niedziela, 13 sierpnia 2017

"Nothing less"

Już dobre parę lat temu na polskim rynku wydawniczym zaczęły pojawiać się książki, które reklamowano jako powieści new adult. Skierowane do wchodzących w dorosłość nastolatków książki, traktują o nich samych i o problemach, z jakimi wiązać może się dorosłość i odpowiedzialność. Na fali popularności tego rodzaju młodzieżówek, powstało wiele książek, które coraz bardziej przypominają powieści skierowane do dorosłego czytelnika. Niedawno miałem okazję przeczytać „Nothing less”, czyli kontynuację dylogii o Landonie Gibsonie autorstwa Anny Todd. Recenzja pierwszego tomu pojawiła się tutaj. Co myślę o kontynuacji tej młodzieżowo-erotycznej historii?

Życie Landona nadal zdaje się pełne problemów, których jeszcze miesiąc wcześniej nigdy by się nie spodziewał. Do chłopaka przyjechać ma jego przyrodni brat – Hardin. Sęk w tym, że Landon nadal nie ma pomysłu na to, co zrobić, by wizyta chłopaka nie sprawiła bólu jego współlokatorce, a zarazem byłej dziewczynie Hardina – Tessie. I choć przyjaciółka zapewnia, że to dla niej żaden problem, Landon wie, że obojętność i opanowanie emocji, wymaga od Tessy bardzo dużo wysiłku i samozaparcia.

Jednak oprócz sercowo-emocjonalnych spraw jego brata i Tessy, Landon zmaga się także z własnymi problemami uczuciowymi. I obiektami swoich westchnień… Chłopak czuje się szczęśliwy, gdy obok niego znajduje się Nora. Zabawna i niezwykle pociągająca koleżanka, mąci chłopakowi w głowie, a on sam nie może przestać o niej myśleć.

W jego życie wtrąca się jednak także dawna miłość – Dakota. Choć Landon wie, że ich związek dawno się zakończył, to wydaje mu się, że w pewnym sensie zarówno on, jak i była dziewczyna, nadal w nim tkwią. Dakota sprawia, że powracają do niego dobre wspomnienia z czasów, kiedy byli jeszcze razem. Jednak chłopak nie jest pewien, czy związanie się teraz z Dakotą, kiedy nie jest już nastolatkiem, jest dobrym pomysłem.

Choć każda z dziewczyn ma ogromny wpływ na chłopaka, on dla jednej z nich musi wyznaczyć konkretną granicę pomiędzy relacją intymną a tą zwykłą, platoniczną. Musi zdecydować, której może zaufać i przed którą może otworzyć własne serce.

Wkrótce Landon zacznie poznawać sekrety ukrywane przez Norę. Tymczasem życie Dakoty znów wywróci się do góry nogami. Na dodatek zaborczy Hardin będzie konsekwentnie próbował ponownie zdobyć zainteresowanie Tessy.

Jakie decyzje podejmie Landon? Co ukrywa przed nim Nora? Chłopak przekonuje się, że prawdziwe życie to nie tylko słodkie wypieki i namiętny seks…

Zanim zaczniemy czytać kolejną, nową książkę Anny Todd, to raczej nigdy nie powinniśmy czuć lęku czy obawy przed nieznanym. Choć to stwierdzenie wydaje się dość śmieszne, to prawda jest przecież taka, że przed lekturą z góry wiemy już mniej więcej, czego możemy znaleźć w powieści. „Nothing less” to kontynuacja historii o Landonie Gibsonie. O ile można zacząć czytać „Nothing more” bez lektury serii „After”, o tyle zrozumienie „Nothing less” bez przeczytania poprzedniego tomu jest kompletnie niemożliwe. Te dwie części są tak połączone, że czytelnik, chcąc czy nie, musi najpierw zaznajomić się z fabułą „Nothing more”. Drugi tom zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu. Po lekturze odnosi się wrażenie, że autorka wcale nie napisała dwóch książek, tylko przedzieliła jedną powieść na pół, dzięki czemu powstała dylogia o Landonie.

Tak jak wspomniałem wcześniej, zabierając się za czytanie „Nothing less”, dokładnie wiemy, czego możemy się spodziewać: młodych, nieokrzesanych bohaterów, dramatów niczym w operze mydlanej i współżycia w różnych, dziwnych miejscach. I dokładnie to serwuje nam autorka – zwyczajnym love story, bez przeróżnych metafor czy puent. Jednak czy każda młodzieżówka musi nieść ze sobą jakiś przekaz? Jasne, że nie. I to jest jeden z niewielu plusów tej książki: Todd nie wciska nam na siłę powieści z moralizatorską fabułą, a zwykłą, prostą historię o młodych ludziach.

Niestety, tak jak przewidywalna może być fabuła, tak samo i Todd nie zmienia swoich nawyków i popełnia te same błędy. „Nothing less” pełne jest pseudoromantycznych momentów, które bardziej czytelnika rozbawią, niż podekscytują. Wydaje się, że autorka ma prawdopodobnie dość odmienne od reszty świata wyobrażenie romantycznych porównań:

„Jest taka ciepła, a jej ciało przypomina mi ciepłe noce w Michigan: utrzymującą się wilgoć i robaczki świętojańskie błyskające na podwórku. Nora przypomina mi zaskakującego i jasno świecącego robaczka. Nieprzeznaczonego do trzymania w słoiku. Nigdy nie pozwoli na to, by ktoś ją trzymał w słoiku”
Anna Todd, „Nothing less” str. 174, tł. Krzysztof Skonieczny, SIW Znak 2017

Tak, porównania do robaczków są niebywale seksowne. Skoro doszedłem już do tematów związanych z seksualnością, to tutaj pojawiają się kolejne ekscesy. Zastanawiające jest, do kogo Todd kieruje swoją książkę. Do dorosłych czy może jeszcze do osób w wieku trzynaście plus? Autorka sama też chyba do końca nie wie, gdyż bohaterowie jej książki w niektórych momentach są niezwykle dojrzali, jednak w innych… wstydzą się własnych narządów płciowych. Dlatego też, niestety, raz Landon uprawia seks przez ubrania (a pod koniec musi zmieniać spodnie z powodu lepkiej plamy w okolicach rozporka), natomiast czasem pożądanie bierze górę nad pruderią, a bohater swe uniesienia opisuje tak:

„[…] chwyta mojego kutasa, a ja czuję znajomą tęsknotę w dolnej części brzucha. Jęczę z pożądania, a ona ściska mocniej. Jej dotyk prawie boli, ale przyjemność jest silniejsza od bólu i sięgam w dół, by rozpiąć spodnie. Pomaga mi w tym, ściągając je”
Anna Todd, „Nothing less” str. 175, tł. Krzysztof Skonieczny, SIW Znak 2017

Jak widać, (nie)dziewczyna Landona musi mieć stalowy chwyt, skoro jej „dotyk prawie boli”. Na szczęście, jego partnerka nie jest chyba taka zła, skoro pomaga ściągnąć mu spodnie – przynajmniej tym razem ich nie zabrudzi. Bohaterowie swoim zachowaniem wzbudzają mnóstwo sprzeczności, co wiąże się z tym, że Todd wydaje się naprawdę niekonsekwentna.

Podobnie jak w pierwszym tomie, tak i teraz wydaje się, że postacie występujące w powieści, cierpią na hiperlibidemię. To właśnie seks jest najważniejszą wartością w książce Todd, dlatego też bohaterowie muszą spróbować go wszędzie – pieszczą się nawet w kuchni, podczas podgryzania kapusty. Jednocześnie, zastanawiające jest, co tak bardzo pociąga kobiety w Landonie Gibsonie, który prawdopodobnie w wyobraźni Anny Todd przybrał postać dresiarza Seby, gdyż chłopak niezwykle często ze swojej szafy wyciąga nowe pary dresów.

Podczas czytania uznałem także, że Landon to swego rodzaju bohater-kameleon. Chłopak dostosowuje się do każdej sytuacji, co sprawia, że ostatecznie wydaje się on dość nijaki. Według Todd, jest on zapalonym czytelnikiem, fanem sportu, smakoszem kawy i ciast, bogiem w łóżku i zacofanym technologicznie nastolatkiem. Niezłe połączenie, rzec by można, że być może nawet i hybryda. Ciekaw jednak jestem, czy autorka rzeczywiście zna podobnych ludzi renesansu.

Anna Todd raczy nas także błędami rzeczowymi. Na stronie 87 „Nothing less”, Nora zaprasza Landona do restauracji. Podczas rozmowy, kobieta wspomina o tym, że pewna knajpa ma lepsze opinie na Yelpie. Zdezorientowany Landon pyta całkiem na poważnie o to, czym jest cały ten Yelp. Tymczasem w „Nothing more” na stronie 265, chłopak mówi tak:
„Mam otwarte trzy okna [przeglądarki internetowej] – iTunes, pracę i Yelp. Od kiedy przeprowadziłem się na Brooklyn, korzystam z Yelpa prawie codziennie… poza tym razem, kiedy nawet nie sprawdziłem baru, do którego zaprosiła mnie Nora, co nagle sobie uświadamiam”
Anna Todd, „Nothing more” str. 265, tł. Krzysztof Skonieczny, SIW Znak 2017

Ciekawe jest też to, że nasi bohaterowie ani razu nie muszą pojawiać się na wykładach na uczelni, a Landon przecież tak pilnie studiuje pedagogikę. Sama postać Nory wydaje się zbyt przerysowana. Kobieta, parę lat starsza od Landona, często wypowiada deklaracje, po których sugerować moglibyśmy, że jest od chłopaka starsza nie o pięć, a o co najmniej piętnaście lat.

Być może wierni czytelnicy Anny Todd będą zadowoleni, aczkolwiek „Nothing less” okazuje się zdecydowanie gorsze niż „Nothing more”. Błędy rzeczowe i nieścisłości sprawiają, że powieść wydaje się napisana niechlujnie, natomiast niedojrzałe lub też protekcjonalne zachowanie bohaterów często irytuje.

Na dodatek „Nothing less” nie wnosi niczego nowego; jest młodzieżowym romansem z dość barwnymi opisami i mnóstwem slangowych określeń genitaliów. Pozostaje pytanie: czy to właśnie tego oczekują młodzi czytelnicy (czytelniczki?) w książkach?

„Nothing less” wydane zostało przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak pod marką OMG Books. Jest to najnowsza wydana w Polsce książka Anny Todd. Oprócz niej, na rynku możemy przeczytać także całą serię „After” i książkę „Imagines”. Opiekę redakcyjną nad tytułem sprawowała Alicja Gałandzij. Za przekład z języka angielskiego odpowiedzialny jest Krzysztof Skonieczny.

„Nothing less” utrzymane zostało w podobnej szacie graficznej jak pierwszy tom historii Landona Gibsona. Tym razem znów otrzymujemy książkę w oprawie miękkiej bez skrzydełek. Na powieść składa się około 370 stron. Cena detaliczna wynosi 36,90 zł. Powieść dostępna jest także w wersji elektronicznej.

Może i druga część przygód Landona nie jest zbyt zaskakująca, ale z pewnością sprawdzi się jako lekkie czytadło po wyczerpującym tygodniu. Trzeba być jednak przygotowanym na to, że „Nothing less” to nie książka wysokich lotów, a potknięć autorki jest tutaj naprawdę sporo. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że zanim ktokolwiek zabierze się za czytanie, to musi przemyśleć, czy naprawdę ma wystarczająco mocne nerwy. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak.  
  
Tytuł: "Nothing less"

Autor: Anna Todd


Tłumacz: Krzysztof Skonieczny
 
Wydawca: OMG Books


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 366 [4]


ISBN: 978-83-240-3682-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

czwartek, 10 sierpnia 2017

"Państwo Macron"

Kiedy siódmego maja Francuzi skierowali się do lokali wyborczych, by oddać głos na przyszłego prezydenta ich kraju, dwoje kandydatów musiało przygotować się zarówno na niepowodzenie, jak i na wielkie zwycięstwo. Dziś, patrząc na wyniki wyborów, można myśleć, że druga tura była z góry przegrana dla Marine Le Pen. Z ponad sześćdziesięcioprocentowym poparciem, prezydenturę objął Emmanuel Macron. I choć być może od jakiegoś czasu istnieje on w świadomości Francuzów, to dopiero teraz stał się człowiekiem rozpoznawalnym nie tylko we Francji, ale też całej Europie. Kim tak naprawdę jest nowy pan prezydent? 

Emmanuel Macron wychowywał się w rodzinie lekarzy. Z pewnością marzeniem jego ojca było, by syn sam założył lekarski kitel. Ten jednak od najmłodszych lat okazywał się całkiem inne pasje niż jego rówieśnicy. 

Zawsze nad wyraz inteligentny, bardziej dojrzały od kolegów z klasy, jednocześnie nikt nie mógł zarzucić mu, że cechuje się snobizmem i egoizmem. Młody Macron zaskakiwał swoją wiedzą i poglądami konserwatywnych nauczycieli, z którymi często zresztą lubił polemizować. Ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu przez przyszłego prezydenta było natomiast… czytanie książek!  
Jako nastolatek uczęszczał do szkolnego koła teatralnego, gdzie poznał miłość swojego życia – starszą o dwadzieścia cztery lata Brigitte, która jest nauczycielką w jego szkole. I choć wydawać by się mogło, że to młodzieńcze zauroczenie szybko zamieni się we wspomnienie z przeszłości, Emmanuel zadeklarował kobiecie, że w przyszłości weźmie z nią ślub. Jak się okazuje, Macron dotrzymał słowa. Dziś, dawna profesorka szkolnej trupy teatralnej, stoi u jego boku jako ukochana żona. A nie potajemna kochanka…

Teraz Emmanuel Macron jest najważniejszą osobą we Francji. Jednocześnie śmieje się ze swoich przeciwników politycznych i dawnych sojuszników. On, nawet nie czterdziestolatek, dziś chce zmieniać Francję. Nie można jednak zapomnieć, że tam, gdzie prezydent, tam i Brigitte. „Państwo Macron” to dokument, który swoim czytelnikom przybliża nie tylko postać Emmanuela Macrona, ale także jego żony oraz historię ich miłości.

Dokument napisany przez Caroline Derrien i Candice Nedelec to książka, przedstawiająca losy dość kontrowersyjnej pary, która od pewnego czasu pojawia się na ekranach telewizorów na całym świecie i na pierwszych stronach popularnych francuskich czasopism. „Państwo Macron” jednak oprócz przedstawienia love story Emmanuela i Brigitte, opisują historię tej pary jeszcze sprzed wkroczeniem Macrona w politykę.

Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, ale książka o tej parze prezydenckiej zaskoczyła mnie tym, że napisana została w naprawdę dynamiczny i ciekawy sposób.  Obawiałem się, że autorki nie będą umiały utrzymać na tyle przyciągającą narrację, by książkę można było przeczytać bez odczucia zmęczenia. A jednak Derrien i Nedelec się to udało, a „Państwo Macron” nie przypomina podanych w skondensowanej formie suchych informacji z encyklopedii. Jednak, niestety, jest to jedna z niewielu zalet tej książki.

Opisana przez autorki historia jest dość stronnicza i nieobiektywna. Większość opinii i faktów, zostało przytoczone przez samą panią Macron oraz dawnych znajomych pary prezydenckiej.  Jednocześnie w książce trudno znaleźć źródła poszczególnych wypowiedzi czy chociażby imiona i nazwiska osób, z którymi dziennikarki rozmawiały. Większość odpowiadających na pytania o Macronów to anonimowi koledzy i koleżanki prezydenta i jego żony. Poddaje to więc w wątpliwość rzetelność tego dokumentu. Bo kolegą z bliskiego środowiska Emannuela Macrona mogła być w tym wypadku nawet kreatywność autorek.

Bardzo rzucające w oczy jest też to, że autorki w swojej książce na pewien sposób zaczęły gloryfikować osobę, jaką jest Macron oraz jego zasługi. W dokumencie znajdziemy mnóstwo wypowiedzi, które należą do bliskich współpracowników i przyjaciół prezydenta, jednakże słów polityków opozycji jest naprawdę niewiele. Owszem, autorki opisują jego sprytną zagrywkę wobec Francois Hollande’a, lecz niewiele znaleźć można informacji na temat chociażby rzekomego wykorzystania ministerialnych pieniędzy na swoją własną kampanię wyborczą.

Podczas lektury bezkrytyczna postawa wobec Macrona może nieco irytować, tym bardziej że sam prezydent wydaje się mieć dość wysokie mniemanie o sobie. Na stronie sto sześćdziesiątej dziewiątej, znajdziemy nawet porównanie Emannuela Macrona do… Joanny d’Arc!

Choć autorki bardzo chciały zapanować nad tym, co dzieje się w ich dokumencie, to chronologia zdarzeń jest w poszczególnych rozdziałach poważnie zaburzona. Okresy sprzed wyborów mieszają się z okresem studiów i  pracą Macrona w finansach. Dla tych, którzy  interesują się polityką Francji, z pewnością nie będzie to problemem. Jednak dla osób, które o francuską politykę znają tylko z przekazów w portalach informacyjnych, to nieuporządkowanie może sprawić, że przez pewien czas nie będzie się można w książce odnaleźć.

W zależności jednak od naszych poglądów politycznych, książka sprawia, że prezydenta Francji możemy polubić (lub też wręcz przeciwnie). Mnie przynajmniej spodobały się pomysły Macrona, tym bardziej, kiedy u nas rządzący głosują na ustawy pełne błędów, a na urzędowych stołkach zasiadają córki leśniczych. Wydaje się, że Macron sprawił, iż francuska scena polityczna weszła na nowy, świeży i zrewolucjonizowany poziom. O tym, czy sprawdzi się podczas prezydentury, dopiero się przekonamy.

 „[E. Macron] To doskonały artysta, który od początku wspaniale odgrywa swą rolę”
wypowiedź Renauda Dutreila zawarta w książce „Państwo Macron”, tł. Andrzej Bilik

„Państwo Macron” wydane zostało przez Wydawnictwo Studio Emka. Za redakcję i korektę odpowiedzialni są Halina Tchórzewska-Kabata i Michał Kabata. Niestety, nie wiem, na którym etapie redakcyjnym pojawiły się problemy, aczkolwiek z pewnością jakieś musiały zaistnieć, gdyż w książce pojawiało się wiele błędów związanych z interpunkcją. Przez błędy, niektóre ze zdań stawały się czasem zupełnie niezrozumiałe. Jedno z nich brzmi tak:  „Między szorstkim humorem Manuela a tym, bardziej sztubackim Emmanuela”. Do teraz zastanawiam się, co autor miał na myśli.

Przekładem zajął się Andrzej Bilik. Podczas czytania miałem jednak czasem wrażenie, że tłumacz książkę przełożył „kropka w kropkę”. Kiedy więc notorycznie natrafiałem na wyrażenia: „Bardzo mi przyjemnie” czy „W końcu lat 1990”, zacząłem myśleć, czy Polacy faktycznie tak mówią? Jasne, po dosłownym przetłumaczeniu tego z francuskiego, tak właśnie to brzmi. Ale czy u nas naprawdę mówimy do dopiero co poznanych osób „Bardzo mi przyjemnie” zamiast „Bardzo mi miło”?

Projekt okładki stworzył Michał Duława. Oprawa jest miękka, bez skrzydełek. Na książkę składa się około 190 stron. Cena detaliczna wynosi 34,90 zł. Powieść dostępna jest także w formie elektronicznej.

Nie mogę powiedzieć, że czytając „Państwo Macron”, bezowocnie straciłem czas. Nie, myślę, że właściwie to moje cenne minuty zostały wykorzystane dość przyjemni i być może nawet pożytecznie. Udało mi się nieco poznać historię Macrona i jego żony, choć niestety tylko te fakty, które oni sami chcieli ujawnić. Książka sprawiła jednak, że zapragnąłem poznać to, o czym w książce nie było mowy. Nie było więc tak źle, jednak jeśli miałbym teraz wydać 35 złotych na tę książkę, to wolałbym kupić używaną „Revolution” w języku angielskim na eBayu

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Studio Emka oraz PR Art Media. 


Tytuł: "Państwo Macron"

Autor:Caroline Derrien & Candice Nedelec


Tłumacz: Andrzej Bilik
 
Wydawca: Wydawnictwo Studio Emka


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 192 [6]


ISBN: 978-83-65068-88-0


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: "Przeczucie"

Ostatnio na blogu recenzowałem szwedzki kryminał – „Sekrety Sztokholmu”. Wspominałem tam, jak wielką popularnością cieszą się u nas powieści tworzone przez Skandynawów. Niedawno otrzymałem niespodziewaną przesyłkę od wydawnictwa Znak, w której znalazł się przedpremierowy egzemplarz książki „Przeczucie”, czyli kryminału prosto z kraju kwitnącej wiśni. Japończycy znani są z bardzo dokładnej i wysokiej jakościowo produkcji często dość kosztownych rzeczy. A jak sprawdzają się ich kryminały? 

Nad stawem rybackim znalezione zawinięte w niebieską folię budowlaną obwiązaną sznurkiem zwłoki mężczyzny. Na miejsce przyjeżdża Reiko Himekawa – młoda pani komisarz z tokijskiej policji metropolitalnej. Po pierwszych oględzinach stwierdzić można z pewnością jedno: mężczyzna, zanim trafił nad jezioro, został poddany brutalnym torturom. 

Himekawa jest młodą policjantką z dość nieciekawą przeszłością. Mimo wszystko szybko zdobywa kolejne rangi w policyjnej hierarchii, a większość jej spraw kończy się sukcesem. Chociaż komisarz robi wszystko, co do niej należy, dochodzenie w sprawie morderstwa tkwi w martwym punkcie. Kobiecie, co prawda udaje się poznać personalia ofiary i jej znajomych, mimo to nie znajduje żadnego punktu zaczepienia. Nawet intuicyjnie nie potrafi wskazać potencjalnego motyw czy zabójcę. Wkrótce jednak znalezione zostają kolejne ciała… 

Z pojawieniem się nowych ofiar, do akcji wkracza także drugi zespół śledczych kierowany przez starego wyjadacza – Kensaku Katsumaty. Mężczyzna, mimo dłuższego stażu od Reiko, ma taki sam stopień co kobieta. Jest to tylko jeden z wielu powodów, dla których Katsumata nie cierpi młodej detektyw. Himekawa musi więc teraz nie tylko w stu procentach poświęcić się sprawie morderstw, ale jeszcze współpracować z nielubianym starszym kolegą. 

Kiedy pojawiają się nowe ciała, przełożeni chcą rezultatów, tymczasem detektywi błądzą niczym dzieci we mgle wśród nikłych śladów pozostawionych przez sprawcę. Czy Himekawie uda się dowiedzieć, kto dokonuje brutalnych morderstw w samym centrum Japonii?

Kiedy otrzymałem przesyłkę z „Przeczuciem”, ogarnęły mnie mieszane uczucia. Do samego końca miałem wątpliwości, czy japoński kryminał będzie tym, czego szukam w literaturze. Od pewnego czasu zauważyć można, że Japonia jest „na topie”. Nikogo nie dziwią dostępne na księgarskich regałach mangi czy też konwenty poświęcone japońskim animom. Niestety, ani japońska sztuka, ani zwyczaje, ani też język kraju kwitnącej wiśni, nigdy szczególnie mnie nie fascynował. Zamiast tego, zawsze wolałem kraje pełne śniegu Północy. Tym większe okazało się moje zaskoczenie, kiedy „Przeczucie” porwało mnie na prawdziwą, japońską jazdę bez trzymanki. A ja wcale nie narzekałem.

Tetsuya Honda stworzył powieść pełną niezwykle wyrazistych postaci, o konkretnie przypisanych cechach. Trzeba przyznać, że w powieści Hondy przewija się naprawdę masa bohaterów. Autor stara się nam każdego z nich dobrze opisać, co zdecydowanie mu się udaje. Jednakże wiąże to ze sobą pewne konsekwencje. Na lekturze zdecydowanie trzeba się skupić. W innym wypadku nazwiska bohaterów zaczną nam się mylić, co spowoduje, że całkowicie zgubimy się w fabule tej powieści.

Głównym atutem książki Hondy jest naprawdę dobrze skonstruowana intryga. To celowość i technika dokonywanych mordów jest najważniejszym wątkiem w tej powieści. Pisarz świetnie sprofilował swojego zabójcę, który nie jest anonimowym rzeźnikiem spod piątki – ma on pewną motywację i modus operandi, którego konsekwentnie się trzyma. Na dodatek wszystko praktycznie do samego końca pozostaje dla czytelnika – i śledczych – tajemnicą. Autor skąpi nam szczegółów, jednocześnie podsuwając bardzo małe, ale jakże ważne fragmenty układanki.

Jedną ze szczególnie skrajnych postaci jest Kensaku Katsumata, czyli antagonista głównej bohaterki. Wykreowany został on na postać, którą czytelnicy nie do końca polubią. Katsumata w powieści Hondy przedstawiony jest jako dość konserwatywny starszy pan, który tęskni za latami słusznie minionymi, na rozwiązanie języka serwuje zastrzyk nieopodatkowanej gotówki, a kobiety traktuje ostro i bardzo przedmiotowo. Za pomocą tego jednego bohatera, autor zdołał przedstawić hipokryzję Japończyków. Pisarz głośno mówi o obłudzie – o chęci uchodzenia za nowoczesnych i otwartych, a tak naprawdę nadal konserwatywnych i przywiązanych do hermetycznych tradycji. Autor na dodatek obnaża to, jak niewiele w Japonii znaczy równouprawnienie. Okazuje się, że szczególnie wśród Japończyków starszych wiekiem, głos kobiety liczy się niewiele więcej niż słowa dziecka. Choć zachowanie Katsumaty odrzuca, to jednocześnie daje sporo do myślenia.

Sama główna bohaterka zresztą też jest zaprzeczeniem typowego modelu kobiety z Japonii. Himekawa jest niezależną, pełną zapału młodą kobietą, która oprócz tego, że wygląda pięknie i młodo, to jest gotowa walczyć o siebie. Bohaterka potrafi wziąć życie w swoje ręce, co więcej, niejednokrotnie zachowuje się zdecydowanie lepiej niż ukazani w „Przeczuciu” mężczyźni. Reiko nie jest wątłą dziewczyną o jaskrawo kolorowych włosach i w nieprzyzwoicie krótkich spódniczkach, a doświadczoną komisarz, która świetnie poradzi sobie bez mężczyzny u boku.

Jednocześnie Tetsuya Honda w swojej książce stara się objaśnić zasady działania i funkcjonowania japońskich organów ścigania. Nie wiem, jak wygląda to z perspektywy Japończyków, aczkolwiek akurat dla mnie, wiele z panujących tam zasad jest zwyczajnie nie do zrozumienia. W moim odczuciu, przyłączanie do śledztwa kolejnych jednostek i wdrażanie ich od początku w sprawę, to działania po prostu bezsensowne. Oprócz tego Honda prezentuje w swojej książce także całkiem inne oblicze policji – te, w której nie liczy się dobro społeczeństwa, a własne statystki i rywalizacja pomiędzy funkcjonariuszami. Oczywiście, to, co wydał autor, jest fikcją literacką, jednak wydaje mi się, że przedstawiona przez niego rzeczywistość, niewiele odbiega od tego, co na co dzień może rozgrywać się na policyjnych komendach.

„Przeczucie” jest naprawdę porywającym kryminałem. Jednak oprócz tego, że książka Hondy zapewnia niesamowite wrażenia, to naprawdę sporo dowiedzieć można się o obyczajach tego nadal dość egzotycznego dla nas miejsca. Nie mówię, że po przeczytaniu tej jednej książki zostałem od razu ekspertem od kultury Japonii, jednak powieść sprawiła, że zainteresowałem się tematami, którymi do tej pory w ogóle się nie interesowałem.

„Przeczucie” swoją oficjalną premierę mieć będzie już niebawem, bo szesnastego sierpnia bieżącego roku. Ta świetnie sprzedająca się w Japonii powieść, wydana zostanie u nas przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, a konkretnie pod marką Znak Literanova. Opiekę redakcyjną nad tym tytułem sprawowała Alicja Gałandzij, natomiast składem zajęło się Wydawnictwo JAK. Za przekład „Przeczucia” odpowiada Rafał Śmietana.

Projekt okładki stworzył Paweł Panczakiewicz. Mój przedpremierowy egzemplarz wydany został w oprawie miękkiej; na „Przeczucie” składa się niecałe 350 stron. Sugerowana cena detaliczna wynosi 39,90 zł, ale nawet już w teraz, w przedsprzedaży, można upolować ten tytuł z dziesięciozłotową obniżką.

Honda stworzył niezły, klimatyczny kryminał o niezwykle wartkiej akcji, który jednocześnie bardzo dobrze się czyta. Myślę, że spodoba się on naprawdę wielu z nas, tym bardziej, gdy na naszych półkach ostatnimi czasy pojawiają się jedynie kryminały polskie lub skandynawskie. Oczywiście, nie możemy porównywać kryminału Hondy do książek Nesbo, bo to dwa osobne byty. Jestem jednak pewien, że „Przeczucie” to dla Znaku strzał w dziesiątkę, a książka z pewnością trafi na polskie listy bestsellerów. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję SIW Znak. 


Tytuł: "Przeczucie"

Autor: Tetsuya Honda


Tłumacz: Rafał Śmietana
 
Wydawca: Znak Literanova


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 348 [6] [prebook]


ISBN: 978-83-240-3792-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



piątek, 4 sierpnia 2017

"Sekrety Sztokholmu"

Na polskim rynku szczególną popularnością cieszą się kryminały spod pióra skandynawskich pisarzy. Camilla Läckberg czy Jo Nesbø to nazwiska, które popularne są nie tylko na naszych księgarskich półkach. Na fali popularności, zaczyna pojawiać się coraz więcej książek z krajów Północy, a jednym z nowych nazwisk na rynku jest Hanna Lindberg. W czerwcu pojawił się w Polsce debiut szwedzkiej dziennikarki, zatytułowany „Sekrety Sztokholmu”. No więc jakie przerażające sekrety ukrywa stolica Szwecji? 

Solveig Berg jest młodą i ambitną dziennikarką portalu internetowego. Mimo młodego wieku kobieta staje się coraz to popularniejsza, a jej przełożeni wydają się bardzo zadowoleni z efektownej pracy dziennikarki. Wszystko jednak zmienia się, kiedy Berg przekłada swoją ambicję nad etykę dziennikarską. Popełnia jeden błąd, przez który traci wszystko, co do tej pory zbudowała. Zostaje zwolniona z pracy, jej dotychczasowe kontakty i „wtyczki” przestają z nią współpracować i, mówiąc kolokwialnie, teraz jest kompletnie spalona w środowisku dziennikarskim. Wraca do punktu, od którego zaczęła – pracy w tanim barze stylizowanym na amerykańską knajpę. Zakłada też prywatnego, niezależnego bloga, z nadzieją, że ten pomoże jej stanąć na nogi i poprawić reputację. 

W tym samym czasie Lennie Lee – redaktor naczelny magazynu dla mężczyzn, boryka się z problemami finansowymi swojej gazety. Kiedyś świetnie sprzedający się periodyk, dziś zalegający w magazynach i na kioskowych półkach. Mimo to Lennie nie zamierza się poddać. Nie chce też zmienić swojego luksusowego życia, do którego zdążył się przyzwyczaić przez ostatnie lata. 

Tymczasem do Lenniego odzywa się znajomy sprzed lat. Znajomy, który znany jest z niekoniecznie legalnych interesów. Mężczyzna oferuje redaktorowi zlecenie, na którym może zarobić parę nieopodatkowanych milionów koron. 

Niebawem Solveig udaje się wejść do strefy VIP w znanym kopenhaskim klubie, gdzie poznaje modelkę Jennifer Leone, pracującą m.in. dla magazynu Leniego Lee. Kobiety nawiązują kontakt, jednak wkrótce Leone zostaje znaleziona martwa, a policja rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstwa. 

Jak się okazuje, nikt w szwedzkim świecie show-biznesu nie pozostaje bez winy. Solveig Berg zaczyna swoje własne, prywatne śledztwo. Powoli odkrywa sekrety szwedzkich sław, a to, czego dowie się o zmarłej, może przynieść więcej problemów, niż jej się wydaje. Jak jednak można się domyślić, nie bardzo przeszkadzać będzie to samozwańczej reporterce.

„Sekrety Sztokholmu” to jedna z tych książek, co do których problem jest z jednoznaczną oceną. Z jednej strony książka bardzo mi się podobała, z drugiej jednak powieść jest kompletnie czymś innym niż to, czego można po niej oczekiwać zaraz po zakupie. 

Dlaczego jest to tak ważne? Dlatego, że Edipresse nawet na okładce wmawia nam, że powieść Lindberg to prawdziwy skandynawski thriller. Niestety, jak się okazuje, „Sekretom Sztokholmu” bliżej jest to kryminału niż thrillera.

Powieść Hanny Lindberg wydaje się połączeniem szwedzkiego kryminału z powieścią psychologiczną. Przeszukałem nawet sieć, w poszukiwaniu frazy „kryminał psychologiczny”, jednak na nic takiego nie natrafiłem. Wygląda na to, że muszę się zdecydować, co konkretnie chcę przeczytać: thriller psychologiczny albo kryminał. A jednak ten nieistniejący termin idealnie nadawałby się do określenia recenzowanej dziś przeze mnie książki.

„Sekrety Sztokholmu” to świetna powieść traktująca o niespełnionych, bardzo wygórowanych ambicjach oraz sekretach, które rządzą szwedzkim środowiskiem show-biznesu.  Linberg dość dobrze scharakteryzowała swoje postacie, dzięki czemu żaden z bohaterów jest jedynie „paprotką” w tle. Autorka postanowiła do samego końca nie odkrywać wszystkich kart, dzięki czemu pytanie: „Kto zabił?” pozostaje nierozwiązane praktycznie do samego końca. Ważniejsze pytanie to jednak: „Dlaczego ktoś zabił?” i na nie akurat moglibyśmy z łatwością odpowiedzieć. Jak się bowiem okazuje, praktycznie każdy z bohaterów miał nie tylko motyw, ale także sposobność, by dokonać zbrodni.

Szwecja jawi się nam jako kraj nie tylko multikulturowy i bardzo tolerancyjny, ale także jako ten, który wydaje nam się dość bezpieczny. Hanna Lindberg nie wdaje się w politykę, nie opisuje także kultury ani obyczajów kraju, w którym dzieje się akcja jej książki. Zamiast tego serwuje nam obraz Szwecji, jako kraju, w którym podobnie jak w pozostałej części Europy, rozkwita amerykanizacja. Nocne kluby, amerykańskie knajpy, angielskie makaronizmy i sprzęt z jabłkiem – właśnie to króluje wśród Szwedów, a tak przynajmniej twierdzi Lindberg. I szczerze powiedziawszy, myślę, że ta odmiana nawet mi się to podoba. Bo okazuje się, że ci z Północy także są zwykłymi ludźmi, a nie zamkniętym w hermetycznym państwie ludem w futrach, podczas trzymetrowych śniegowych zasp.
Warto wiedzieć, że w powieści Lindberg trupów znajdziemy więcej, i niekoniecznie chodzi o te w szafie. Nie liczcie jednak na szczególne rozlewy krwi czy odwrotnie – „czyste” i „subtelne” zabójstwa. To, co wyprawia się w Sztokholmie, nie różni się za bardzo od tego, co zobaczyć możemy w podrzędnym serialu emitowanym o dwudziestej w telewizji. Nie pojawia się kompletnie nic, co mogłoby nami szczególnie wstrząsnąć. A o to chodzi chyba w thrillerze?

Oprócz morderstw i wszystkich innych niezgodnych z prawem działań, autorka poświęca szczególną uwagę środowisku związanemu z mediami i celebrytami. Obnaża zepsucie pomiędzy gwiazdami dużych formatów i wielkie ambicje u tych, którzy na co dzień grają w operach mydlanych. Przy okazji stara się przedstawić panujące zasady w dziennikarskim fachu. Korupcja, morderstwa, nagie kobiety, drogie stare wina i duszny Sztokholm – to wszystko znalazło się w trzystu dwudziestu stronach „Sekretów Sztokholmu”.

Powieść Lindberg wydane zostały w Polsce czternastego czerwca przez wydawnictwo Edipresse Książki. Redakcją książki zajęła się Katarzyna Szajowska, natomiast za korektę odpowiedzialna jest Małgorzata Radomska. Ze szwedzkiego powieść przełożyła Agata Teperek. Polska wersja okładki jest bardzo podobna do tych, które występują w zagranicznych wydaniach książki. Za projekt okładki odpowiada Mario Arturo. Oprawa jest miękka z wytłoczonymi literami tytułowymi, jednak bez skrzydełek. Cena detaliczna powieści wynosi 39,90 zł. Na książkę składa się około 330 stron. Powieść dostępna jest także w wersji elektronicznej.

Podczas czytania nie będziecie drżeć ze strachu, „Sekrety Sztokholmu” także nie są typowym proceduralem, który analizuje dokonane morderstwo krok po kroku. Jest to dobrze napisana powieść kryminalna ze świetnie rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Faktycznie, ta książka to nie thriller, który „zmrozi krew w żyłach”. Nie zmienia to jednak faktu, że nie można jej ot, tak po prostu odłożyć na półkę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Edipresse Książki. 


Tytuł: "Sekrety Sztokholmu"

Autor: Hanna Lindberg


Tłumacz: Agata Teperek
 
Wydawca: Edipresse Książki


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 324 [6]


ISBN: 978-83-7945-781-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".


środa, 2 sierpnia 2017

"Bilet do szczęścia"

W maju bieżącego roku na księgarskich pólkach pojawiła się obyczajowa powieść „Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej. Zdawałoby się, że jest to książka napisana przez debiutantkę, jednak to tak naprawdę kolejna powieść autorstwa posiej pisarki – Augusty Docher. Docher, która na swoim koncie ma już parę powieści – dwie książki dla młodzieży oraz powieść erotyczno-obyczajową, tego roku pnie się do przodu. „Bilet do szczęścia” jest drugim tomem z kobiecej serii wydawanej przez wydawnictwo Książnica. Oprócz tego autorka ma w planach wydać tego roku także powieść „Zdążyć z miłością” (kolejna książki z serii Książnicy) i „Najlepszy powód, by żyć” (wrzesień 2017, wyd. Znak). Niebawem premierę będzie miała także jej powieść „Kryształowe serca”, która wyjść ma nakładem wydawnictwa Novae Res.  Jak wypada piąta powieść w dorobku pisarki? 
 
Kiedy Łucja zaczęła w pełni ufać Hugonowi i wierzyć, że ich związek ma przyszłość, dziewczyna odkryła prawdę. Prawdę dotycząca okrutnego konkursu i bezduszności jej narzeczonego. Młoda kobieta nie chce więcej tkwić w relacji z mężczyzną, który przez cały czas był z nią nieszczery. Wtedy jednak jej ukochana babcia ląduje w szpitalu. Dziewczyna nie ma wyjścia i musi trwać w farsie stworzonej przez narzeczonego. Choroba Maśnikowej i ciąża Łucji sprawiają, że dziewczyna nie ma wyjścia i musi jeszcze przez jakiś czas być zdana na łaskę przystojnego prawnika.

Niebawem dziewczyna podejmuje decyzję – Hugo dostanie to, czego chciał. Łucja zgadza się na fikcyjny związek, mężczyzna jednak zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości.
Hugo zdaje sobie sprawę, że od czasu, kiedy wraz z Adamem wpadł na pomysł zorganizowania konkursu na żonę, sporo zmieniło się w jego życiu. Pojawiła się kobieta – Łucja, która wywróciła je do góry nogami. I choć początkowo uznał ją za infantylną wieśniaczkę, teraz ta młoda dziewczyna nosi pod sercem jego dziecko. A on kocha zarówno ją, jak i nienarodzonego potomka. Na okazywanie uczuć zdaje się jednak zdecydowanie za późno, gdyż Łucja traktuje mężczyznę jak nielubianego znajomego, którego trzeba akceptować.

Hugo będzie chciał ponownie wkraść się w łaski Łucji, ale czy dziewczyna będzie w stanie ponownie mu zaufać? Na dodatek w życiu dziewczyny pojawia się inny mężczyzna – miłość z przeszłości. Czy dawny chłopak Łucji zagrozi już i tak opłakanej pozycji Hugona?

„Bilet do szczęścia” to druga część krakowskiej serii opowiadającej o przygodach Łucji i Hugona. Wydaje mi się, że nowy pseudonim to jedna sprawa, ale autorka w najnowszych książkach pokazuje także swoją twórczość i swój warsztat w całkiem nowej odsłonie. Okazuje się, że Docher vel Majewska potrafi stworzyć naprawdę lekkie i delikatne fabularnie powieści, które przyciągną czytelnika. Powieści, które rozbawią, wzruszą i do których będzie się chciało wracać.

Autorzy powieści obyczajowych przyzwyczaili nas do schematycznych obyczajówek. Wiele tych powieści można streścić takimi słowami: kobieta sukcesu traci pracę; wpada w depresję i wyjeżdża na wieś; poznaje tajemniczego mężczyznę i zakochuje się w nim; żyją długo i szczęśliwie. „Bilet do szczęścia” nie jest jednak kolejną książką, podobną do tysiąca innych na rynku.  Jest za to bardzo przyjemną powieścią, nieco przewidywalną, jednak napisaną w tak dobry sposób, że z wielką chęcią przeczyta się ją w jeden wieczór.

Czytają recenzję poprzedniej części na blogach recenzenckich, zauważyłem, że niektórzy czytelnicy krytykowali zachowanie głównej bohaterki – Łucji. Myślę, że warto zajrzeć do drugiej części, gdyż postacie okazują się dość dynamiczni. W „Bilecie na szczęście” główni bohaterowie, pod wpływem zdobytych doświadczeń, bardzo się zmieniają. I to zdecydowanie na lepsze. Łucja przeistacza się z niedoświadczonej dziewczyny, przytłoczonej wielkim miastem, w kobietę, która została naprawdę głęboko zraniona. Hugon natomiast zaczyna odkrywać prawdziwe oblicze, które nie jest tak wyrachowane, jak wydaje się jego narzeczonej.
„Bilet do szczęścia” cechuje się bardzo prostym językiem oraz naprawdę sporą dawką niewymuszonego humoru. Majewska starała się jednak, by jej książka, oprócz zapewnienia zabawy, traktowała też o sprawach ważnych. Dlatego powieść opiera się nie tylko na koncepcie miłosnej historii, ale także opowieści o przebaczeniu i akceptowaniu innych takimi, jakimi są. Dochodzę też do wniosku, że właściwie to już nawet nie miłość jest najważniejszym motywem tej książki, a wybaczenie wszelkich krzywd. Po lekturze czytelnikowi może nasunąć się także jeden bardzo prosty wniosek: często zwykła rozmowa i szczerość jest rozwiązaniem wielu naszych życiowych problemów.

Jeśli miałbym wspomnieć coś, co szczególnie mi się nie podobało, to gwałtowna zmiana relacji pomiędzy dwójką bohaterów. Jak dla mnie, wydaje mi się, że ta „zmiana” nastąpiła zbyt szybko. Zabrakło paru rozdziałów, które roztopiłyby lody i stopniowo wprowadzałyby zmiany w relacjach bohaterów. Jednocześnie ta część zdecydowanie bardziej podoba mi się niż „Konkurs na żonę”. Jak dla mnie, historia w drugim tomie opowiedziana została zdecydowanie lepiej i bardziej spójnie.

„Bilet do szczęścia” wydany został przez Grupę Wydawniczą Publicat pod marką Książnica. Za redakcję książki odpowiada zewnętrzna firma Mag. Korektą zajęła się Iwona Wyrwisz. Okładkę, podobnie jak do poprzedniej części, zaprojektowała Ilona Gostyńska-Rymkiewicz. Książka wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Sugerowana cena detaliczna wynosi 29,90 zł. Na powieść składa się około 288 stron. „Bilet na szczęście” dostępny jest również w formie ebooka.

„Bilet do szczęścia” to ukazana we współczesnych realiach historia o walecznym rycerzu na białym koniu. Jednak tutaj rycerz nie jest tak do końca idealny i nie zawsze działa bezinteresownie. A piękna księżniczka z pewnością od razu nie wpada w ramiona swojego wybawiciela.
Ta książka to naprawdę ciekawa obyczajówka, która z pewnością zachwyci wielu czytelników. W „Bilecie do szczęścia” historia Łucji i Hugona została bardzo ładnie zakończona, choć może i jest nieco idylliczna. Takie historie jednak też nam są przecież potrzebne. Czasem zwyczajnie po to, by uwierzyć, że w życiu szklanka zawsze jest do połowy pełna, a nie pusta. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat. 


Tytuł: "Bilet do szczęścia"

Autor: Beata Majewska


Tłumacz: -
 
Wydawca: Książnica


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 287 [3]


ISBN: 978-83-245-8261-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

sobota, 29 lipca 2017

"Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby"

Brandon Sanderson to obecnie jeden z najpopularniejszych pisarzy fantasy. Amerykański autor cieszy się u nas niezwykłą popularnością dzięki powieściom fantasy tworzonych z myślą o dorosłym czytelniku. Na początku roku premierę w Polsce miała jednak pierwsza część historii Alcatraza Smedry’ego, czyli bohatera książek dla dzieci stworzonych przez Sandersona. Pierwszą powieść o złowieszczych bibliotekarzach przeczytałem na początku roku (tutaj dostępna jest recenzja tytułu) i naprawdę bardzo mi się podobała. Teraz skończyłem czytać tom drugi – „Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby”. Czy ta część okazała się równie ciekawa?

Alcatraz wie już, że tak naprawdę nie jest zwyczajnym chłopcem. No dobrze, może też nie należy do grupy czarodziejów z Hogwartu, ale umówmy się, bycie Smedrym to coś zupełnie lepszego. Chłopak wie, że jego ojciec żyje i bardzo go kocha. A przynajmniej ma taką nadzieję. Nie zmienia to jednak faktu, że Alctraz nadal nie wie, gdzie znajduje się jego tata...

W najbliższym czasie Alcatraz musi odwiedzić Wolne Królestwa. Chłopak nie może żyć dalej w krajach rządzonych przez bibliotekarzy, gdyż ci z powodu Piasku Raszida bez ustanku na niego polują. Nic więc dziwnego, że jak najszybciej musi uciec. Nie spodziewał się jednak, że będzie mu dane dotrzeć do Wolnych Królestw tanimi liniami lotniczymi. Jego dziadek jednak umówił się z nim właśnie na lotnisku. Zwykłym, zwyczajnym lotnisku, na którym pasażerowie w przepoconych koszulach z sieciówek odbierają swoje walizki z karuzeli bagażowej. Co oczywiste, dziadek Smedry znów się spóźnia, wkrótce jednak chłopak zaczyna się niepokoić, a w hali odlotów pojawiają się ludzie w podejrzanych, bibliotekarskich okularach… 

Niebawem chłopak dowiaduje się, że spóźnienie jego dziadka nie miało nic wspólnego z korkami na mieście. Mężczyzna bowiem podążył tropem swojego syna, który zaprowadził go aż do… Biblioteki Aleksandryjskiej! Jednej z najpotężniejszych bibliotek, do której nie zapuszczają się nawet ważni bibliotekarze z Ciszlandów.

Alcatraz dzięki wskazówkom domyśla się, że to właśnie w tym miejscu znajdzie nie tylko swojego dziadka, ale także i ojca. Wraz z przyjaciółmi i kuzynostwem postanawia wyruszyć w ich poszukiwanie. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jakie może przynieść to skutki.

Tymczasem grupa bibliotekarzy cały czas będzie siedziała im na ogonie. Czy chłopakowi uda się odnaleźć ojca i dziadka? O czym chłopak dowie się w Bibliotece Aleksandryjskiej? I czym będzie musiał za to zapłacić?

„Kości Skryby” to powieść przeznaczone dla czytelnika w wieku około dwunastu lat. Co za tym idzie, książki o Alcatrazie Smedrym są napisane stosunkowo prostym językiem, a fabuła nie jest niepotrzebnie komplikowana. Autorowi nie przeszkadza to jednak w żadnym stopniu, gdyż stworzył naprawdę niebanalną historią.

Sanderson napisał powieść pełną błyskotliwych dialogów i zabawnych bohaterów, których podczas czytania trudno nie polubić. Bardzo pozytywnie nakreślony został w szczególności główny bohater, który pod względem osobowościowym jest najatrakcyjniejszą postacią w powieści.

Alcatraz nie jest najinteligentniejszym chłopakiem na ziemi, nie należy też do przystojniaków z deskami surfingowymi pod pachą ani nie gra na gitarze niczym Ed Sheeran. Jednak to właśnie dzięki narracji pierwszoosobowej Alcatraza oraz jego świadomości o swoich niedoskonałościach, książka naprawdę może się podobać. I chociażby wydarzenia opisywane przez narratora były niezmiernie nudne, to same postacie i narracja bronią całą powieść. 

Narracja Alcatraza jest dość subiektywna, ale jednocześnie niesamowicie śmieszna. Mimo że podobny sposób próbuje w swoich książkach utrzymać wielu pisarzy, to Sandersonowi przychodzi to z niezdefiniowaną lekkością i swobodą. Żarty i śmieszne gagi pojawiają się w odpowiednich momentach i rozładowują atmosferę, a słowa, które autor włożył w usta głównego bohatera, nie brzmią patetycznie czy sztucznie.

Jeśli czytaliście moją notkę na temat „Piasku Raszida”, to wiecie, że wspominałem tam, że w książkach Sandersona nie doszukacie się moralizatorskich treści i ważnych przekazów. Teraz, z biegiem czasu i po przeczytaniu drugiego tomu, chyba zmienię nieco zdanie.

Myślę, że faktycznie, książki te napisane zostały w taki sposób, dzięki któremu odbiorca czyta je z łatwością i na wielkim luzie. Jednak oprócz tego, że przez lekturę nowej książki Sandersona zdecydowanie wzrasta nasz poziom endorfiny, to „Kości Skryby” delikatnie poruszają także m.in. tematy dotyczące więzi rodzinnych, przyjaźni i zaufania.

Podczas czytania zauważyć też można, jak pisarz subtelnie puszcza oczko w stronę czytelników dorosłych i tych, którzy znają inną twórczość Sandersona. A to wszystko między innymi za sprawą wspominania o Sandersonie i jego beznadziejnych książkach przez narratora „Kości Skryby”. Co ważne, fakt, że powieść ta adresowana jest do młodszych czytelników, nie oznacza, że ci liczący nieco więcej wiosen przy książce będą się źle bawić. Jeśli podchodzicie do lektury z takim nastawienie, to z pewnością zostaniecie bardzo miło zaskoczeni!

Literaturze fantasy dla dzieci nie przyglądałem się nigdy z wielką fascynacją. Być może teraz właśnie jest odpowiedni moment, by to zmienić. Mimo to wydaje mi się, że spośród książek zbliżonych tematycznie do powieści Sandersona, „Kości Skryby” wypadają naprawdę bardzo dobrze. Jest to zabawna, inteligenta powieść, która ma bardzo jasne przesłanie: nawet wyśmiewany loser pewnego dnia zostać może podziwianym bohaterem.

Pierwszy tom historii o Alcatrazie wydany został przez Wydawnictwo IUVI. Podobnie ma się sprawa przy „Kościach Skryby”. Po trzech miesiącach od premiery pierwszego tomu, na półkach księgarń pojawiła się część druga. Mimo szybkości wydania, książka nie straciła na jakości. Myślę więc, że w tym miejscu trzeba zauważyć zasługi załogi wydawnictwa, bo odwalili kawał dobrej roboty.

Za redakcję książki odpowiada Katarzyna Kolowca-Chmura, korektą zajęła się Katarzyna Kierejsza. Na poszczególnych stronach w powieści znajdują się też dość ładne ilustracje autorstwa Hayley Lazo. Projekt okładki stworzyła Katarzyna Fus. Podobnie jak przy pierwszym tomie, tak i teraz polska wersja okładki niezmiernie mi się podoba. Oprawa książki jest miękka ze skrzydełkami i wytłoczonymi literami. Na powieść składa się około 320 stron, a cena okładkowa wynosi 29,90 zł.

Podsumowując – „Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby” to po prostu świetna książka dla młodzieży. Idealnie sprawdzi się jako lektura podczas wakacyjnych podróży czy letnich wieczorów. Nierzadko zdarza się, bym kompletnie nie miał zastrzeżeń co do recenzowanego tytułu. Tym razem bez żadnych wątpliwości mogę przyznać pięć zasłużonych gwiazdek. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu IUVI.  
  
Tytuł: "Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby"

Autor: Brandon Sanserson


Tłumacz: Jacek Drewnowski
 
Wydawca: Wydawnictwo IUVI


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 316 [6]


ISBN: 978-83-7966-035-3


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★★*

*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

czwartek, 27 lipca 2017

"Obserwator"

W te wakacje premierę miało naprawdę wiele ciekawych tytułów. Wśród nich znalazła się powieść „Obserwator” – thriller autorstwa Davida Thorne’a. Jest to już czwarta książka w dorobku D.B. Thorne’a, a pierwsza wydana w Polsce. Wydany u nas przez Burda Książki „Obserwator”, miał być mocnym thrillerem. No dobrze, a jak było naprawdę?

Londyn – miasto rodziny królewskiej, wiecznie tętniące życiem i jedne z najsławniejszych na świecie. To właśnie w Londynie spełnić mogą się największe marzenia lub… koszmary. Do Sophie Fortune szczęście wydaje się jednak uśmiechać. Jest młoda, ładna, a do tego ma pracę, o której zawsze marzyła – jest dziennikarką. Co prawda teraz pisze artykuły dla tabloidu, ale przecież każdy od czegoś musi zacząć. A praca dla szmatławca przecież nie jest taka zła, zawsze można skończyć jako sprzedawca, podając zimne burgery w fast foodzie…

Oprócz tekstów na łamach gazety, Sophie publikuje też swoje przemyślenia na własnym blogu, który odwiedza sporo czytelniczek. Wkrótce kobieta podejmuje prace nad ważnym tematem dla swojej gazety. Sprawa ma pochłonąć bardzo dużo pieniędzy i czasu, ale jej rezultat ma zaszokować większość brytyjskiego społeczeństwa. Wielki skandal związany z dziennikarską prowokacją zaczyna jednak wymykać się spod kontroli… 

W tym samym czasie Sophie zaczyna otrzymywać niegrzeczne komentarze pod swoimi postami na blogu. Podpisujący się pod pseudonimem Starry Ubado hejter, nie życzy kobiecie zbyt dobrze. Dziennikarka, która początkowo lekceważyła internetowego trolla, zaczyna się niepokoić.
Niebawem młoda kobieta znika bez śladu. Policja uważa, że popełniła samobójstwo. Tezę tę potwierdza fakt, że jej ostatnia praca nad ważną prowokacją sprawiła, że Sophie miała załamanie nerwowe. Jedynie jej ojciec nie wydaje się przekonany do teorii wysuwanej przez londyńskich detektywów. Wkrótce podejmuje się własnego, prywatnego śledztwa. Okazuje się jednak, że odnalezienie córki będzie jednym z najtrudniejszych etapów jego życia. 

Tymczasem hejter właśnie rozdaje karty i jak sam stwórca, zadecyduje o życiu i śmierci…

Kłótnie w sieci są teraz tak powszechnym zjawiskiem, że wielu z nas stara się nawet nie zawracać tym głowy. No, chyba że akurat chcemy dowiedzieć się, o co dwie strony się zwaśniły. Przy hejcie przyjęliśmy podobną, neutralną postawę. Staramy się ignorować hejtera i nie dawać mu satysfakcji z rozpętania internetowej słownej przepychanki. Niestety, jak pokazuje Thorne w swojej książce, powściągliwa postawa też może przynieść kłopoty.

Wydawać by się mogło, że „Obserwator” okaże się niesamowitą powieścią na temat poświęconą stalkingowi w sieci.  Jak się jednak okazuje, w książce Thorne ten ważny aspekt pojawia się zaledwie parokrotnie. Ważny w powieści hejt został ograniczony do minimum i stanowi zaledwie tło do reszty zdarzeń. Autor nie rozwodzi się nad tym specjalnie, a fabuła nawet zbyt dużo przy tym nie traci. Jednak, zaczynając lekturę z nadzieją, że ta powieść poświęcona będzie relacji hejter – bloger, nieco się rozczarowałem.

„Obserwator” w sposób szczególny w złym świetle podkreśla działania brytyjskich służb ścigania, które w opinii światowej wydają się przecież dość solidne. Główna bohaterka, Sophie, szybko traci zaufanie do policjantów, którzy lekceważą jej problem. Jej ojciec także uważa, że sprawie zaginięcia jej córki nie zrobiono wszystkiego, co było w mocy policji. Pretensja do służb jest jednym z najczęściej pojawiających się wątków w powieści. Co ciekawe, negatywne ukierunkowanie wobec policji przewija się nie tylko w „Obserwatorze”, ale także w innym niedawno czytanym przez mnie thrillerze – „Lokatorce”.

D.B. Thorne stworzył opowieść, która pochłonie czytelnika bez reszty. Autor wykreował niesamowicie zaplątaną intrygę, która do samego końca pozostawia czytelnika z pytaniami. Przy tej książce nudzić raczej się nie można; w „Obserwatorze” pojawia się mnóstwo wątków i spraw, które, choć pozornie nie są ze sobą związane, w świetny sposób tworzą całość. Jednocześnie podczas lektury nie odczuwa się specyficznego natłoku wszystkich faktów i kolejnych zdarzeń.

Powieść stworzona przez Thorne’a prawdopodobnie nie jest tak przerażającą historią, jaką oczekujemy po książkach chociażby S. Kinga. Nie wydaje mi się też, byśmy wszyscy po przeczytaniu, zaczęli popadać w paranoję i zamykali swoje konta w serwisach społecznościowych. Mimo tego, podczas lektury „Obserwatora” nieraz miało się ochotę przekląć los postaci oraz hejtera, który, jak można się domyślić, nie ułatwiał życia głównym bohaterom. 
 
Jednocześnie trzeba przyznać, że w powieści pojawiało się wiele zgrzytów, których wybaczyć nie można. Nielogiczne wydaje się, by starszy pan Fortune, który ma naprawdę sporo dolarów na koncie, nie pomyślał o tym, by do sprawy swojej córki wynająć prywatnego detektywa. Dobrze, może był w szoku i zapomniał o takiej możliwości.
Nie zmienia to jednak faktu, że mimo wielu wiosen na koncie (i problemów z płucami), Fortune jest w stanie biegać po mieście niczym Jason Statham w filmie akcji.

Szkoda też, że Thorne nie zdecydował się na nieco bardziej rozbudowane zakończenie. Koniec okazuje się bowiem dość chaotyczny i napisany naprędce, a czytelnik ma wrażenie, że w jego egzemplarzu zabrakło paru rozdziałów. Wydaje mi się, że gdyby autor pokusiłby się o paręnaście stron więcej, odbiór okazałby się zdecydowanie przyjemniejszy.

Jak wspominałem na początku, „Obserwator” wydany został u nas przez Burda Książki. Swoją premierę miał dokładnie dziewiętnastego lipca. O czym warto wspomnieć, powieść ta wydana została w Wielkiej Brytanii pierwszego czerwca, a więc w naszym „Obserwator” pojawił się naprawdę szybko!

Redakcją książki zajęła się Małgorzata Poździk, natomiast za korektę odpowiedzialna jest Anna Woś i Sandra Trela. Z języka angielskiego książkę przełożył Jacek Żuławnik. Za projekt polskiej okładki odpowiedzialny jest Krzysztof Rychter.

Oprawa jest miękka ze skrzydełkami. Cena detaliczna wynosi 36,90 zł, a książka dostępna jest także w wersji elektronicznej. Łącznie na książkę składa się około 382 strony.

„Obserwator” nie jest może najmocniejszą książką, którą czytałem, ale z pewnością ma w sobie „to coś”. Jest to niezwykła powieść traktująca o więzach rodzinnych, intrygach, wielomilionowym bogactwie i sprawiedliwości. Jednak jak się okazuje, sprawiedliwość, miłość i normalność to pojęcia bardzo względne. Czy mając świadomość, jak skonstruowana jest fabuła oraz jakie są wady i zalety tej książki, przeczytałbym ją teraz? Tak i nie wahałbym się ani chwili! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Książki.  
  
Tytuł: "Obserwator"

Autor: D.B. Thorne


Tłumacz: Jacek Żuławnik
 
Wydawca: Burda Książki


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 380 [6]


ISBN: 978-83-8053-264-9


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★★☆*

*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

wtorek, 25 lipca 2017

"Czarna Madonna"

Tydzień temu premierę miała najnowsza książka jednego z aktualnie najchętniej czytanych autorów w Polsce – Remigiusza Mroza. „Czarna Madonna”, bo oczywiście o tym tytule mowa, wzbudzała już kontrowersje, zanim została w ogóle oficjalnie zapowiedziana. Szczególnie wśród czytelników, dla których wiara jest jednym z bardzo ważnych aspektów życia. Z nieskrywaną ciekawością zabrałem się za tajemniczą „Czarną Madonnę”. Co z tego wynikło?
 
Filip od dawna miał jasno postawione cele w życiu. Był księdzem i wydawać by się mogło, że nic nie może go zaskoczyć. Wszystko zmienia się, gdy mężczyzna poznaje Anetę, w której się zakochuje i dla której postanawia zrzucić koloratkę. Mimo porzucenia posługi kapłaństwa, Filip nie rezygnuje ze swojej wiary. Nadal chodzi na msze święte i stara się żyć zgodnie z bożymi przykazaniami. 

Ze swoją narzeczoną Anetą postanawia wybrać się nawet w podróż do Ziemi Świętej. Komplikacje w pracy sprawiają, że kobieta wylatuje z wrocławskich Strachowic sama, a jej partner dołączyć ma do niej później. W środku nocy Filip dowiaduje się jednak, że samolot, na którego pokładzie leciała Aneta, nie wylądował na lotnisku docelowym. Co więcej, wieże kontrolne straciły kontakt z maszyną, a ostatni znany punkt lokalizacji samolotu znajduje się w okolicach… Morza Śródziemnego. Najbardziej prawdopodobną wersją według telewizyjnych ekspertów była katastrofa boeinga. 
Filip ma jednak nadzieję, że samolot jakimś cudem ocalał. I być może ma rację, gdyż niespodziewanie sygnał samolotu zostaje odnotowany w dwóch nowych, bardzo odległych punktach. A wszystkie trzy miejsca, połączone ze sobą, tworzą heksagram…

Były ksiądz zaczyna nabierać podejrzeń, że sprawa nie jest tak oczywista, jak wszystkim się wydaje. Tym bardziej że porwany boeing związany jest z innymi samolotami i katastrofami lotniczymi. A kluczem do rozwiązania zagadki może być jedna z najstarszych ksiąg świata – Biblia.

Wkrótce Filip na własnej skórze przekona się, że mimo nauki w seminarium, o wielu rzeczach zwyczajnie nie ma pojęcia. I chyba lepiej byłoby dla niego, gdyby tak zostało. Jak jednak można się domyślić, były wikariusz za wszelką cenę będzie pragnął odzyskać równowagę w swoim życiu. Czy jednak będzie to możliwe, gdy cały świat ogarnie swego rodzaju… apokalipsa?

Na samym początku, zanim zakupimy „Czarną Madonnę” i zaczniemy ją czytać, musimy zastanowić się, czy ta książka naprawdę jest przeznaczona dla nas. Bardzo często znajomi pytają mnie o to, jaką książkę powinni przeczytać. Co z tego, co recenzuję na blogu, mógłbym właśnie im polecić. Otóż sprawa nie jest tak trudna, jak mogłoby się wydawać. Zanim zabierzecie się za lekturę nowej książki Mroza, musicie być zwyczajnie świadomi, że jeśli naprawdę jesteście bardzo wierzący, a fikcja literacka dotycząca Boga i wiary jest dla was nie do przetrawienia, nie możecie zabrać się za czytanie tej książki. W innym wypadku istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że po pięćdziesięciu stronach zaczniecie kręcić nosem i odreagowywać pisząc krytyczne posty na swojej facebookowej tablicy. 

Zawsze staram się pokazać to na przykładzie romansów. Jeśli nie lubicie literatury kobiecej, a wolicie książki historyczne, to dlaczego zabieracie się za „Pięćdziesiąt twarzy Greya”? Spróbujcie pomyśleć na podobnej zasadzie podczas wyboru „Czarnej Madonny”. Tym samym, sami nie zrobicie sobie krzywdy, a przez fanów Mroza nie zostaniecie odebrani jako „bezwzględni hejterzy”. 

Powracając jednak do kwestii religii – to tak, właśnie chrześcijaństwo i wiara w Boga jest tematem przewodnim w najnowszej powieści Remigiusza Mroza. Ku mojemu zaskoczeniu i w przeciwieństwie do pewnych negatywnych opinii na blogach recenzenckich, nie wydaje mi się, by autor w sposób szczególny negował wiarę katolików czy też całkowicie przekręcał znaczenia słów biblijnych. Dla każdego z nas kwestia uczuć religijnych jest indywidualna. Ja  w żadnym razie nie poczułem się urażony ani też nie odrzuciło mnie z powodu jakiejś szczególnej profanacji rzeczy świętych. Dlatego też, w mojej opinii, zdecydowanie nie można zarzucić Mrozowi, że obraża on uczucia religijne. 

Należy pamiętać, że oprócz tego, że dla wierzących Biblia jest Pismem Świętym, to dla wszystkich z nas jest to także tekst kultury. Dlatego autorzy od lat korzystają i czerpią z niego garściami. Jeśli więc na podstawie Biblii tworzyć mógł chociażby Baczyński, to dlaczego zabraniamy tego będącym obecnie „na fali” pisarzom? Dlaczego uczymy w szkołach o apokryfach, a sami z góry negujemy fikcję literacką na kanwie Biblii?

Wiele nawiązań w „Czarnej Madonnie” do Biblii to jedna sprawa. Inna jest taka, że najnowsza książka Mroza to swego rodzaju horror, którego właściwie można zaliczyć nawet do paranormal fiction. W powieści przewijają się więc tematy od opętania, przez przywoływanie duchów, aż po wizje i podróże w czasie. Problem polega na tym, że w pewnym momencie nie wiadomo właściwie, co narrator chce w tej powieści nam przekazać. Natłok wszystkich złowieszczych elementów sprawia, że owszem, początkowo możemy poczuć gęsią skórkę, natomiast po jakimś czasie zaczynamy gubić się w tych wszystkich wątkach, które Mróz wprowadza w „Czarnej Madonnie”. 

Pomimo tego, że książek Remigiusza Mroza czytałem już paręnaście, to nie mogę powiedzieć, że jego powieści czyta mi się źle. Wiadomo, niektóre z tytułów są lepsze, a niektóre gorsze. Mimo to autor pisze w sposób naprawdę prosty, a zarazem ciekawy. Robi to w tak dobry sposób, że książkę taką jak „Czarna Madonna” można przeczytać w jeden wieczór. Oczywiście, ze względu na liczbę stron i tematykę, nie jest to zalecane. Ale co tam, ja też przeczytałem „na raz”! 

Lekkość Mroza to jedno, jednak coś całkiem innego tym razem przykuwało uwagę podczas czytania. Otóż horror Mroza momentami wydaje się niezwykle… filozoficzną powieścią! Nie wiem, czy to poruszana tematyka, czy może coś innego miało wpływ na autora podczas pracy nad książką, ale niektóre ze złotych myśli przypominają te ze zbiorów aforyzmów Paulo Coelho. Na dodatek nieco rozczarowujący, dla czytelnika, który kupuje książkę tylko po przeczytaniu opisu z okładki, może być fakt, że zaginiony Boeing 747 jest jedynie tłem dla wielu innych wydarzeń, a z katastroficznego horroru mamy tutaj naprawdę niewiele. 

Zazdroszczę też trochę Filipowi, który bez ustanku popija herbatkę Earl Grey, a wcale nie musi korzystać z toalety. Facet ma naprawdę spory pęcherz! Szkoda jednak, że w szkole nie przyłożył się do nauki matematyki, gdyż według Filipa (vel Berga), co miesiąc zabijanych jest „[…] średnio trzystu dwudziestu chrześcijan, czyli dziennie ginie ich około trzydziestu”… 

„Czarna Madonna” wydana została przez wydawnictwo Czwarta Strona, które należy do grupy Wydawnictwa Poznańskiego. Za redakcję odpowiada Karolina Borowiec, natomiast korektą zajęła się Magdalena Owczarek. Projekt okładki stworzył Dark Crayon, oprawa jest miękka ze skrzydełkami. 

Sugerowana cena detaliczna wynosi 39,90 zł, a powieść zawiera około 460 stron. Czytelnicy ebooków „Czarną Madonnę” kupić mogą także w formie elektronicznej. Jeśli natomiast chcielibyście poznać tę historię, jednocześnie jadąc samochodem, to możecie także nabyć audiobooka czytanego przez Krzysztofa Gosztyłę. 

Ostatecznie: jako horror, książka wypada dość średnio. „Czarna Madonna” zawiera jednak  pewne elementy, głównie te związane z siłami zła, przez co nie można przejść obojętnie wobec tego tytułu. Fabuła jest kontrowersyjna, niektórzy bohaterowie zachowują się czasem mało logicznie, a czytelnik może zgubić wątek. Mimo wszystko naprawdę warto. Chociażby po to, żeby później mieć nowe argumenty podczas kłótni z fanami Remigiusza Mroza…

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.  
  
Tytuł: "Czarna Madonna"

Autor: Remigiusz Mróz


Tłumacz: -
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 459 [6]


ISBN: 978-83-7976-710-6


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*

*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".