sobota, 21 maja 2016

Śladami H.C. Andersena... Czyli wędrówka po kraju królowej Małgorzaty.

A oto moje pamiątki z wycieczki po Danii









Ten post jest bardzo szczególny, bo właśnie jest on uwieńczeniem mojej przygody w Danii, która zaczęła się zaledwie tydzień temu, ale przygotowania do niej trwały o wiele dłużej. To przez przygotowania traciłem cenne minuty, które mógłbym przeznaczyć na czytanie i pisanie recenzji, dlatego teraz w ramach rekompensaty publikuję specjalną relację z wycieczki po śladach Hansa Chrsitaina Andersena.
To co, zaczynamy?

Przez pierwsze dni miałem okazję odwiedzić Legoland - czyli najsłynniejsze duński zabawki. Zacznę jednaka od Odense, czyli miasta, w którym urodził się i żył nie kto inny, jak Hans Christian Andersen, czyli wszystkim znany baśniopisarz, twórca poematów i sztuk tearalnych.

Andersen miał bardzo trudne dzieciństwo. Urodził się i żył w jednej z najbiedniejszych dzielnic Odense. Od małego fascynował się sztuką i teatrem. Większą część dzieciństwa spędził pod opieką dziadków, bowiem jego ojciec zmarł podczas wojny napoleońskiej, a matka z powodu alkoholizmu, w który zresztą zapadało bardzo wielu Duńczyków. Babcia pracowała w przytułku dla psychicznie chorych, gdzie później trafił także i dziadek pisarza. Młody artysta właśnie tam spędzał dużą część wolnego czasu, gdyż z powodu biedoty nie uczęszczał do szkoły. Pragnął być aktorem, jednakże  braku urody nie sprzyjał temu, by występować na scenie, więc od razu został zdyskwalifikowany
podczas naboru do lokalnego teatru. Napisał także dla nich sztuki teatralne, które z marszu były odrzucane, z powodu rażących błędów ortograficznych i stylistycznych. Dopiero uzyskane w 1822 roku stypendium pozwoliło Andersenowi pójść do szkoły, gdzie nadrobił braki w edukacji. Był bardzo ciekawy świata, zwiedził dużą część Europy i kontynuował pracę nad swoim artystycznym dorobkiem. Był bardzo wrażliwy i potrafił dostrzegać to, czego nie widzieli inni ludzie z jego otoczenia. Podczas, gdy w Danii przyzwalano na wszelkiego rodzaje swawole i otwierano pierwsze domy publiczne, Andersen wyrażał dezaprobatę na to, co dzieje się w kraju i potępiał to. Szczególnie
To właśnie tutaj, w kuchni, Andersen tworzył
swoje największe dzieła.
w jednej ze swoich baśni "Czerwone buciki" Andersen opisuje swoją ciotkę, która prowadziła jeden z wspomnianych przybytków.
Pod koniec życia miewał stany depresyjne, nie można było z nim się porozumieć. Bardzo obawiał się, że także zapadnie na chorobę psychiczną, podobnie jak jego dziadek. Nigdy nie ożenił się, a biografowie nadal spierają się co do orientacji seksualnej samego autora. Zmarł w roku 1875 na terenie własnej posiadłości koło Kopenhagi.

Biblioteka w muzeum Andersena.
Całą historię wraz ze szczegółami dowiedziałem się podczas wizyt w muzeum Hansa Christiana Andersena i w jego domach w Odense. W kilku domach,  gdyż urodził się on w jednym, a wychowywał w innym.


 Domy i muzeum Andersena to był jedynie punkt wycieczki, którą organizowało biuro podróży. Oprócz tego wybraliśmy się też do Legolandu, miasta Wikingów - Roskilde i do Kopenhagi. W tym ostatnim miejscu, w stolicy królestwa Małgorzaty II podczas polowań na pamiątki dla krewnych i znajomych, na jednej z uliczek, znalazłem... księgarnie! Pierwsza z nich to mieszcząca się przy ulicy Fiolstraede Paludan's Book & Cafe, czyli całkiem niezła księgarnia połączona z kawiarnią. Niestety, jak to często bywa na wycieczkach zorganizowanych, brak czasu sprawił, że zabrakło chwili na zajrzenie do środka.
nie zdążyłem zrobić zdjęcia, autor fotografii: coffeebreaktravel.com

Drugie miejsce, w które powinien zajrzeć każdy mól książkowy przebywający w Kopenhadze to Vangsgaards Antikvariat, miejsce niesamowite, w którym miałem okazje robić zakupy. Znajdziecie tam masę świetnych książek w języku angielskim oraz w języku duńskim. Antykwariat jest naprawdę nieźle wyposażony, a ceny są bardzo korzystne. Za "Catching fire" w oryginale zapłaciłem zaledwie 20 DKK, co jest wręcz śmieszną sumą (np. gofr w knajpce na głównej ulicy kosztuje 80 DKK). Co ciekawe, antykwariat znajduje się na tej samej ulicy co wyżej wspomniana kawiarnia Paludan's.
Obsługa antykwariatu była równie imponująca jak samo miejsce. Myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ale uwaga! Nie kupicie tam niestety zakładek, z rozmowy, którą przeprowadziłem z księgarką dowiedziałem się, że są naprawdę małym antykwariatem i zakładek jako takich nie posiadają. Jedynie przy nowszych pozycjach można znaleźć jakieś reklamowe zakładki, które otrzymują od wydawców.
fot. vangsgaards.dk






Ostatnim miejscem, które de facto widziałem tylko w szybkim marszu do restauracji (indyjskiej! sic!), było Politikens Boghandel. Zbyt dużo na ten temat rozpisać się nie mogę, jednakże na pewno księgarnia ta była bardzo dobrze wyposażona, co potwierdzała imponująca zewnętrzna wystawa. Aż chciało się zajrzeć!

Ha! To jeszcze nie koniec! O księgarniach póki co tyle, ale już kończąc wspomnę jeszcze o bibliotekach. Jeśli macie zamiar przebywać w Danii dłużej, np. studiując na lokalnym uniwersytecie, to warto przejść się do bibliotek, których jest sporo. W samej Kopenhadze naliczyłem ich z trzy lub cztery, co jest naprawdę dobrym wynikiem biorąc pod uwagę fakt, iż widziałem je przeważnie jedynie z okien autokaru. Jedna z nich ulokowana była nawet w jakimś centrum handlowym (tu nasuwa mi się skojarzenie ze śląskim BiblioForum). Z okien widziałem wypchane po brzegi regały, więc myślę, że serio warto również i tam zajrzeć.

Podsumowując cały wyjazd: naprawdę niezmiernie cieszę się, że miałem okazję wybrać się do kraju znanego z klocków Lego i maślanych ciasteczek, choć początkowo miejsce wyjazdu było inne. Jestem zauroczony tym miejscem i bardzo miło wspominam czas spędzony na poszukiwaniu księgarni czy słuchaniu słów o Andersenie. Mam nadzieję, że każde kolejne moje wyprawy (a dla mnie takie wycieczki są niczym wyprawy Bilba Bagginsa) będą obfitowały w równie wspaniałe chwile.

Dodatkowo:
Podczas zwiedzania w muzeum w Kopenhadze natknąłem się jeszcze na sklepik z pamiątkami, gdzie cała ściana była wielkim regałem z książkami do kupienia. Oczywiście ceny kosmiczne, ale jeżeli nie znalazłbym wyżej wymienionych księgarń, to z pewnością kupiłbym coś z ich oferty. Oto kilka fotek:

Oprócz tego, choć nie miałem okazji wejść do środka, to zrobiłem szybkie zdjęcie siedziby Duńskiej Królewskiej Biblioteki. Nazywana jest ona "Czarnym Diamentem". Myślę, że i tam warto zajrzeć. 


1 komentarze:

Agnes

Świetna wyprawa, podziwiam :)

P.S. Jeśli chodzi o zdjęcia z antykwariatów i księgarni, to ich przekrzywienie źle wypływa na komfort oglądania...

Powiedz, co o tym myślisz...