933-3


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


sobota, 23 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Obsesja"

Katarzyna Berenika Miszczuk to autorka, której nazwisko od paru lat podbija polski rynek wydawniczy. Od debiutującej w wieku osiemnastu lat, nikomu nieznanej autorki, dość szybko zamieniła się w pisarkę, która posiada rzeszę wiernych fanów i wydaje nie tylko powieści paranormal fiction. „Obsesja” to pierwsze moje spotkanie z twórczością Miszczuk. Jakie autorka wywarła na mnie pierwsze wrażenie?
Joanna Skoczek jest młodą, atrakcyjną kobietą. Wydaje się nawet, że osiągnęła to, o czym zawsze marzyła – ukończyła studia i została lekarzem. I to nie byle jakim, bo o specjalizacji w psychiatrii. A jednak, mimo pozornej harmonii i niewielu wiosen na koncie, życie prywatne Skoczek to prawdziwa katastrofa. Niedawno rozstała się z mężem, dla którego porzuciła dawne życie. Po rozwodzie zdecydowała się powrócić do Warszawy, by zacząć od początku. Zmieniła też miejsce pracy – z nadmorskiej placówki przeniosła się do szpitala na warszawskiej Pradze.

Mimo wszystko doktor Asia zdaje się ukontentowana z życia, jakie prowadzi. Co prawda, w domu zamiast namiętnego kochanka czeka na nią kot, ale sierściuch przynajmniej nie zostawi jej nigdy na lodzie. I choć praca na oddziale psychiatrii niejednokrotnie daje jej w kość, to cieszy się, że przynajmniej choć cząstka życia zdaje się układać po jej myśli.

Niebawem na jednym z oddziałów spotyka Tomasza – dawnego znajomego ze studiów, a dziś jednego z najatrakcyjniejszych mężczyzn w kitlu, który leczy w jej szpitalu. I choć o względy doktora walczą zarówno pacjentki, pielęgniarki, jak i poważne lekarki, to Tomek stara się zaimponować właśnie Joannie.

Jednak kobieta stała się także obiektem westchnień pewnego salowego, z którym często mijała się na korytarzu. Największy problem polega jednak na tym, że Skoczek nie chce się angażować w żadne związki – ani z lekarzem, ani z salowym, ani nawet z członkiem brytyjskiej rodziny królewskiej (gdyby ten w ogóle zainteresował się lekarką). Do szczęścia wystarczy jej przecież kocur i pudełko lodów.

Niebawem w swojej szafce w pracowniczej szatni, odnajduje anonimowy liścik. Nadawca twierdzi, że nie może przestać myśleć o pani doktor. Początkowo Joanna jest pewna, że ktoś zrobił sobie z niej żart lub też karteczka została wrzucona do jej szafki omyłkowo. Wkrótce pojawiają się kolejne wiadomości, które nie brzmią już tak niewinnie. Liściki są jednak dopiero preludium do tego, co planuje tajemniczy wielbiciel. Wkrótce stalker zamienia się w psychopatę, a na terenie szpitala znalezione zostają zmasakrowane ludzkie zwłoki…

Do tej pory Katarzynę Berenikę Miszczuk kojarzyłem głównie przez pryzmat serii „Kwiat paproci”. Jasne, wiedziałem, że autorka wydała także inne książki, m.in. „Pustułkę”, którą zresztą mam w swojej biblioteczce, mimo wszystko pozostało wrażenie, że Miszczuk to „ta od paranormali”. Od samego początku, kiedy tylko dotarła do mnie powieść „Obsesja”, palce świerzbiły mnie, żeby po nią sięgnąć. Jednocześnie obawiałem się rozczarowania i zawodu, bo przecież mam już za sobą tyle thrillerów i mrocznych kryminałów, które zamiast przerażać, jedynie nużyły. Kiedy jednak zacząłem czytać, byłem już pewien – ta książka była piekielnie dobra!
„Przyglądałam mu się wyczerpująco. Nie kłamałam, że mam coś do załatwienia. Od co najmniej kilku minut powinnam być na oddziale, żeby przejść się przed końcem pracy po salach moich pacjentów i zdać raport lekarzowi dyżurnemu.
A gdy to zrobię, będę mogła iść do domu”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 174, GW Foksal 2017
Najnowsza książka tej autorki to niezwykle „wciągająca” historia, której nikt nie będzie umiał się oprzeć. Nie jest może ona nazbyt przerażająca, a od czytania nie dostaniemy gęsiej skórki, jednak jest naprawdę dobrze napisana. Katarzyna Berenika Miszczuk udowadnia, że dobry thriller niekoniecznie obfitować musi w odcięte kończyny czy wylewające się wnętrzności. Do sukcesu wystarczy bowiem niezły styl, dobry klimat i świetnie nakreśleni bohaterowie.

Autorka naprawdę dobrze ukazała miejsce akcji, w tym przypadku jest to szpital na Pradze. Nieco zapuszczony budynek, który lata świetności ma już za sobą, idealnie współgra z tym, czego często sami doświadczyć możemy, korzystając z usług służby zdrowia. Jest to przeciwieństwo wyidealizowanych szpitali, które widzimy w serialach medycznych.

Miszczuk świetnie scharakteryzowała także bohaterów, którzy występują w jej powieści. Każda z postaci reprezentuje oddzielną postawę, każdy z bohaterów zmaga się z własnymi problemami. A pomiędzy nimi pojawiają się także intrygi, sekrety i kilka trupów. Mogło być lepiej?

„Dąbkowskiego podniecało ciągły stykanie się z nieznanym i diagnozowanie zawszonych pijaków, których policja zbierała z ulic. Każdego trzeba było skonsultować psychiatrycznie, jeśli miał omamy albo urojenia. Mnie także w rósł poziom adrenaliny w takich przypadkach, jednak nie z radości, ale raczej z obawy, że złapię świerzb”
Katarzyna Berenika Miszczuk, „Obsesja” str. 150, GW Foksal 2017

Co do sprawcy całego zamieszania, czyli psychopatycznego mordercy – i w tym wypadku nie można mieć wielu zastrzeżeń. Pisarka świetnie umotywowała jego działalność. Choć o sposobności dokonywania morderstw można polemizować, to myślę, że warto przymknąć na to oko, gdyż finał książki jest dzięki temu naprawdę szokujący!

Jednym z minusów książki jest… „powtarzalność” pewnych informacji w każdym rozdziale. Główna bohaterka do znudzenia „wałkuje” temat tego, jak bardzo boi się schodzić do szpitalnej piwnicy, gdyż wygląda ona jak sceneria horrorów. Narratorka oznajmia to z piętnaście razy, co oczywiście nie przeszkadza jej w samotnym przechadzaniu się po ciemnych  szatniach.

Inna sprawa to przewidywalność pod względem fabularnym. Chociaż książka faktycznie zainteresowała mnie do tego stopnia, że przeczytałem ją w parę godzin, to jest ona niezbyt zaskakująca. Jednakże nie zmienia to faktu, że lektura tej powieści była naprawdę niezłą zabawą i myślę, że z chęcią sięgnę po inne książki tej pisarki.

„Obsesja” swoją premierę będzie mieć 27 września, czyli już za parę dni. Na księgarskich półkach książkę znaleźć będzie można dzięki Wydawnictwu W.A.B.

Za redakcję powieści odpowiada Agnieszka Jędrzejczak, korektą natomiast zajęła się Julia Celer oraz Anna Jagiełło. Projekt okładki stworzył Tomasz Majewski. Książka zostanie wydana w oprawie miękkiej ze skrzydełkami.

„Obsesja” kosztować ma 36,99 zł. Na powieść składa się około 400 stron. Tytuł ten prawdopodobnie dostępny będzie także w wersji elektronicznej.

Thriller Katarzyny Bereniki Miszczuk nie mroził krwi w żyłach i bywał czasem przewidywalny. Nie znaczy to jednak, że było źle. Bez żadnych wyrzutów sumienia oceniam tę powieść na mocne cztery na pięć gwiazdek. Świetni bohaterowie, klimatyczne miejsca akcji, a nawet zabawne komentarze głównej bohaterki (co widać po powyższych cytatach) sprawiają, że W.A.B. wydaje w środę dobrą książkę, która z pewnością spodoba się wielu osobom. Mnie w każdym razie bardzo przypadła do gustu  i wcale nie dziwię się, że podczas tegorocznych Targów Książki w Warszawie do pisarki w kolejce po autograf stanęło tak wiele osób! Być może na najbliższych targach sam będę jednym z czekających na podpis fanów.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Foksal.  
  
Tytuł: "Obsesja"

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 398 [4] [prebook]


ISBN: 978-83-280-4634-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




sobota, 16 września 2017

"Siedem dni"

Rok szkolny rozpoczął się już na dobre. Uczniowie znów zakładają plecaki pełne zeszytów i książek, by zmierzyć się ze szkolną rzeczywistością. Czasem jednak oprócz konfliktów z nauczycielami i masą kartkówek, zdarza się, że młodzi zmagać muszą się z problemami, które powodowane są zachowaniem ich rówieśników. O tym właśnie w zamierzeniu autorki traktować ma powieść „Siedem dni” wydana jakiś czas temu przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Jaki poziom reprezentuje książka autorstwa Eve Ainsworth?

Jessica mieszka na Osiedlu – tak mieszkańcy jej miasta nazywają tę dzielnicę, w której egzystują najbiedniejsi. Samotnie wychowuje ją i jej młodszą siostrę matka, która by utrzymać rodzinę, musi pracować na kilka etatów i zgadzać się na nocne zmiany. Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, więc dziewczyna nigdy nie może pozwolić na zakup najmodniejszych ciuchów czy smartfonów. Jej matka pragnie jednak, by dziewczyna osiągnęła w życiu sukces, dlatego chce, by Jess uczyła w szkole dla uczniów z lepszej, zamożniejszej dzielnicy. Różnice pomiędzy Jess a resztą dzieciaków są jednak bardzo widoczne… 

Kez chodzi do tego samego liceum, do którego uczęszcza Jessica. Jest jednak jej całkowitym przeciwieństwem. Zdaje się, że ma wszystko, czego brytyjska nastolatka mogłaby chcieć. Jest bardzo ładna, podoba się wielu chłopcom – co jednak ważniejsze, spotyka się z tym, którego pragnie. Obraca się w kręgu oddanych przyjaciółek, a na koncie bankowym nie brakuje środków na nowe torebki. Tylko jedna grubaska cały czas działa jej na nerwy… Kez nie ma zamiaru ułatwić jej życia, tym bardziej że pochodzi z Osiedla. Co ktoś taki robi w ogóle w jej szkole? 

Jess tymczasem zajada stresy i smutki, co powoduje, że najlepiej wygląda w odzieży ciążowej… Wie, że nie wygląda jak modelka z okładek magazynów modowych, ale jedzenie to jedyna przyjemność, na jaką może sobie pozwolić. Wkrótce dziewczyna spotyka przyjaciela sprzed lat – kogoś, z kim kolegowała się, kiedy mieszkała w pięknym domu wraz z ojcem i szczęśliwszą matką. Niewinna rozmowa powoduje jednak, że jej życie staje się jeszcze mniej przyjemne. Jessica bowiem zaczyna coraz bardziej irytować Kez, która dopiero pokaże, na co ją stać…

Książka „Siedem dni” interesowała mnie już od jakiegoś czasu. Mówiąc szczerze – bardzo zaintrygowała mnie okładka tej powieści i gdybym miał wybrać w ciemno, bez czytania opisu, tę książkę lub młodzieżówkę z fotografią kochanków w miłosnym uniesieniu na okładce, to bez wahania wybrałbym powieść Ainsworth. Teraz, po przeczytaniu, mogę powiedzieć, że byłby to dobry wybór, ponieważ książka ta jest po prostu nadzwyczajnie dobra.

Nierzadko zdarza się, że młodzieżówka, która naprawdę dobrze się zapowiadała, ostatecznie nie wnosiła niczego nowego na rynek przepełniony młodzieżowymi obyczajami czy pseudodramatami. Można też bez końca wymieniać tytuły, które zamiast dobrej fabuły i wynikającego z niej wniosku, były zwykłą moralizatorską papką, która swoją naiwnością i ckliwością podobać się mogła jedynie autorowi i wydawcy. „Siedem dni”, szczęśliwie dla mnie, takie nie było. Faktycznie, nie była to być może książka wybitna, a autorka nie posługuje się górnolotnym słownictwem. Ale przecież taka wcale nie miała być. Powieść Ainsworth jest za to dobrą historią o przemocy – fizycznej i psychicznej, której doświadcza w prawdziwym życiu nie tak przecież niewielu nastolatków.

„Siedem dni” jest dobrze skonstruowaną powieścią dla młodzieży. Książkę naprawdę dobrze się czyta, choć trzeba przyznać, że pod względem fabularnym powieść ta nie należy do najlżejszych. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że powieść ta to coś w rodzaju powieści psychologicznej dla młodzieży. Choć temat przemocy wśród młodzieży wydaje się dość wyeksploatowany, to jednak Eve Ainsworth udało się stworzyć coś niebanalnego.

Na szczególną uwagę zasługuje przedstawiona przez autorkę relacja oprawca-ofiara. Dzięki dwom perspektywom – jednej z punktu widzenia Jess, a kolejnej z punktu widzenia Kez, czytelnik ma szansę zobaczyć różne oblicza obu dziewczyn i lepiej poznać ich motywacje. Dzięki temu odbiorca nie szufladkuje od razu bohaterów na tych „dobrych” i „złych”. Taka forma prowadzenia narracji sprawiła, że autorce udało się dobrze zbudować swoje postacie – zachowanie bohaterek staje się dla czytelnika bardziej zrozumiałe; czytelnik ma szansę zajrzeć do psychiki Jess lub Kez i połączyć chaos panujący w ich głowach z ich zachowaniem i postępowaniem. Warto też zauważyć, że Eve Ainsworth swoich bohaterów stworzyła na zasadach kontrastu, co również pozytywnie wpływa na efekt, który wywiera na czytelniku „Siedem dni”.

Jednocześnie ta stosunkowo krótka powieść, to też dobry przykład książki, która traktuje także o przyjaźni, problemach z akceptacją samego siebie i o braku zrozumienia drugiego człowieka. Po lekturze czytelnik może nie pozostaje z pełną listą pytań do autorki, gdyż ta zgrabnie zakończyła tę one shotową powieść, ale za to zastanawia się nad tym, jak wiele zachowań ignorujemy lub krytykujemy, jednocześnie nie doszukując się przyczyn, źródeł ich powstawania. Po przeczytaniu książki Ainsworth, pozostajemy też z inną zagwozdką. Młody czytelnik zostaje postawiany przed ważnym pytaniem – czym tak naprawdę jest patologia? A przecież z takim określeniem spotkał się każdy i pojawia się nierzadko na szkolnych korytarzach…

Tragedia antyczna cechuje się między innymi zasadą trzech jedności – jednością akcji, miejsca i czasu. Te reguły często do zanudzenia do głów wbijają nauczyciele na lekcjach języka polskiego. Do dramatu opartego na tych zasadach można byłoby, z pewnym przymrużeniem oka, porównać powieść „Siedem dni”, której akcja dzieje się podczas tytułowego jednego tygodnia. Jedność miejsca – też się zgadza: brytyjskie miasteczko, pełne kontrastów – osiedle biedoty oraz dzielnica willowa. Z jednością akcji byłby już problem, choć na upartego można byłoby uznać główny wątek: nienawiść i problemy w szkole.

Jak wspominałem na początku, powieść „Siedem dni” wydana została przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Nie jest to najnowszy tytuł, bo premierę miał we wrześniu 2015 roku. Tego roku jednak na rynku pojawia się wznowienie, więc to dobra okazja, by uzupełnić swoją biblioteczkę o ten tytuł, jeśli nadal tego nie zrobiliście.

Za redakcję tej książki odpowiada Teresa Zielińska. Korektą zajęły się natomiast Martyna Adamska i Natalia Galuchowska. Z języka angielskiego powieść przełożył Marcin Mortka.

Polską wersję okładki stworzyła Marta Żurawska-Zaręba. Powieść wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Na powieść składa się około 250 stron. Cena detaliczna wynosi 24,90 zł. Książkę zakupić można także w formie elektronicznej.

Eve Ainsworth stworzyła krótką, ale bardzo ważną książkę dla młodzieży. Bohaterowie są naturalni i nieprzerysowani. Fabuła nie jest męcząca ani infantylnie naiwna. Powieść ta nie tylko będzie umiała zainteresować młodego czytelnika, ale także może wpłynąć na jego pogląd na rzeczywistość. Nie twierdzę, że tytuł ten od razu zrewolucjonizuje świat. Wydaje mi się jednak, że jest to bardzo wartościowa książka, którą naprawdę warto przeczytać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.  
  
Tytuł: "Siedem dni"

Autor: Eve Ainsworth


Tłumacz: Marcin Mortka
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2015 [dodruk: 2017]

Liczba stron: 241 [8]


ISBN: 978-83-7983-417-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



niedziela, 10 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Zbrodnia nad urwiskiem"

Już w najbliższą środę premierę mieć będzie najnowsza książka Marty Matyszczak – „Zbrodnia nad urwiskiem”. Jest to drugi tom kontynuujący historię o detektywie Solańskim i kundelku Guciu, pierwsza część – „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” naprawdę mi się podobała. Nic więc dziwnego, że nie umiałem oprzeć się pokusie przeczytania od razu kolejnej części. Czy druga część przygód chorzowskiego śledczego jest równie dobra jak pierwsza?

Po rozwiązaniu sprawy śmierci dawnej chorzowskiej aktorki Teatru Uciecha – Marianny Biel, kariera zawodowa Szymona Solańskiego nabrała naprawdę niezłego tempa. Propozycji zleceń potencjalnych klientów agencji Solan przybywa, jednak sam jej właściciel na większość przesłanych zapytań nie raczy nawet odpisać. Szymon znów popada w swego rodzaju marazm, gdyż nie widzi większego sensu w prowadzeniu spraw związanych z niewiernością małżonków. Co więcej, sprawa Biel nieźle dała mu w kość, a jego jedyna przyjaciółka (nie licząc Gucia) spakowała walizki i wyjechała nie wiadomo gdzie. Na dodatek, jego rozwiedzeni rodzice, znów zaczynają spędzać razem czas, co sprawia, że Solański jest jeszcze bardziej zdezorientowany.

Wkrótce, gdy w lodówce, w mieszkaniu w kamienicy przy ulicy 11. Listopada, wita Szymona jedynie światło żarówki, detektyw musi podjąć się nowej sprawy.

Czesław Koszycki zleca Solańskiemu z pozoru typową sprawę. Detektyw odnaleźć ma zaginioną wnuczkę Koszyckiego. Kasia Walasek, bo dziewczyna tak właśnie się nazywa, wyjechała do pracy za granicę – do Irlandii – by tam, mimo zdobytego w Polsce tytułu magistra, pomagać na zmywaku. Niestety, Czesław od kilkunastu dni nie ma kontaktu z wnuczką, co bardzo go niepokoi. Zleca Szymonowi odnalezienie krewnej i sprawdzenie, czy wszystko z nią w porządku. Klient zapewnia, że cena nie gra roli, a sam detektyw ma w tej sprawie udać się aż na irlandzkie wyspy. Z braku większych perspektyw i topniejących oszczędności, Solański podejmuje się zadania i wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem, wyrusza do kraju czterolistnej koniczyny, by rozwiązać sprawę zaginięcia młodej kobiety.

Choć z pozoru Szymon lekceważy podejrzenia dziadka Kasi, wkrótce okazuje się, że faktycznie dziewczyna zniknęła. Co gorsze – niebawem zostaje znalezione ciało poszukiwanej. Detektyw nie wierzy jednak w to, że doszło do samobójstwa. Rozpoczyna prawdziwe śledztwo, a kwestia rozwiązania tej sprawy wydaje się dla Solańskiego honorowa. W kręgu podejrzanych znajdują się wszyscy pracownicy i goście hoteliku bed & breakfast, w którym pracowała ofiara.

Niespodziewanie, do śledztwa włącza się Róża Kwiatkowska – kiedyś redaktorka „Chorzowskich nowin” i przyjaciółka detektywa Solańskiego, a dziś niezależna Polka na obczyźnie. Polka, która z niezrozumiałych przyczyn, jest na Szymona obrażona. Czy ten duet wraz z kulawym psem Guciem i średnio rozgarniętym wyspiarskim policjantem, będzie umiał rozwiązać kolejną kryminalną zagadkę? Kim jest morderca Katarzyny Walasek? Jakie sekrety ukrywają mieszkańcy hotelu na wyspie Inishmore?

Do drugiej książki Marty Matyszczak podszedłem z bardzo pozytywnym nastawianiem i liczyłem na to, że autorka w tej części będzie kontynuowała sukces swojej pierwszej książki – „Tajemniczej śmierci Marianny Biel”.

Solański wraz z Guciem zajmują się śledztwem na irlandzkich wyspach. Muszę przyznać, że już na wstępie lekko się rozczarowałem. Podświadomie miałem nadzieję, że i tym razem Marta Matyszczak zaserwuje nam komedię, której akcja znów odbędzie się w ajnfarcie familoku. Tym razem jednak fabuła ze śląskiego hermetycznego środowiska przekształca się na zamknięte środowisko Inishmore.

Wydaje mi się, że sukces pierwszej części polegał m.in. na tym, że był to przezabawny cozy crime w śląskim, swojskim stylu. Myślę, że zmiana miejsca fabuły to tylko jedna z przyczyn, dla których „Zbrodnia nad urwiskiem” okazała się znacznie mniej zabawniejsza niż poprzedni tom.

Jak dla mnie, zdecydowanie zabrakło specyficznych, wyrazistych postaci, które pojawiły się w pierwszej części, np. sąsiadka Solańskiego – Buchtowa. Chociaż ta bohaterka mogła wówczas działać na nerwy, to jej prostota i śląska gwara sprawiła, że książka zyskała pewien urok. W tej części, jak dla mnie, większość postaci nie była tak bardzo charakterystyczna, a większość pobocznych bohaterów zdawała się zwyczajnie nijaka. Nawet o jednej z najważniejszych postaci – Katarzynie Wójcik, nie wiemy zbyt wiele. Gucio nadal jest zabawny i przyjemny, jednak nie bawi już tak, jak w pierwszym tomie. Co więcej, odnoszę nawet wrażenie, jakby dzięki kreacji kundelka, autorka pozwoliła sobie na znaczne uproszczenie fabuły…

„Po co pytasz, skoro najwyraźniej sam wiesz lepiej?! – Kwiatkowska wspięła się na wyżyny swojej angielszczyzny. I nawet jej się Present Simple z Present Continuous nie pomyliły. Adrenalina uwalniała w Róży ukryte moce”
Marta Matyszczak, „Zbrodnia nad urwiskiem” str. 163, GW Publicat 2017

Poziom książki podtrzymuje jednak sam Szymon Solański i niezastąpiona Róża Kwiatkowska. Właściwe to ta druga postać wysuwa się na prowadzenie i to ona tym razem najbardziej zapadła mi w pamięć. Może teraz nie wykonuje szalonych ćwiczeń przy wraz z Ewą Chodakowską na DVD, ale między innymi ukrywa się pod ladą restauracji typu fast food. Zabawna, naturalna i dość wścibska Kwiatkowska sprawia, że w „Zbrodni nad urwiskiem” pozostaje wyczuwalny humor, który czytelnik poznał w „Tajemniczej śmierci Marianny Biel”.

Zdecydowanie pozytywniej oceniam też sam koncept na tę książkę – „Zbrodnia nad urwiskiem” tym razem opowiada o dość pokręconej historii rodziny Czesława Koszyckiego i jego wnuczki. Naprawdę podoba mi się, jak przemyślanie została skonstruowana fabuła tej książki. Motywacja morderstwa i sposobność również wydaje się logiczna i zrozumiała.

Jednocześnie nietrudno zauważyć, że nowa powieść Marty Matyszczak to jest bardzo podobna do historii „Dziesięciu Murzynków” (czy też „I nie było już nikogo”) Agathy Christie. W „Zbrodni…” analogicznie mamy do czynienia z odciętą od świata wyspą, kilkunastoma podejrzanymi i jednym mordercą oraz domem, w którym wszyscy się znajdują.

„Aoife szybko przekonała się, że ludzie może i lubią kryminały, ale tylko na kartach książek. Te życiowe wolą omijać szerokim łukiem”
Marta Matyszczak, „Zbrodnia nad urwiskiem” str. 279, GW Publicat 2017

„Zbrodnia nad urwiskiem” swoją premierę będzie miała już całkiem niebawem, bo 13 września. Podobnie jak poprzednia część, tak i ta, wydana zostanie przez Grupę Wydawniczą Publicat pod znakiem Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Za redakcję drugiego tomu historii o Solańskim i Guciu odpowiada znów Anna Jackowska, a za korektę Bogusława Otfinowska. Projekt okładki stworzyła Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Książka w sprzedaży pojawi się w okładce miękkiej ze skrzydełkami. Na książkę składać się będzie około 300 stron. Cena detaliczna wynosić ma 29,90 zł. Wydaje mi się, że 13 września na rynku powieść będzie dostępna także w wersji elektronicznej.

Chociaż „Zbrodnia nad urwiskiem” przypadła mi do gustu zdecydowanie mniej niż „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”, to przy tej powieści nadal można się naprawdę dobrze bawić. Niestety, moim zdaniem, autorka pierwszym tomem postawiła sobie wysoką poprzeczkę, którą tym razem z trudem przeskoczyła. Druga część guciowej historii jest z pewnością lekturą obowiązkową dla czytelników, którym spodobała się pierwsza zagadka, którą rozwiązywał Solański. Zanim się jednak zabierzemy za lekturę, trzeba pamiętać, że śląskiej godki będzie teraz zdecydowanie mniej, a fabuła może przypominać nam skrzyżowanie powieści Agathy Christie i pierwszego sezonu serialu „Broadchurch”. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Publicat.  
  
Tytuł: "Zbrodnia nad urwiskiem"

Autor: Marta Matyszczak


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 296 [2] [prebook]


ISBN: 978-83-271-5696-9


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".




piątek, 1 września 2017

"Tajemnicza śmierć Marianny Biel"

W czerwcu bieżącego roku premierę miała książka autorstwa Marty Matyszczak – „Tajemnicza śmierć Marianny Biel”. O debiucie Matyszczak pochlebnie pisało naprawdę wielu blogerów i dziennikarzy. Ja, choć początkowo nie byłem zainteresowany tym tytułem, ostatecznie zdecydowałem się na zamówienie egzemplarza do recenzji. Przeważająca większość bezkrytycznych pełnych uwielbienia recenzji sprawiła jednak, że do tytułu na początku podszedłem dość sceptycznie i niepewnie. Jak oceniam tę powieść po jej lekturze?

Chorzów to raczej nie najlepsze miejsce do poszukiwania pracy, zwłaszcza jeśli ostatnia pozycja w CV to komenda policji. A przynajmniej takie wrażenie odnosi Szymon Solański, który do niedawna piastował funkcje komisarza. Niestety, Szymonowi, mimo młodego wieku, niewiele już pozostało. Stracił pracę, a co za tym idzie dopływ gotówki, nie ma żony ani dzieci, nie udziela się także towarzysko, przez co jego liczba znajomych ogranicza się do minimum. Nie żeby na to ostatnie szczególnie narzekał. Wkrótce przygarnia ze schroniska dla zwierząt psiego seniora Gucia, z którym dzielić będzie swoją dolę. Podobno pies to najlepszy przyjaciel człowieka, wkrótce okazuje się, że także najlepszy przyjaciel detektywów.

Solański z licencją prywatnego detektywa postanawia rozkręcić własny biznes. Biuro prowadzne z kulawym psem u boku nie brzmi jak idealny biznesplan. W związku z małą liczbą zleceń i topniejącym saldem konta bankowego, mężczyzna przeprowadza się do kamienicy przy ulicy 11 Listopada. Ledwo zdoła wnieść plecak ze swoim rzeczami do swojego nowego lokum, kiedy w piwnicy budynku zostają znalezione zwłoki. Jak się okazuje, ciało należy do Marianny Biel – sąsiadki Solańskiego, a dawniej znanej chorzowskiej aktorki Teatru Uciecha. Chociaż policja uznaje śmierć Biel za wypadek spowodowany przez samą ofiarę, Szymoin nie jest przekonany do wersji lansowanej przez służby. Z powodu braku dobrych zleceń, do których nie zalicza się szukania dowodów zdrady niewiernego małżonka, detektyw postanawia sam zbadać okoliczności śmierci dawnej celebrytki. W śledztwie, oprócz Gucia, pomoże mu przyjaciółka sprzed lat – Róża Kwiatkowska, dawniej ofiara losu, a dziś lokalna dziennikarka.

Wkrótce detektyw przekona się, że praktycznie wszyscy lokatorzy kamienicy, w której zamieszkał Solański i w której zamordowano Biel, mieli motyw, by pozbawić życia aktorkę-emerytkę. Jednak im bardziej Szymon zacznie przyglądać się życiu prywatnym swoich podejrzanych, im głębiej zacznie rozgrzebywać przeszłość, tym więcej tajemnic odkryje.

Czego uda się dowiedzieć Szymonowi i Guciowi? Kim tak naprawdę są mieszkańcy familoka przy 11 Listopada? Kto stoi za śmiercią Marianny Biel? I czy Szymon wyjdzie z tego śledztwa cało?

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka na wskroś nietypowa. Jest całkiem nowym, świeżym spojrzeniem na kryminał, a właściwie komedię kryminalną, która oprócz tego, że w głównym zamierzeniu ma przedstawiać jakąś zbrodnię, to na dodatek sprawia, że uśmiech nie schodzi nam z twarzy do samego końca.

Wszystko za sprawą jednego półślepego kundelka Gucia. Co ciekawe, właśnie pies jest jednym z najważniejszych bohaterów tej książki. Ba, Gucio jest nawet narratorem – i to przekomicznym. Muszę przyznać, że na samym początku byłem naprawdę sceptycznie nastawiony do tego pomysłu – wydawało mi się, że przez uosobienie zwierzaka, historia stanie się dziecinna, infantylna, a może nawet nużąca. Na szczęście, okazało się, że moje obawy były zupełnie nieuzasadnione. To właśnie dzięki czworonożnemu detektywowi, historia staje się nie tylko lekka i przyjemna, ale jest też spójna i logiczna.

„Trochę było zachodu z tym wycieraniem, bo mi kulki śniegu poprzymarzały do futra, a Leokadia za wszelką cenę chciała je powyrywać, żeby się nie roztopiły na jej świętym dywanie. Szarpała mnie, więc ją ugryzłem. Tak tylko trochę, nie wpadajmy znowu w histerię. Za karę nie zostałem wpuszczony na kanapę, choć już się na nią wdrapałem przednimi łapami”
Marta Matyszczak, „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” str. 269, GW Publicat 2017

Detektyw Solański także nie jest standardową postacią – mający w nosie konwenanse i etykietę nie raz przypomina krnąbrnego gliniarza z amerykańskich seriali. Jednocześnie Szymon to mruk, który prawdopodobnie chudszy jest od swojego pupila. Autorka swoich bohaterów stworzyła jako kompletne przeciwieństwa. Dlatego też Róża Kwiatkowska, czyli koleżanka Szymona, mówiąc oględnie, nie ma problemów z niedowagą, a pracując w gazecie, nauczyła się, jak poprzez słowa radzić sobie z ludźmi. Bohaterowie „Tajemniczej śmierci…” staja się dzięki takim kontrastom nie tylko mocno zarysowani, ale także bardzo realni i naturalni.

Akcja książki Marty Matyszczak dzieje się w Chorzowie, czyli mieście, które, jak mi się wydaje, autorka zna jak własną kieszeń. Autorka w naprawdę ciekawy sposób przedstawiła tradycję i gwarę śląską oraz jej wpływ na mieszkańców Górnego Śląska. Nie bała się jednak uwidocznić różnic, które pojawiają się pomiędzy poszczególnymi pokoleniami. Widoczny jest więc wpływ multikulturowości, przez co zanika chęć posługiwania się gwarą wśród młodych. Jednak niektórzy bohaterowie, szczególnie moja ulubienica –  Brygida Buchtowa – wręcz pięknie posługują się dialektem śląskim. Jednak Matyszczak korzysta w swojej książce z gwary z doskonałym wyczuciem, dlatego też, mimo że klimat górniczego regionu jest zdecydowanie wyczuwalny, książkę bez problemu przyswoić może czytelnik z Wrocławia, Radomia, Gdańska czy Warszawy.

„Ty pieroński podciepie, kaj mi sam sznupisz w tym hasioku! – darła ryja, a ta podróba psa piszczała do rymu i taktu. – Śmierdzący kradzioku! Idź se nazod, skąd żeś przylozł, i mi tu gupich af nie ciep, bo cie mój pies bajsnie!”
Marta Matyszczak, „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” str. 51, GW Publicat 2017

Autorka nie powiela schematów, nie próbuje na siłę być drugim Marcinem Melonem. Choć książka ma bardzo humorystyczny charakter, to dla komedii kryminalnej, drugim ważnym wątkiem jest dokonana zbrodnia. Tutaj mam nieco do zarzucenia. Wydaje mi się, że autorka bardzo skupiła się na tym, by jej powieść okazała się żartobliwa. Jednocześnie istotny wątek morderstwa przesunięto na drugi plan, przez co cała zagadka śmierci Marianny Biel stała się jedynie tłem do wszystkich życiowych katastrof Szymona Solańskiego, jego bliskich i sąsiadów.

Na szczęście, ostatecznie część kryminalną ratuje świetnie skonstruowana intryga. Dobrze dobrany bohater, sposobność oraz  wiarygodny motyw sprawiły, że debiut Marty Matyszczak obronił swój tytuł dobrej komedii kryminalnej.

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” wydana została 14 czerwca br. przez Wydawnictwo Dolonośląskie, które należy do Grupy Wydawniczej Publicat. Za redakcję książki odpowiada Anna Jackowska, natomiast korektą zajęła się Bogusława Otfinowska.

Projekt okładki stworzyła Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Muszę przyznać, że okładka naprawdę mi się podoba, choć sam rozmiar książki – zdecydowanie mniej. Warto zauważyć, że powieść wydana została w niestandardowym, dość mniejszym i węższym formacie. Przez to książka niestety zawiera zdecydowanie mniejszy niż zwykle druk, co początkowo może irytować. 

„Tajemnicza śmierć…” pojawiła się na półkach księgarń w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Tytuł na froncie został wytłoczony. Jakość okładki jest zadowalająca – podczas czytania grzbiet nie łamie się jak w przypadku niektórych niskich jakościowo miękkich opraw. Na książkę składa się niecałe 300 stron. Cena detaliczna wynosi zaledwie 29,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej.

„Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka pełna naturalności i przewrotności. Promowany przez wydawnictwo „kryminał pod psem”, jest świetną powieścią nie tylko dla miłośników psów. Niebanalna fabuła, świetnie nakreśleni bohaterowie i tajemnica w tle to przepis na książkę idealną. Według tego przepisu Marta Matyszczak upichciła swój debiut i teraz, po jego przeczytaniu, wcale nie dziwię się, że książka została tak entuzjastycznie przyjęta! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję GW Publicat.  
  
Tytuł: "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"

Autor: Marta Matyszczak


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 295 [3]


ISBN: 978-83-271-5604-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



wtorek, 29 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Najlepszy powód, by żyć"


Całkiem niedawno miałem okazję przeczytać obyczajówkę wydaną przez Grupę Wydawniczą Publicat pt. „Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej, znanej także jako Augusta Docher. Okazuje się, że Docher w tym roku nie próżnuje, ponieważ już 27 września w księgarniach pojawi się kolejna powieść autorki, tym razem skierowana do młodszej grupy odbiorców. „Najlepszy powód, by żyć”, to książka z gatunku new adult. Jednak po ostatnich doświadczeniach z tą kategorią, miałem pewne obawy. Czy słusznie? 

Dominika Bąk ma szesnaście lat i chodzi do prestiżowej prywatnej szkoły. Jej rodzinie naprawdę się powodzi, a dziewczyna prowadzi życie, którego pozazdrościłaby jej niejedna rówieśniczka. Wydawałoby się, że dziewczyna wiedzie idylliczne wręcz życie. Zamienia się ono jednak w prawdziwy koszmar w ciągu jednego wieczoru. 

Dominika, bez wcześniejszych zapowiedzi, przychodzi do domu przed czasem. Miała zostać u przyjaciółki, jednak sprawy się skomplikowały i nastąpiła zmiana planu. Dziewczyna nie spodziewa się jednak, że w domu znajdzie ojca pijanego w sztok. Nie spodziewa się również, że jej własny tata, słaniając się na nogach, obleje ją benzyną i podpali… 

Kiedy dziewczyna trafia na oddział siemianowickiego szpitala, lekarze wiedzą, że nie jest dobrze. Podczas wypadku ponad pięćdziesiąt procent ciała uległo poparzeniu. Jeden kanister paliwa sprawia, że dotąd pełne marzeń i planów na przyszłość życie tej młodej dziewczyny zamienia się w walkę o przetrwanie kolejnego dnia. 

Dominika nie może pogodzić się z tym, jak wygląda jej ciało. Czuje się gorsza, a jej poparzona skóra ciągle daje o sobie znać. Jeszcze większy ból sprawia jednak dziewczynie fakt, że jej ukochany tato wylądował w więzieniu, a matka, zamiast niej, wybrała uzależnienie. Dominice nie pozostała nawet mała część życia, które wiodła przed wypadkiem. Nic więc dziwnego, że dziewczyna przypadkiem zażywa więcej leków niż powinna.

Niebawem trafia do szpitala, a stanem zdrowia Dominiki zajmuje się młody i, nie ma co ukrywać, przystojny doktor Tomasz Leśniewski. Lekarz jednak oprócz opieki zdrowotnej, zainteresowany jest także historią dziewczyny. Historią, którą będzie chciał wykorzystać w swojej pracy naukowej. Kiedy Leśniewski zacznie współpracę z byłą pacjentką, jego młodszy brat będzie chciał uwieść Dominikę. I choć Marcel zostaje potraktowany przez dziewczynę dość oschle, to nie zamierza się poddać. Chłopak nie należy przecież do osób miękkich.

Im bardziej Marcel zacznie nalegać, tym mniej niedostępna staje się Dominika. Tylko czy dziewczyna po przejściach będzie mogła zaangażować się w coś tak niestałego jak związek? Czy Domi ma w ogóle ochotę na to wszystko? I czy Marcel nie okaże się zwykłym podrywaczem?

Groźny wypadek, dziewczyna z dobrego domu, przystojny playboy oraz rodzące się uczucie. Brzmi banalnie, prawda? Taka z pozoru wydaje się najnowsza książka Augusty Docher – „Najlepszy powód, by żyć’. Na szczęście, jedynie z pozoru, gdyż autorka udowadnia, że wyglądająca tak bardzo schematycznie i oklepanie idea, może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Pisarka wydała już powieści dla młodzieży, obyczajówki i powieść erotyczną. Wydawać by się mogło, że „Najlepszy powód, by żyć”, nie będzie w stanie w żaden sposób nas zaskoczyć. Tymczasem wygląda na to, że autorka jest w szczytowej formie, gdyż jej najnowszą powieścią new adult pokazuje zupełnie nowe oblicze.

Tym razem nie mamy do czynienia z nieco infantylnymi bohaterami, nadprzyrodzonymi mocami czy też bohaterkami lubiącymi klimaty BDSM. „Najlepszy powód…” to subtelna opowieść z bardzo pozytywnym przekazem mówiącym jasno, że każdy z nas zasługuje na szczęście.

Augusta Docher stworzyła Dominikę i Marcela jako dwie zupełnie różne osobowości. Na pierwszy rzut oka para ta kompletnie do siebie nie pasuje. On – czerpiący życie pełnymi garściami, zgodny z maksymą „carpe diem” idealny przedstawiciel epikureizmu. Ona natomiast to przedstawicielka stoicyzmu – pogrążająca się w swoim bólu i trzymająca nerwy na wodzy. A jednak, ta wybuchowa mieszanka sprawia, że „Najlepszy powód…” stał się niezwykle charyzmatyczną powieścią, która oprócz tego, że mówi o cierpieniu, jest także niezwykle ciepłą i radosną historią.
„Jezu, płyta jej się zacięła… Już nie dopytuję, o co chodzi. Trudno, jestem głupi i tyle, jeśli mowa o tych babskich humorkach. Ale jakby wszyscy faceci byli mądrzy, kto byłby durniem? ktoś przecież musi nim być, choćby dla porównania, no i wypadło na mnie…”
Augusta Docher, „Najlepszy powód, by żyć” str. 241, SIW Znak 2017

Zaryzykuję i powiem, że postać Marcela Leśniewskiego to chyba najciekawsza, najbardziej zakręcona i najzabawniejsza postać, jaką do tej pory spotkałem w powieściach. Młody mężczyzna nie jest typowym podrywaczem spod blokowiska czy władczym Christianem Greyem. Nie, Marcel jest nieco nieogarniętym życiowo chłopakiem, który nie zawsze wie, o co pretensje ma do niego wybranka serca i który robi wszystko, by zrealizować wytyczone sobie cele. Jednocześnie postać ta nie jest ani trochę męcząca – wręcz przeciwnie. Jej naturalność i niewymuszone prześmieszne gagi sprawiają, że opowieść Augusty Docher staje się jeszcze przyjemniejsza w odbiorze.
„Każdy popełnia błędy, każdy ma prawo do wybaczenia i szansy na naprawienie szkód. gdy kogoś kochasz, kochasz również mu wybaczyć”
Augusta Docher, „Najlepszy powód, by żyć” str. 349, SIW Znak 2017
Nowa powieść polskiej autorki w bardzo ładny sposób pokazuje też zachodzące zmiany w głównych bohaterach. Zarówno Dominika, jak i Marcel, dojrzewają dzięki prawdziwemu uczuciu – odwzajemnionej miłości. Nie można zapominać, że „Najlepszy powód, by żyć” to historia, która oprócz tego, że mówi o miłości, traktuje także o prawdziwym cierpieniu – tym fizycznym i tym związanym z ludzką psychiką. Każdy z bohaterów zmaga się z własnymi problemami i przeszłością. Mimo młodego wieku ciągną za sobą pewien bagaż doświadczeń i to właśnie przez pryzmat własnych błędów i przeżyć patrzą na teraźniejszość.

Motywem przewodnim jest oparzenie Dominiki. Historia dziewczyny wydaje się niezwykle przejmująca, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że autorka wykreowała ten fragment powieści na podstawie prawdziwych wydarzeń. W połączeniu z tym lekkim love story, powstała opowieść kipiąca emocjami, które udzielają się także samym czytelnikom. Nie jest to zwyczajne, kioskowe romansidło, a pełna prawdy opowieść o młodych ludziach i ich problemach. Rezultat jest jeden – tej książki nie można zwyczajnie odłożyć na półkę, a historię Dominiki i Marcela zwyczajnie trzeba pokochać.

Tak jak wspominałem, „Najlepszy powód, by żyć” swoją oficjalną premierę będzie miał już za niecały miesiąc, 27 września. Na księgarskich półkach powieść pojawi się dzięki Społecznemu Instytutowi Znak. Tytuł ten, podobnie jak książki Anny Todd czy Anny Bellon, wydany zostanie pod marką OMG Books.

Książka pojawi się w sprzedaży w oprawie miękkiej w cenie detalicznej wynoszącej 37,90 zł. Na powieść składa się około 360 stron. „Najlepszy powód…” pojawi się także w wersji elektronicznej.

Nowa książka Augusty Docher jest niezwykłą powieścią, która nie tylko będzie umiała czytelnika rozbawić do łez, ale także i wzruszyć. Wynik jest taki, że bardziej wrażliwi odbiorcy będą zmuszeni zaopatrzyć się w naprawdę duże pudełko jednorazowych chusteczek! Najlepszy powód, by przeczytać? Może okazać nim się fakt, że zdecydowałem się zostać ambasadorem tego tytułu. „Najlepszy powód…” jest dla mnie jedną z najlepszych powieści, które czytałem tego roku! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak.  
  
Tytuł: "Najlepszy powód, by żyć"

Autor: Augusta Docher


Tłumacz: -
 
Wydawca: OMG Books


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 361 [3][prebook]


ISBN: 978-83-240-4638-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".