piątek, 4 listopada 2016

Przepraszam, tutaj stoi wózek z książkami!

Dziś 4 listopada, dokładnie tydzień temu w Krakowie odbywał się jeden z największych eventów  czytelniczych. Tak, chodzi dokładnie o to, o czym myślicie. Targi Książki w Krakowie. Tegoroczna edycja była dwudziesta, jubileuszowa. Jak udało mi się spędzić te targowe chwile? 


Zacznijmy od tego, że wszystkie znaki na niebie i ziemi nie sprzyjały temu, bym pojawił się w krakowskim Expo. Miałem przyjechać na kilka dni, ostatecznie byłem tylko w sobotę. Nie, żebym  był przesądny, ale to co wyprawiało się w przeddzień mojej wizyty w grodzie Kraka, to dosłownie seria niefortunnych zdarzeń.  W samą sobotę udało mi się dotrzeć bez większych problemów (oczywiście nie licząc zgubienia na trasie z GPSem oraz stania w tradycyjnych krakowskich korkach). Kiedy jednak wysiadłem z samochodu przed wejściem na teren Expo, kolejka stojąca do wejścia naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Czy pozytywne? Nie do końca, byłem już i tak spóźniony na jedno ze spotkań autorskich, a perspektywa stania w kolejce następne pół godziny, wcale mi się nie podobała. Na szczęście i tego roku wybierałem się na TK z akredytacją prasową, więc zgrabnie wyminąłem tłum ludzi i od razu skierowałem się do wejścia dla dziennikarzy. Niestety, z relacji znajomych-blogerów wiem, że goście branżowi, goście VIP i blogerzy musieli niestety w tej kolejce cierpliwie czekać. Warto jednak wspomnieć, że spowodowane było to zwiększonymi wymogami bezpieczeństwa, gdyż gościem specjalnym tegorocznych Targów był Izrael.


Jeśli chodzi o wystawców, to jak zwykle czytelnik miał okazję zrobić zakupy na przeróżnych stoiskach - od tych, które wystawiali mali wydawcy, przez wydawców-gigantów i księgarnie internetowe, aż po wystawców zagranicznych (tutaj bardzo miło wspominam stoisko delegatury niemieckiej, która reprezentowała markę Lechtturm1917). Tak samo jak ogromna liczba wystawców, tak i liczba odwiedzających była niesamowita. Tradycyjnie najbardziej zatłoczona okazała się Hala Wisła, a punktami, przez które często nie można było się "przebić" były okolice stoisk wydawnictwa Znak, Otwartego, Zysku, Prószyńskiego czy księgarni Matras.pl.
A co z cenami? No cóż... książki u większości wydawców były przecenione z ok. 20% rabatem. No ale czy na samych targach liczy się każdą złotówkę? Oczywiście, że nie. Na brak środków płacze się dopiero po dotarciu do domu! 

na zdjęciu widoczna akurat mniej
zatłoczona z hal, Hala Dunaj


video 

 Biorąc pod uwagę ubiegłoroczny i tegoroczny program targów, to muszę przyznać, ze jestem nieco rozczarowany. W moim odczuciu było dość skromnie. Na szczęście udało mi się spotkać z kilkoma pisarzami, na których bardzo mi zależało.
Kilka słów zamówiłem z Justyną Drzewicką, autorką serii książek fantasy dla młodzieży (m.in. "Niepowszedni. Porwanie", wyd. Jaguar), porozmawiałem także z Magdaleną Stachulą, która w tym roku zadebiutowała wydaną w Znaku "Idealną" (która de facto ma już kolejny dodruk!). Ostatnim z autorów, do których udało mi się dostać był Remigiusz Mróz. Do jednego z najpoczytniejszych młodych pisarzy stała tak długa kolejka, że po podpis czekałem aż... 2 godziny i 50 minut! Jak wiadomo, taka kolejka barykadowała także przejście miedzy alejkami. Jedna z dziewczyn, która stała w kolejce do podpisu miała własną walizkę, w której nosiła wszystkie książki. Walizeczka niestety utrudniała przejście osobom, które przebijały się przez kolejkę, by przejść. Informowano więc przechodzących, że niestety, przejścia nie ma, bo stoi tutaj wózek  książkami! ;-)  Ostatecznie i tak autor podpisał mi tylko serię Chyłkową, bo nie miałem serca podkładać kolejnych książek, gdy w kolejce nadal stała masa ludzi. W ramach rekompensaty, poczęstowałem jednak Mroza... Big Redami. ;-)
Tak, dokładnie, to by było na tyle. Chciałem podejść jeszcze do Magdaleny Witkiewicz, Alka Rogozińskiego oraz Marka Krajewskiego, ale niestety się nie udało. 

fot. Sardegna

fot. Sardegna
Na sam koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o tych małych, blogerskich spotkaniach. Cieszę się, że udało mi się poznać nowe osoby na Targach. Zobaczyłem się też znów z znajomymi, z którymi widujemy się od czasu do czasu na blogerskich kawach czy innych eventach. Szkoda tylko, że tego roku nie udało się zorganizować jakieś większego spotkania blogerskiego, nie tylko takiego w gronie kilku osób. Pojawiłem się także na jednym z paneli dla blogerów, które współorganizowałem od strony technicznej - "Po co w ogóle to czytać? Czyli słów kilka o tak zwanej literaturze niskich lotów", które poprowadziła Szyszka. Myślę, że choć w bardzo małym gronie, to bardzo się udało. Podobno inne spotkania, na których z różnych przyczyn nie mogłem być, tez okazały się wartościujące, jednak także nie przyciągnęły całej blogosfery książkowej. 



Ostatecznie: jak zwykle, bardzo cieszę się, że choć przez ten jeden dzień mogłem wziąć udział w tym niezwykłym wydarzeniu książkowym. Wyszedłem z Expo z kolejną dawką pozytywnych emocji, torbą pełną książek i kartą parkingową. Choć panował tłok i nie wszystko przebiegło tak, jak tego oczekiwałem, to po raz kolejny jestem bardzo zadowolony.





2 komentarze:

The Book Hothead

Fakt, do Mroza kolejka była ogromna! Ja stałam 3 godziny :D
Ps. Dzięki za wizytówkę ;)

Katarzyna Zych

Też stałam w tej długaśnej, sobotniej kolejce do Mroza i gratuluję Ci rozsądku jeżeli chodzi o podsuwanie Mrozowi książek do podpisania, bo niektórzy nie mieli litości ani dla niego, ani dla osób, które jeszcze czekały...
Pozdrawiam :)
kulturalnapyra.blogspot.com

Powiedz, co o tym myślisz...