sobota, 25 marca 2017

"Inwigilacja"

W marcu premierę miało wiele powieści, w tym dwie autorstwa Remigiusza Mroza. Piętnastego marca na półkach księgarń znalazł się bowiem trzeci tom farerskiej serii "Połów" (pod pseudonimem Løgmansbø) i kolejny tom prawniczej serii. "Inwigilacja" to piąta część o Chyłce i Zordonie, a jak wypadła na tle pozostałych? Czy nadal zachowuje poziom, a może zaczęła zjadać swój własny ogon niczym brazylijskie seriale? 

Joanna Chyłka zaczyna na nowo odbudowywać swoją reputację. Oczywiście, wśród członków warszawskiej palestry nadal jest czarną owcą, ale przynajmniej nadal może pracować w gabinecie  kancelarii przy Złotych Tarasach. Kordian musi natomiast, pod okiem Buchelta, przygotować się do nadchodzącego wielkimi krokami egzaminu adwokackiego.
Tymczasem do Żelaznego & McVaya zgłaszają się nowi klienci. Podczas wakacji w Egipcie, paręnaście lat temu, syn małżeństwa Lipińskich zostaje porwany. Mimo wielu prób i akcji poszukiwawczych, chłopca nie udaje się odnaleźć. Dziś dorosły już mężczyzna odnajduje się i przyjeżdża do Warszawy. Niestety, zamiast komitetu powitalnego, witają go funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Adam Lipiński, który teraz przedstawia się tylko i wyłącznie jako Fahad Al-Jassam, zostaje oskarżony o próbę zamachu w jednym z warszawskich centrów handlowych. Co gorsze, mężczyzna nie przyznaje się do polskiego pochodzenia, a jednak twierdzi, że nie ma nic wspólnego z islamskimi ekstremistami. Służby posiadają jednak mocne, obciążające go dowody, a cała sprawa z góry wydaje się przegrana. Nic więc dziwnego, że to Chyłka koniecznie będzie chciała się nią zająć.  Do pracy potrzebować będzie jednak swojego byłego podopiecznego – Kordiana vel Zordona.
Jak można się domyśleć, sprawa ta okaże się bardziej zawiła, niż prawnikom mogło się na początku wydawać. Przeciw nim znajdzie się nie tylko prokurator okręgowy, ale także najważniejsze instytucje w państwie, parlamentarzyści i... zwykli obywatele. Czy więc obrońcom uda się przekonać, o niewinności Fahada, nie tylko sędziego i ławników, ale także i samych siebie?
Remigiusz Mróz wydaje dużo, a jeszcze więcej pisze. Nic więc dziwnego, że wśród odbiorców jego książek, znajdą się zarówno fani, jak i ci, którzy Mroza zwyczajnie nie lubią. Jak każdy – ma fanów, a także grono osób, które sympatią go nie darzą. W samym 2017 roku zdążył wydać już trzy nowe książki, dlatego też wielu sceptyków jego twórczości twierdzi, że jego dobra passa prędzej czy później się wyczerpie. Przed lekturą "Inwigilacji" nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać – kolejnego niezłego kryminału czy może czegoś miałkiego, z nudną, nierozwijającą się fabułą. Szczęśliwie, pokłady weny Mroza najwyraźniej się nie wyczerpały, bowiem w "Inwigilacji" raczy nas kolejną dawką chyłkowych emocji. 
Jak można zauważyć, autor zaczął coraz bardziej zaznaczać obecność polityki w swoich książkach. Chociaż wydał już w pełni poświęcone polityce "Wotum nieufności", a przy sprawie sędziego Sendala – w "Immunitecie" – także takie wątki się przewijały, to właśnie w piątym tomie prawniczej serii Mróz stawia politykę na pierwszy plan. I choć akcji na salach sądowych jest mniej, niż w poprzednich częściach, to fabuła znów pędzi z zdecydowanie niedozwoloną prędkością, a autor kolejne bomby pełne niewiadomych, zrzuca na nas z wyraźną satysfakcją.

Warto wspomnieć, nowa Chyłka powróciła z dawną siłą, której nieco mi brakowało w poprzednim tomie. W "Inwigilacji" znalazłem to, co lubię w tej serii najbardziej: niezłe dialogi, cyniczny humor i pełna zagadek sprawa. Ale to nie wszystko, bowiem w tej części autor nieźle rozwinął wątek obyczajowy pomiędzy głównymi bohaterami – Joanną i Kordianem. Przez książkę przewija się przecież też wątek kto jest ojcem?, choć z pewnością takich perypetii jak w trzeciej części Bridget Jones nie doświadczymy (a Kordian nie będzie niestety zoorbował z Edem Sheeranem niczym Sarah Solemani).
Żeby jednak nie było za dobrze, to dla równowagi muszę też niestety przyznać, że w "Inwigilacji" znów pojawiła się masa przeróżnych błędów. Dla przykładu, prokurator okręgowy występował przed sądem bez togi, a wpadki z togami u Mroza występują naprawdę często. Sądzę więc, że autor o tych kwiatkach wie, dlatego tym bardziej dziwi mnie fakt, że takowe błędy nadal są popełniane.

Chyłka No. 5 wydana została, podobnie jak poprzednie tomy, przez wydawnictwo Czwarta Strona. Redakcją zajęła się Karolina Borowiec, a korektą Magdalena Owczarzak. Za projekt okładki odpowiedzialny jest Mariusz Banachowicz, który stworzył okładki także do innych książek Remigiusza Mroza – trylogii z Komisarzem Forstem i trylogii farerskiej, czy właśnie wspomnianego wyżej "Wotum nieufności". 
Na półkach "Inwigilację" znajdziemy w oprawie miękkiej, bez skrzydełek. Powieść łącznie wynosi 590 stron.

Wydawałoby się, że po czwartym tomie wszystkie możliwe tematy zostały wyczerpane. Tymczasem Remigiusz Mróz udowadnia, że wcale tak nie jest. Pozytywnie zaskakuje w "Inwigilacji", nawet więcej – pozostawia otwarte pytania, jedno jest jednak pewne – na tej części się nie zakończy, a kontrowersyjna prawniczka da jeszcze o sobie znać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

Tytuł: "Inwigilacja"

Autor: Remigiusz Mróz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 589 [5]


ISBN: 978-83-7976-616-1


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)


sobota, 18 marca 2017

"Królowa Śniegu"

Chociaż śnieg stopił się już na naszych trawnikach, to niedawno premierę miała dosyć mroźna powieść – "Królowa Śniegu" autorstwa Anny Klejzerowicz. Pierwsze skojarzenie z tytułem ro z pewnością dla wielu z nas jedna z najpopularniejszych baśni Hansa Christiana Andersena, i słusznie, bo to jego baśń jest tematem przewodnim w całej powieści. Jednak czy autorka potrafiła, jak zapewniają na okładce, stworzyć na kanwie baśni Andersena niezwykłą powieść kryminalną?

Po zwolnieniach, jakie nastąpiły w jednej z gdańskich gazet, Felicja Stefańska pozostaje bez pracy. Kobieta nie wie za bardzo co mogłoby począć, gdyż wakatów na stanowiska dziennikarzy brak, a praca w budce z fast foodami zdecydowanie nie należy do szczytu marzeń w jej karierze. Żyć z czegoś jednak musi, a utrzymywać się na garnuszku rodziców nie zamierza. Kiedy więc przyjaciółka kobiety – Greta, radna jednej z gmin pod Gdańskiem – oferuje jej pracę, Felicja nie powinna zastanawiać się zbyt długo. Sęk w tym, że Felka przyzwyczajona do miejskiego zgiełku nie bardzo wie, czy spodobałoby się jej życie w małym Kryszewie. Po namowach przyjaciółki i przemyśleniu wszystkich za i przeciw, dziennikarka przyjmuje propozycję i otrzymuje tytuł rzecznika prasowego gminy. Po pierwszym szoku, kobieta powoli przyzwyczaja się do spokojnego, prowincjonalnego życia. Sielanka szybko jednak się kończy, gdyż podczas zimy słupki termometrów nie przekraczają 0° Celsjusza. Oprócz tego, że jest niemiłosiernie zimno, a Felicja potrzebuje terenówki, by przedostać się przez zaspy śniegu, ma zdecydowanie większy problem na głowie –  wiejscy bezdomni i pijacy zaczynają zamarzać na śmierć w okolicznych rowach i laskach. Kobieta musi zapobiec sytuacji, by media podchwyciły informację, iż ich gmina to jedna z najbardziej patologicznych i zapijaczonych wsi na Pomorzu. Czarny PR to ostatnie, czego jej trzeba. W gminnym biuletynie prosi o rozwagę, mimo tego, zamarznięciom nie ma końca. 
Od samego początku coś niepokoi kobietę, jednak policja bagatelizuje jej teorie o tym, że może zamarznięcia to tak naprawdę morderstwa. Przecież Kryszewo to nie Nowy Jork. U nich co najwyżej można dostać mandat za bijatykę w barze. Z biegiem czasu na ustach mieszkańców pojawia się jednak pogłoska o tajemniczej, śmiercionośnej klątwie. Felicji nikt nie chce udzielić żadnych informacji na temat rzekomej klątwy, jakby mieszkańców obowiązywała zmowa milczenia. Tymczasem umierają kolejne osoby a pani rzecznik postanawia, iż nie spocznie, do póki nie dotarze do prawdy.

Najnowsza powieść Anny Klejzerowicz może i nie była bardzo mocno promowana, aczkolwiek od znajomych usłyszałem parę dobrych słów na temat twórczości tej autorki. Nic dziwnego, że oczekiwałem więc powieści bardzo dobrej. Niestety, znów musiałem obejść się ze smakiem i zamiast klimatycznego kryminału, otrzymałem swoisty wiejski odpowiednik miasteczka Twin Peak. Odwołań w tej książce do innych twórczości jest jednak zdecydowanie więcej! Główna bohaterka – Felicja – jest osobą niezwykle ciekawską, ale także odważną i dość impulsywną. Na szczęście z reguły z opresji wychodzi obronną ręką, bo jak się okazuje, jest to prawdziwy MacGyver w spódnicy. I choć można powiedzieć, że nawiązań tutaj co nie miara, to niestety, ale z bajek Andersena nie znajdziemy wiele. I choć znany duński twórca i jego baśnie są clou wszelkich nieszczęść, to tak naprawdę właśnie ten wątek, być może najważniejszy spośród wszystkich, gubi się pośród mało znaczących niuansów.
Przez większą część powieści poznajemy tylko historię Kryszewa i okolicznych wiosek, ich nietypowych mieszkańców i ich problemy. Bardzo podobało mi się ukazanie realiów życia w tak małej miejscowości, ludzkich zachowań i uczuć – tego, że ludzie po wielu latach nadal potrafią rozdrapywać stare rany, a problemy pamiętają czasy, w których za oddanie makulatury do skupu otrzymywało się talon na papier toaletowy. Problem polega jednak na tym, że w tym kryminale tak naprawdę brak jest akcji i mrożącej krew w żyłach sprawy, choć właśnie tego spodziewać by się można po tak krwiści czerwonym kolorze tytułu. Nawet sam finał książki nie jest ani zbyt przerażający, ani też nad wyraz zaskakujący. Kończąc czytać, miałem wrażenie, że choć powieść zbudowano na generalnie dobrych fundamentach, bowiem pomysł z modyfikacją popularnej baśni był naprawdę niezły, nie do końca wyszło tak, jak w zamierzeniach autorki miało to wyglądać. Ostatecznie dostaliśmy bardzo średni kryminał z niezrozumiałymi przejściami narracyjnymi i bohaterami, o dość sztubackim zachowaniu. Na całe szczęście "Królowa Śniegu" okazała się powieścią krótką, napisaną w bardzo prostym języku, dzięki czemu nie musiałem przedzierać się przez treść.
To byli prości ludzie. Niewykształceni, biedni, zdemoralizowani przez system. Ogłupieni i w dodatku pijani.W takich warunkach znajdują ujście najniższe ludzkie instynkty.  Nie powiem, że zwierzęce, bo zwierzęta tak nie postępuje, my jesteśmy gorsi. Gdy spada maska cywilizacji, kieruje nami tylko strach i przemoc. Ale nie chcę, żebyś myślała o nas, o mieszkańcach grafiki Miny, jako społeczność jakichś potworów. To mogło się zdarzyć wszędzie.
"Królowa Śniegu", Anna Klejzerowicz, Wydawnictwo Filia

"Królową Śniegu" wydało Wydawnictwo Filia w serii Filia Mroczna Strona. Jest to najnowsza powieść spośród dwudziestu książek, które do tej pory wydała autorka. Projekt okładki stworzył Mariusz Banachowicz, papierowe egzemplarze na zlecenie wydawcy wydrukowała firma Abedik. Powieść wydana została w oprawie miękkiej, ze skrzydełkami. Posiada ona około 278 stron, a jej cena detaliczna to 36,90zł. 

Gdybyśmy typowali w jakimś szalonym plebiscycie, to w mojej opinii Klejzerowicz zdecydowanie nie wygrałaby tą książką w kategorii "literackiego zbrodniarza roku". Można powiedzieć kultowe: miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Filia. 

Tytuł: "Królowa Śniegu"

Autor: Anna Klejzerowicz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Filia


Rok wydania: 2017

Liczba stron: ok. 277 [5]


ISBN: 978-83-8075-198-9


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)


sobota, 11 marca 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Prom"

Można śmiało powiedzieć, że ubiegła niedziela i pierwsze dni mijającego tygodnia zdecydowanie należały do Remigiusza Mroza. Jak się bowiem okazuje, młody polski autor, piszący głównie kryminały oraz thrillery prawnicze, od roku wydaje także pod pseudonimem literackim. Jak można się domyśleć, recenzowany dziś "Prom" – trzecia część trylogii rozgrywającej się na Wyspach Owczych autorstwa Ove Løgmansbø, to tak naprawdę kolejna powieść Mroza. Oceniajmy jednak Løgmansbø, a nie całą twórczość autora serii o Joannie Chyłce. Jak więc ten tom ma się w stosunku do poprzednich części?

Wydaję się, że wszystko powoli zaczyna wracać do normalności. Mieszkańcy wysp nie żyją już w obawie, iż po ich ulicach grasuje seryjny morderca. Hallbjørn Olsen też zaczyna odbudowywać  swoją opinię w oczach mieszkańców. Ale zdanie na jego temat innych ludzi najmniej Halla obchodzi. Mężczyzna chce zacząć wszystko od nowa – z Katrine Ellegaard, byłą funkcjonariuszką duńskiej policji u boku, oraz nastoletnią córką, Ann-Mari. W tym samym czasie na wodach pomiędzy Farojami zaczyna funkcjonować nowa duńska firma żeglugowa. Katrine bierze udział w pierwszym, dziewiczym rejsie linii, który dopłynąć ma z Danii na Wyspy. Wkrótce jednak na promie dochodzi do serii alarmów, a przejścia pomiędzy pokładami zostają zablokowane. Wraz Jóhanem Bærentsenem, przyjacielem Hallbjørna, jako jedni z pierwszych odkrywają, dlaczego statek się zatrzymał, a załoga o niczym nie informuje pasażerów.
W tym samym czasie Olsen na wyspie wyczekuje Katrine. Kiedy dowiaduje się, że statek z nieznanych przyczyn zatrzymał się na wodach, w miejscu, gdzie nie było żadnego zasięgu telefonii komórkowych, w głowie zaczynają się mu pojawiać czarne myśli. Wkrótce przypuszczenia się potwierdzają. Okazuje się, że prom został uprowadzony. Gdy terroryści wreszcie wysyłają swoje żądania, mężczyzna przekonuje się, że zamachowcy to nie amatorzy. A porwanie promu to dopiero preludium większej akcji. W momencie gdy służby rozkładają ręce, Farer postanawia nie tracić czasu i samemu ratować ukochaną. Jednak nie zdaje sobie sprawy, jakie przyczyny może spowodować jego prywatna misja.

Farerska seria Løgmansbø od początku wzbudzała kontrowersję. I nie tylko dlatego, że graficznie utrzymywana była w stylu podobnym do tego, jaki widać na okładkach kryminałów Jo Nesbø. Wielu recenzentów zarzucało autorowi, że jego kryminały to po prostu nie są... kryminały. I chyba faktycznie tak było, bowiem to właśnie relacje międzyludzkie w homogenicznych wyspach odgrywały najważniejszą rolę. A kiedy już odkryłem, że ani "Enklawa", ani "Połów", krwi w żyłach nie mrożą, a są jedynie powieściami psychologicznymi z kryminalnym wątkiem, to czegoś w podobnym stylu oczekiwałem też po "Promie". Tymczasem tutaj niespodzianka! Autor porzuca pomysł psychologicznego podejścia na rzecz pędzącej akcji, podczas której trupy ścielą się gęsto. Czy wychodzi to powieści na dobre? Zdecydowanie nie! Jak się bowiem okazuje, mimo że teraz może i niektórym czytelnikom serce bić zacznie nieco szybciej, to tak naprawdę sama zagadka nie jest już ciekawa, a treść zdecydowanie uboższą. Nie wspominając o tym, że pisarz wykłada praktycznie wszystkie karty na stół już w połowie książki.  Otrzymujemy za to fabułę rodem z tanich hollywoodzkich filmów akcji. A to jeszcze nic w porównaniu z tym, jaką metamorfozę otrzymują główni bohaterowie. Katrine Ellegard zaczyna przemieszczać się po zablokowanych pokładach promu ze zwinnością niczym Spiderman, Hallbjørn natomiast jest strasznie inteligenty, przebiegły i... ekonomiczny. Potrafi bowiem przepłynąć pół kontynentu na niepełnym baku (nie)swojej łajby! Oprócz tego często zachowuje się irracjonalnie przez połowę książki, na szczęście brak logiki w jego rozumowaniu nadrabia siłą i odwagą, rodem ze wzorców średniowiecznego rycerza. Jeśli jesteśmy już przy średniowieczu to warto wspomnieć, że umierające postacie prawdopodobnie przed śmiercią naczytały się za dużo o ars moriendi – sztuce pięknego umierania, gdyż konając potrafią jeszcze zrobić rachunek sumienia, przegrzebać szafkę nocną, zapisać ostatnie wiadomości, a także psioczyć na owady w pokoju. No cóż, jak umrzeć, to z godnością i poczuciem, że życie było wspaniałe.  
Plus jest jednak taki, że książkę czytało mi się zdecydowanie szybciej niż poprzednie dwa tomy. Zarówno przy "Enklawie", jak i przy "Promie" nie szło tak gładko, myślę, że autor chciał stać się bardziej skandynawski, niż był w rzeczywistości. Bo jednak trochę szkoda, że z pisarza taki sam Farer jak i ze mnie.

Ten tom, zarówno jak dwa poprzednie, wydany został przez grupę Publicat pod znakiem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Za redakcję odpowiada Iwona Gawryś, a projekt okładki stworzył po raz kolejny Mariusz Banachowicz. Myślę, że książki Løgmansbø do tej pory były dość niszowe, jednak po rewelacjach z ubiegłego tygodnia sprzedaż z pewnością zdecydowanie wzrosła. Nie mnie oceniać słuszność użycia pseudonimu, aczkolwiek jestem zaskoczony, że nie dałem rady znaleźć podobieństw. No cóż, ja nie mam przyjaciół na Wyspach i nieścisłości nie udało mi się wyłapać, w przeciwieństwie do drugiej połowy blogosfery, która po niedzielnej publikacji stwierdziła, że znajomych na Farojach ma i nie zawaha się ich użyć!
Trzeci tom wyróżnia się także mniejszą ilością stron, gdyż tym razem za 35 złotych otrzymujemy tylko 345 stron. 

Remigiusza Mroza można lubić, uwielbiać lub nienawidzić. W mojej opinii autor zdecydowanie ma na swoim koncie lepsze powieści niż "Prom". Może i nie jest to moja ulubiona książka pisarza, jednak ze względu na w miarę przyjemne poprzednie tomu, nie skreślam całkowicie tego tytuły. Do trylogii o Olsenie i Ellegaard warto zajrzeć, choćby po to, by mieć co krytykować. ;-) 

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.  
  
Tytuł: "Prom"

Autor: Ove L
øgmansbø

Tłumacz: -
 
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie


Rok wydania: 2017

Liczba stron: ok. 342 [4]


ISBN: 978-83-271-5591-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)



czwartek, 9 marca 2017

Książki? Nie ma. Skończyły się.

Rzeźba przedstawiająca
H. Ch. Andersena.
Fot. własne, Dania 2016r.
     „Czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła” są to słowa polskiej noblistki Wisławy Szymborskiej. Myślę, że kto choć raz oddał się przyjemności czytania ulubionej lektury (choć czasem tę jedyną, najwspanialszą powieść trudno wybrać, bo dla czytelnika to przecież tak, jakby zapytać matkę o to, które ze swoich dzieci kocha najbardziej), z pewnością może potwierdzić, że słowa tej poetki to najczystsza prawda. A jednak biblioteki odwiedzane są coraz rzadziej, a czytelnictwo spada na łeb na szyję. Warto więc w ogóle czytać? 

     Według badań Biblioteki Narodowej na rok 2015, w Polsce za lekturę przynajmniej jednej książki, zabrało się zaledwie 37 procent Polaków. Aż 63 procent z nas zadeklarowało, że w ciągu wspomnianego roku, nie przeczytało żadnej książki. Jest to wynik naprawdę zatrważający, choć niektórzy twierdzą, że badania Biblioteki Narodowej nie zawsze odzwierciedlają prawdziwe realia. Niestety, prawda jest jedna, i niezależnie od tego, czy jesteśmy sceptykami czy optymistami – Polacy po prostu nie czytają. Dlaczego? Za pewne jednym z pierwszy skojarzeń do słowa książka jest biblioteka. Jak sam często zauważyłem, w zależności od gminy i jej włodarzy, biblioteki są wyposażone lepiej lub gorzej. I dla przykładu, biblioteka z gminy A ma naprawdę niezły księgozbiór. Widoczne jest, że miasto dba o rozwój czytelnictwa, gdyż nie tylko zakupuje nowości wydawnicze, ale także tworzy atrakcyjne dla potencjalnych czytelników wydarzenia – spotkania z autorami, dyskusyjne kluby książki. Unowocześnia także swoje filie, wprowadzając elektroniczny księgozbiór. Tymczasem w gminie B… no cóż, najnowsze książki z reguły pochodzą od czytelników, którzy zasilają biblioteki darami. A władze miasta, co najwyżej dokupują folię do oprawiania tomów.
Jednak czy to czasem treść książek, a nie ich oprawa i data wydania, powinny mieć znaczenie? Czy więc to nieatrakcyjna oferta bibliotek jest problemem? 

     Wśród środowiska, które zajmuje się promocją i reklamą w Internecie, jest takie powiedzenie – „nie ważne, co mówią, ważne by mówili”. Jestem bardzo podobnego zdania przy czytaniu książek. „Nie ważne, co czytacie, ważne byście czytali” – i tutaj przechodzimy do kolejnego punktu mojego wywodu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego prawdziwi czytelnicy tak bardzo krytykują tych mniej doświadczonych, którzy zamiast dzieł pokroju „Anny Kareniny” czy „Mistrza i Małgorzaty” podczytują „Pięćdziesiąt twarzy Greya” czy inne powieści, które powszechnie uznawane są za kiczowate i bezwartościowe. Co więc stoi za fenomenem książek takich autorek jak E.L. James czy Stephanie Mayer? Tematy z pewnością są nośne i wzbudzają dużo sensacji, na dodatek za tym wszystkim kryje się też naprawdę niezła reklama, która wzbudziły chęć sięgnięcia po te tytuły. Jednak główny atut tych powieści jest taki, że najzwyczajniej w świecie nie są one wymagające i zabrać się za nie może praktycznie każdy. Oczywiście, trzeba wiedzieć, komu chcemy daną książkę wypożyczyć czy podarować...
Ale czy zakazany owoc nie kusi najbardziej? I może sprawi, że po „Greyu” sięgną po coś lepszego? 

Księgarnia w kopenhaskim
Muzeum Narodowym
Fot. własne, Dania 2016r
     A może po prostu nie potrafimy znaleźć niczego, czego nie wyświetlą nam na ekranie? Choć nie śmiałem szukać żadnych statystyk i badań (czy takie w ogóle istnieją?), to mogę przypuszczać, że ekranizacje książek Polacy oglądają zdecydowanie częściej! Z pewnością atutem kinematografii jest często łatwiejszy przekaz niż brnięcie przez kilkadziesiąt rozdziałów. Na dodatek w filmie możemy zobaczyć swoich ulubionych aktorów, których plakaty wieszamy na ścianach, oklejonych niemodną już tapetą.
Czy ekranizacja może być lepsza od samej powieści? Co powiedzieliby nieżyjący już pisarze, o adaptowaniu ich dzieł do czasów współczesnych? Co sami sądzimy o częstych chwytach marketingowych polegających na przedzielaniu filmów na dwie części? 

     Ten artykuł to tak naprawdę przedstawienie argumentów, które każdy może interpretować na swój sposób. Każdy z nich może bowiem odpowiadać za lub przeciwko czytaniu książek. To, czy czytamy, nie powinno zależeć jednak od nikogo – ani od rugającego nauczyciela, ani od łypiącego okiem małżonka, a tym bardziej nie od ludzi, z którymi chcemy przebywać. Chęć lektury powieści powinno czuć się w sobie.
Czytanie ma być rozrywką, a każda lektura niepowtarzalną przygodą, bo, przytaczając znów na koniec Szymborską, „Nic dwa razy się nie zdarza”. 

Ten artykuł zawiera hasło, dzięki któremu możecie wygrać w konkursie. Więcej tutaj

środa, 8 marca 2017

Cóż za... pieskie życie! Konkurs ŚBK!


Całkiem niedawno na moim blogu mogliście znaleźć post dotyczący konkursu, który organizowany jest przez Śląskich Blogerów Książkowych, do których należę. Bardzo cieszę się, że wielu z Was spodobała się formuła konkursu, gdyż... do zdobycia są kolejne książki! Czy ktoś ma ochotę zgarnąć "Był sobie pies"?! 

No dobra, o co chodzi? Dzisiaj na kilku blogach Śląskich Blogerów Książkowych ukaże się podobny post z zapowiedzią konkursu. Zapamiętajcie dobrze te blogi, bo to na tych stronach już jutro musicie szukać wskazówek do odgadnięcia konkursowego hasła. Na każdym z blogów autorzy w swoich unikalnych postach (mogą to być recenzje, felietony czy inne artykuły) umieszczą słowa-klucze, które ułożą się w hasło konkursowe.
Niestety, nie mogę zdradzić Wam, jakich słów trzeba szukać, nie martwcie się jednak, słowa te będą bardzo wyraźnie zaznaczone i łatwe do znalezienia. Idąc po śladach, klikając na odpowiednie słowa, będziecie przechodzić od bloga do bloga, aż w końcu traficie na fanpage Śląskich Blogerów Książkowych na Facebooku. To będzie dla Was sygnał, że ułożyliście całe hasło. Ostatnim krokiem będzie wysłanie hasła na adres mailowy: silesiabook@onet.pl.
Dla ułatwienia, proponuję zacząć poszukiwania już jutro na blogu Do ostatniej pestki trzeba mocno żyć. Potem powinno pójść Wam z górki! ;-) 

ŚBKi przygotowali dla Was jeszcze świeżutkie, piękne i pachnące egezemplarze powieści "Był sobie pies", która całkiem niedawno pojawiła się także na ekranach kin! Koniecznie musicie spróbować ją wygrać!
Pamiętajcie, że wzięcie udziału w konkursie oznacza akceptację jego regulaminu: 

Regulamin konkursu Śląskich Blogerów Książkowych
1. Konkurs z "Był sobie pies" organizowany jest przez grupę Śląskich Blogerów Książkowych
2. Sponsorem nagród jest portal Granice.pl.
3. Nagrodą w konkursie są trzy egzemplarze książki "Był sobie pies" autorstwa W. Bruce Cameron.
4. Konkurs trwa od 09.03.2017 do 13.03.2017 godz. 23:59.
5. Wyniki zostaną ogłoszone 15.03.2017.
6. Odpowiedzi na zadania konkursowe proszę wysyłać na adres:silesiabook@onet.pl
7. O wygranej w konkursie decyduje kolejność zgłoszeń. Wygrywa CZWARTA i PIĘTNASTA osoba od POCZĄTKU oraz SIÓDMA osoba od KOŃCA osoba.
8. Pod uwagę brane będą tylko prawidłowe odpowiedzi wysłane drogą mailową, sygnowane własnym imieniem i nazwiskiem
9. Nagroda zostanie przesłana na adres podany przez zwycięzcę. W przypadku nieodebrania nagrody organizatorzy konkursu mogą wyłonić innego zwycięzcę lub przeznaczyć nagrodę na inne cele.
10. Biorąc udział w konkursie, zgadzają się Państwo na przetwarzanie podanych przez siebie danych osobowych przez organizatora Grupę ŚBK oraz Granice.pl, zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 r (Dz. U. nr 133 poz. 883) - które zostaną wykorzystane jednorazowo.
11. Wysyłka tylko na terenie Polski

Nie zostało mi nic innego, jak życzyć Wam powodzenia!
http://silesiaczyta.pl/

sobota, 4 marca 2017

"Całkiem obcy człowiek"

Marzec to miesiąc pełen książkowych premier. Jakiś czas temu pojawiła się u mnie natomiast najnowsza powieść Wydawnictwa IUVI – "Całkiem obcy człowiek". Jak przekonuje wydawca, jest to książka niezwykła. Czy faktycznie jest tak dobra?

W powieści Rebeccki Stead poznajemy kilka nastoletnich bohaterek – Bridget, Emily i Tab. Pierwsza z nich, mimo młodego wieku, sporo przeszła. Ma już za sobą ciężkie operacje i rehabilitacje. I choć do niedawna chciała być niewidzialna (a po wypadku przecież wszyscy na ustach mieli jej imię), teraz zmienia zdanie. A swoją metamorfozę rozpoczyna od… zakładania kocich uszu zamiast zwykłej opaski. Na dodatek poznaje chłopaka, z którym ma więcej wspólnego, niż jej się wcześniej wydawało.
Druga z dziewczyn – Emily także się zmienia. Teraz, kiedy jest już w siódmej klasie podstawówki, wie, że nie są to już przelewki. Za chwilę przecież klasa ósma, apotem liceum! Em czuje się odpowiedzialniejsza i dojrzalsza, a jej problemy także wydają się poważniejsze. Nastolatka  zaczyna kolegować się z starszymi uczniami, w szczególności z Patrickiem. Wymieniają esemesy, a kiedy chłopak proponuje jej seksting… no cóż, trzeba będzie coś postanowić.
Tab natomiast we wszystkim poszukuje podtekstów, które miałyby świadczyć o tym, że kobiety nadal postrzegane są gorzej od mężczyzn. Swoje przekonania potwierdza zresztą często w klubie praw człowieka, które prowadzi pani Berperson (bo dlaczego ma się nazywać Berman, skoro jest kobietą?!).
Mimo wielu różnic, dziewczyny parę lat temu zaprzyjaźniły się ze sobą, a ich relacja trwa do dziś. Choć teraz wiele się zmieniło, jedna z zasad pozostała bez zmian – przyjaciółki nigdy się nie kłócą. Czy kiedy jednak zostaną wystawione na próbę, ich przyjaźń się uchowa? 

Ale oprócz trójki dziewczyn jest jeszcze ktoś… ktoś, kto wymyka się spod kontroli. Ktoś, kto chce uciec od zmagań codzienności. Ktoś, kto przez chwilę chce być kimś innym.

W przypadku "Całkiem obcego człowieka" nikt nie powinien mieć wątpliwości, że jest to typowa młodzieżówka. Opowiada ona historię nastolatków, którzy borykają się z problemami okresu dojrzewania – pierwszymi związkami, dorastaniem, zmianą otoczenia. Powieść więc traktuje o codziennym życiu tych dzieciaków, motywem przewodnim jednak jest przyjaźń, i to, co ją cechuje. To właśnie przyjaźń, podobno silna jak skała, w tej powieści wystawiana jest na przeróżne próby. Bohaterowie będą musieli podjąć decyzje, które być może po raz pierwszy wpłyną na ich życie. Niestety, mimo niezłego pomysłu, historia ta momentami jest bardzo, bardzo sztampowa. Niektóre z problemów dzieciaków także zostały nadmiernie wyolbrzymione, co sprawiło, że sprawy te stały się iście karykaturalne. Na dobrą sprawę jednak, opowieść okazała się dość… przyjemna. Napisana w prostym języku nie wywoływała większych trudności, dlatego też spodobać może się także tym, którzy od książek zazwyczaj stronią.
 
Nie można też nie wspomnieć, że jest to dość zgrabnie stworzona obyczajowa historia, skupia się on przecież także na relacjach pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Ukazuje, jak bardzo zagmatwane relację mogą być pomiędzy dzieciakami, no bo właśnie... młodość rządzi się przecież własnymi prawami.

Parafrazują tekst pewnej piosenki, z niejednego wydawnictwa się książki czytało. Co za tym idzie, na mnie większego wrażenia powieść Stead nie zrobiła. Nie ma się co oszukiwać – nie oniemiałem z wrażenia, moje serce tą historią nie zostało zawładnięte, nie płakałem także ze wzruszenia. A jednak – „Całkiem obcy człowiek” ma w sobie coś takiego, że każda kolejna strona zachęca czytelnika do przeczytania następnej. I w ten oto sposób dociera się do epilogu.

Recenzowany dziś tytuł jest pierwszą wydaną w Polsce książką autorstwa Rebecci Stead. Na rynek wypuściło ją Wydawnictwo IUVI w tym samym czasie, kiedy premierę miała także inna ich powieść – "Alcatraz kontra Bibliotekarze". 
Za redakcję odpowiada znów Katarzyna Kolowska-Chmura, natomiast za korektę Ewa Cebo. I tutaj pojawia się kolejna wada, prawdopodobnie tylko polskiego wydania – w tekście znajdziemy literówki oraz błędy interpunkcyjne. Nie przeszkadzają one nadmiernie podczas czytania, a jednak do tej pory przy publikacjach tego wydawcy nie zauważyłem aż tylu wpadek w jednej książce. Nie mam pojęcia, co jest tego przyczyną, ale mam nadzieję, że nie powtórzy się to drugi raz! 
Przekładem zajęła się Krystyna Kornas. Tytuł ten znajdziemy w księgarniach w cenie 29,90zł w oprawie miękkiej, ze skrzydełkami. Książka zawiera około 323 strony.

Naprawdę zastanawiałem się nad tym, jak ocenić tę powieść. Może i mnie szczególnie nie oczarowała, miałem nadzieję, że otrzymam nieco dojrzalszą historię, poprzeczkę więc postawiłem wyżej, niż „Całkiem obcy człowiek” dał radę przeskoczyć. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by sięgnąć po tę historię. A nuż, może akurat komuś spodoba się bardziej?  

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu IUVI.  
  
Tytuł: "Całkiem obcy człowiek"

Autor: Rebecca Stead


Tłumacz: Krystyna Kornas
 
Wydawca: Wydawnictwo IUVI


Rok wydania: 2017

Liczba stron: ok. 323 [7]


ISBN: 978-83-7966-030-8


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)


piątek, 24 lutego 2017

"Alcatraz kontra Bibliotekarze"

Półki księgarń na działach prozy dla dzieci i młodzieży uginają się od ilości publikacji. Piętnastego lutego na jednej z nich dołączyła nowa pozycja – świeżo wydana w Polsce powieść Brandona Sandersona "Alcatraz kontra Bibliotekarze". I chociaż książka ta kierowana jest do młodszej grupy odbiorców, to zdecydowałem się przygarnąć jeden egzemplarz do siebie. Czy powieść ta była równie udana jak inne książki Sandersona?

Powiedzieć, że Alcatraz Smedry to dziecko przynoszące pecha, to powiedzieć zdecydowanie za mało. Chłopiec we wczesnych latach życia został osierocony, co sprawiło, że swoje pierwsze kroki stawiał w rodzinach zastępczych, nigdy nie poznając swoich biologicznych rodziców. Mimo wszelkich starań opiekunów, nie mógł liczyć na spokojny, pełen miłości dom, gdyż Alcatraz psuł wszystko, czego tylko dotknął. Sprawiło to, że chłopak odsyłany był z jednej rodziny do drugiej.
W dniu swoich trzynastych urodzin otrzymuje jednak tajemniczą przesyłkę. Znaczek i data stempla pocztowego wskazują na to, że paczkę nadano do niego trzynaście lat temu... tylko skąd ktoś mógłby wiedzieć, że Smedry w tym czasie będzie mieszkał właśnie w danej rodzinie? Chłopak uznaje to za głupi żart, tym bardziej, że w kopercie znajduje tylko woreczek pełen... piasku. No cóż, zawsze mogło być gorzej. Niebawem jego piasek znika, co początkowo nie zdaje się mieć większego sensu. Po co ktoś miałby go ukraść? Wkrótce po Alctaraza przybywa jednak tajemniczy gość, który podaje się za jego dziadka. Dziadka, o którego istnieniu chłopiec kompletnie nic nie wiedział.  Staruszek, choć przypomina nieco szaleńca, streszcza szybko historię jego rodziny, i tego, co tak naprawdę znaczy piasek, który otrzymał – Piasek Raszida. I kto ukradł ten piasek – nikt inny, jak sami Bibliotekarze. Jak się bowiem okazuje, Bibliotekarze wcale nie są miłymi pracownikami w dużych okularach, wręcz przeciwnie, są organizacją, która kontroluję cały świat – wszystkie informacje przepływające w państwie, system oświaty, media. Kiedy życie Alcatraza wisi na włosku, nie ma on czasu na zastanowienie, zgadza się na propozycję dziadka i wyrusza z nim, by odzyskać Piasek Raszida. Jeśli nie odzyskają go na czas, Bibliotekarze mogą stać się jeszcze potężniejsi. I może być to początek końca rodu Smedrych...

Do powieści Sandersona nie podszedłem zbyt poważnie. Założyłem, że skoro jest to książka dla młodszych nastolatków, to zapewne będzie ona dość prostą, nieskomplikowaną historią. Obawiałem się, że możliwe, że będzie także mdła, poprzez nadmiar luzackiego stylu, jakim często próbują posługiwać się autorzy powieści dla nastolatków. I pierwszy tom przygód Alcatraza faktycznie został napisany tym luzackim stylem, a jednak zamiast przewracać oczami, często śmiałem się do rozpuku. Sanderson trafił w te idealne miejsce – nie przekroczył granicy dobrego smaku. Sprawił, że przedstawiona narracja jest ciekawym akcentem, gdyż to właśnie dzięki niemu cała fabuła zyskuje w oczach czytelnika. Nie ma też co ukrywać – nie jest to ani poruszająca historia, ani pełna moralizatorskich treści opowieść, czytelnicy nie dostają także możliwości doszukiwania się metafor (czyli sławnego co autor miał na myśli?). To chyba jest w tym wszystkim najfajniejsze. Sanderson stworzył historię dla młodych chłopaków (i nie tylko, oczywiście), którą czyta się naprawdę przyjemnie i niesamowicie szybko, a nie oznacza to wcale, że napisano ją od niechcenia, przez niezbyt rozgarniętego rzemieślnika. Autor przedstawia powieść pełną gagów i śmiesznych zwrotów akcji, które z pewnością rozbawiłyby każdego, nawet kogoś, kto na co dzień nie uśmiecha się zbyt często! To co w książce mi się nie spodobało, to jedynie złe przejścia z czasu przeszłego na teraźniejszy (i na odwrót). Narrator – główny bohater powieści – opowiada historię, której doświadczył, dlatego wraca do wspomnień i to je właśnie opisuje. Perspektywa ukazania nie jest więc zła, więc Sanderson mógł skomponować te dwa czasy nieco lepiej, płynniej.
Niestety, książki tej prawdopodobnie nie znajdziecie w bibliotekach. Pamiętajcie, że bibliotekarka z Waszej pobliskiej filii to jedna z tajnych agentek stowarzyszenia bibliotekarzy, która nie zawaha się Was zabić! Dlatego lepiej nie pytajcie o ten obnażający prawdę tytuł.

Kiedy więc ktoś próbuje dać wam jakąś entuzjastycznie nagradzaną książkę, bądźcie mili i uprzejmi, ale powiedzcie, że nie czytacie "fantazji", bo wolicie prawdziwe historie. A potem wróćcie i dalej zagłębiajcie kult złych Bibliotekarzy, którzy potajemnie władają światem.
"Alcatraz kontra Bibliotekarze", Brandon Sanderson, tł. Jacek Drewnowski
Pierwszy tom z serii "Piasek Raszida" wydany został przez Wydawnictwo IUVI. Książkę przełożył Jacek Drewnowski. Redakcją zajęła się Katarzyna Kolowca-Chmura, a korektą Teresa Zielińska. Całkiem przypadkiem ostatnio odkryłem, że grafika na okładce książki jest drugim projektem! Pierwsza wersja okładki "Alcatraza" wzbudziła bowiem spore poruszenie wśród fanów Wydawnictwa na Facebooku. Odzew nie był niestety w żadnym przypadku pozytywny, na szczęście IUVI stawiło czoła wyzwaniu i zaprojektowało drugą wersję. Jeśli mam być szczery, to przy pierwotnym projekcie nie miałem większych uwag, aczkolwiek obecna wersja wręcz idealnie wpasowuje się do ilustracji zawartych w książce, które stworzyła Hayley Lazo. Za cenę 29.90 złotych, otrzymujemy powieść w miękkiej oprawie ze skrzydełkami, która zawiera około trzystu pięciu stron.

A zatem czytanie jest kompletnie bez sensu i powinniście poświęcać czas na inne, donioślejsze sprawy. Podobno matematyka ma zbawienne skutki. Trochę jak pokora z dodatkiem wykresów. Tak czy owak, niebawem się dowiecie, czy wolicie mnie nienawidzić za to, że nie piszę więcej, czy też za to, że piszę za dużo. Proszę tylko, żebyście ograniczyli wszelkie możliwe próby zamachów do dni szkolnych, bo wolałbym nie umrzeć w sobotę.
"Alcatraz kontra Bibliotekarze", Brandon Sanderson, tł. Jacek Drewnowski

Recenzowany dziś tytuł został opublikowany w naszym kraju dopiero po dziewięciu latach od pierwszego wydania za granicą. Jak się jednak okazuje, pomimo drobnych wad, warto było na nią tyle czekać. To takie właśnie książki powinny być przekazywane z rąk do rąk!

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu IUVI.  
  
Tytuł: "Alcatraz kontra Bibliotekarze"

Autor: Brandon Sanderson


Tłumacz: Jacek Drewnowski
 
Wydawca: Wydawnictwo IUVI


Rok wydania: 2017

Liczba stron: ok. 304 [10]


ISBN: 978-83-7966-029-2


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)