czwartek, 9 marca 2017

Książki? Nie ma. Skończyły się.

Rzeźba przedstawiająca
H. Ch. Andersena.
Fot. własne, Dania 2016r.
     „Czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła” są to słowa polskiej noblistki Wisławy Szymborskiej. Myślę, że kto choć raz oddał się przyjemności czytania ulubionej lektury (choć czasem tę jedyną, najwspanialszą powieść trudno wybrać, bo dla czytelnika to przecież tak, jakby zapytać matkę o to, które ze swoich dzieci kocha najbardziej), z pewnością może potwierdzić, że słowa tej poetki to najczystsza prawda. A jednak biblioteki odwiedzane są coraz rzadziej, a czytelnictwo spada na łeb na szyję. Warto więc w ogóle czytać? 

     Według badań Biblioteki Narodowej na rok 2015, w Polsce za lekturę przynajmniej jednej książki, zabrało się zaledwie 37 procent Polaków. Aż 63 procent z nas zadeklarowało, że w ciągu wspomnianego roku, nie przeczytało żadnej książki. Jest to wynik naprawdę zatrważający, choć niektórzy twierdzą, że badania Biblioteki Narodowej nie zawsze odzwierciedlają prawdziwe realia. Niestety, prawda jest jedna, i niezależnie od tego, czy jesteśmy sceptykami czy optymistami – Polacy po prostu nie czytają. Dlaczego? Za pewne jednym z pierwszy skojarzeń do słowa książka jest biblioteka. Jak sam często zauważyłem, w zależności od gminy i jej włodarzy, biblioteki są wyposażone lepiej lub gorzej. I dla przykładu, biblioteka z gminy A ma naprawdę niezły księgozbiór. Widoczne jest, że miasto dba o rozwój czytelnictwa, gdyż nie tylko zakupuje nowości wydawnicze, ale także tworzy atrakcyjne dla potencjalnych czytelników wydarzenia – spotkania z autorami, dyskusyjne kluby książki. Unowocześnia także swoje filie, wprowadzając elektroniczny księgozbiór. Tymczasem w gminie B… no cóż, najnowsze książki z reguły pochodzą od czytelników, którzy zasilają biblioteki darami. A władze miasta, co najwyżej dokupują folię do oprawiania tomów.
Jednak czy to czasem treść książek, a nie ich oprawa i data wydania, powinny mieć znaczenie? Czy więc to nieatrakcyjna oferta bibliotek jest problemem? 

     Wśród środowiska, które zajmuje się promocją i reklamą w Internecie, jest takie powiedzenie – „nie ważne, co mówią, ważne by mówili”. Jestem bardzo podobnego zdania przy czytaniu książek. „Nie ważne, co czytacie, ważne byście czytali” – i tutaj przechodzimy do kolejnego punktu mojego wywodu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego prawdziwi czytelnicy tak bardzo krytykują tych mniej doświadczonych, którzy zamiast dzieł pokroju „Anny Kareniny” czy „Mistrza i Małgorzaty” podczytują „Pięćdziesiąt twarzy Greya” czy inne powieści, które powszechnie uznawane są za kiczowate i bezwartościowe. Co więc stoi za fenomenem książek takich autorek jak E.L. James czy Stephanie Mayer? Tematy z pewnością są nośne i wzbudzają dużo sensacji, na dodatek za tym wszystkim kryje się też naprawdę niezła reklama, która wzbudziły chęć sięgnięcia po te tytuły. Jednak główny atut tych powieści jest taki, że najzwyczajniej w świecie nie są one wymagające i zabrać się za nie może praktycznie każdy. Oczywiście, trzeba wiedzieć, komu chcemy daną książkę wypożyczyć czy podarować...
Ale czy zakazany owoc nie kusi najbardziej? I może sprawi, że po „Greyu” sięgną po coś lepszego? 

Księgarnia w kopenhaskim
Muzeum Narodowym
Fot. własne, Dania 2016r
     A może po prostu nie potrafimy znaleźć niczego, czego nie wyświetlą nam na ekranie? Choć nie śmiałem szukać żadnych statystyk i badań (czy takie w ogóle istnieją?), to mogę przypuszczać, że ekranizacje książek Polacy oglądają zdecydowanie częściej! Z pewnością atutem kinematografii jest często łatwiejszy przekaz niż brnięcie przez kilkadziesiąt rozdziałów. Na dodatek w filmie możemy zobaczyć swoich ulubionych aktorów, których plakaty wieszamy na ścianach, oklejonych niemodną już tapetą.
Czy ekranizacja może być lepsza od samej powieści? Co powiedzieliby nieżyjący już pisarze, o adaptowaniu ich dzieł do czasów współczesnych? Co sami sądzimy o częstych chwytach marketingowych polegających na przedzielaniu filmów na dwie części? 

     Ten artykuł to tak naprawdę przedstawienie argumentów, które każdy może interpretować na swój sposób. Każdy z nich może bowiem odpowiadać za lub przeciwko czytaniu książek. To, czy czytamy, nie powinno zależeć jednak od nikogo – ani od rugającego nauczyciela, ani od łypiącego okiem małżonka, a tym bardziej nie od ludzi, z którymi chcemy przebywać. Chęć lektury powieści powinno czuć się w sobie.
Czytanie ma być rozrywką, a każda lektura niepowtarzalną przygodą, bo, przytaczając znów na koniec Szymborską, „Nic dwa razy się nie zdarza”. 

Ten artykuł zawiera hasło, dzięki któremu możecie wygrać w konkursie. Więcej tutaj

0 komentarze:

Powiedz, co o tym myślisz...