niedziela, 16 kwietnia 2017

"Marlene"

Obchodzimy właśnie Wielkanoc. Nadszedł czas kolorowych pisanek, pysznych babek i ciast oraz cukrowych baranków. W ten niedzielny, świąteczny poranek mam okazję zaprezentować Wam recenzję wydanej niedawno powieści Hanni Münzer – „Marlene”. Jest to kontynuacja recenzowanej niedawno „Miłości w czasach zagłady”. Czy tom drugi okazał się równie dobry, co tom pierwszy?

Jak możemy się spodziewać, w tej części mamy okazję poznać historię przyjaciółki Debory – tytułowej Marlene. Akcja rozpoczyna się w momencie, w którym w „Miłości…” historia Marlene się kończy.
Kobieta przyjeżdża w poszukiwaniu przyjaciółki do Berlina. Ma nadzieję, że uda jej się uwolnić ją i jej brata z rąk Albrechta Brunnmanna – funkcjonariusza SS, od którego łaski zależy życie Debory i Wolfganga. Kiedy jednak Marlene przybywa pod wskazaną kamienicę, okazuje się, że pozostały z niej jedynie gruzy. Jak donoszą służby ratunkowe, po ataku bombowym w tej kamienicy nikt nie miał prawa przeżyć. Mimo niepowodzenia i początkowego załamania kobieta przechodzi do następnego etapu jej planu. Po pierwsze: musi skontaktować się z lokalnym przedstawicielem ruchu oporu, by ustalić kolejne ruchy jej pracy w organizacji. Jak się szybko okazuje, musi wypełnić nową misję. Spotkać ma się z Icahakiem Cukiermanem – znanym warszawskim przywódcą żydowskiego ruchu oporu. W tym celu powrócić ma znów do Polski. Jednak teraz nie jest już wytworną kochanką oficera SS, a zbiegłym szpiegiem, dlatego zagrożenie podczas wykonania tej misji okazuje się jeszcze większe. Czy uda jej się dotrzeć na umówione spotkanie?

Mimo misternie ułożonego planu pojawiają się komplikacje, które z pewnością rzutować będą na najbliższą przyszłość Marlene. Kto wie, może nawet i na całe jej życie. Po drodze spotka wiele osób – nie tylko tych złych, ale także prawdziwych altruistów. Czy tylko będzie wiedziała, komu może zaufać? Jak potoczą się losy tej niezwykłej kobiety?

Nierzadko jest tak, że przy każdym kolejnym tomie rozczarowujemy się coraz bardziej. Podobne obawy towarzyszyły mi, kiedy zabierałem się za drugą część z wojennej serii Hanni Münzer. Wydawało mi się przecież, że do czynienia będziemy mieć z praktycznie tą samą historią, tyle że z nieco inną bohaterką w roli narratorki. Ku mojemu zdziwieniu, „Marlene” okazała się zupełnie różna fabularnie w stosunku do „Miłości w czasach zagłady”. Oczywiście, obie książki mają wspólne elementy, które łączą je ze sobą, aczkolwiek dla czytelnika, który nie miał okazji zapoznać się z pierwszą częścią, podczas lektury „Marlene” nie będzie miał problemu ze zrozumieniem treści.
O ile jednak w „Miłości w czasach zagłady” autorka postawiła na pierwszym miejscu historię rodziny i relacji pomiędzy jej członkami, o tyle z w tej części już tak do końca nie jest. Drugi tom przypomina bowiem bardziej książkę przygodową, z wątkiem miłosnym, niż sagę rodzinną. Do czynienia mamy jednak dokładnie z podobnym schematem, co w wielu historiach wojennych – dwójka niebezpiecznie zakochanych, którzy pragną siebie nawzajem mimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, zakazujących im kontynuowaniu relacji. Tutaj przypomina mi się pamiętna scena z filmu „Miasto 44”, w którym bohaterowie całują się i przytulają, podczas gdy między nimi wystrzeliwuje z pistoletów mnóstwo kul. Oczywiście, żadna z kul nawet zakochanych bohaterów nie draśnie.  Podobnie jest trochę z bohaterką, jaką jest Marlene, która ma bowiem z reguły więcej szczęścia niż rozumu, i z wszystkich (no dobra, prawie wszystkich) swoich tarapatów wychodzi obronną ręką. Ba, nie brakuje nawet prawdziwych cudów!
Münzer zarzucić można także, że w tej powieści, podobnie jak w poprzedniej, zdecydowanie pozwala sobie na mocne kreowanie zdarzeń historycznych, więc praktycznie cała książka to fikcja literacka autorki. Tutaj naprawdę wszelkie imiona, nazwiska, daty i miejsca są przypadkowe.
Z drugiej jednak strony historia Marlene Kalten okazuje się naprawdę ciekawą lekturą, od której nie można się oderwać. Nie zabierałem się za nią jak za książkę stricte historyczną, bo dokumentem nie jest. I chyba tak właśnie trzeba ją traktować – nieco pobłażliwiej, nie zapominając jednak o tym, że przecież umieszczona jest w czasach, w których prawdopodobnie nikt nie chciałby żyć.

„Marlene” premierę miała 29 marca. Podobnie jak „Miłość w czasach zagłady”, tak i tę część wydało Wydawnictwo Insignis. Z języka niemieckiego przełożył Łukasz Kuć, a korektą i redakcją zajęli się Julia Diduch i Piotr Mocniak. Za projekt okładki odpowiada Tomasz Brzozowski. Na sklepowych półkach dostępna jest w oprawie miękkiej, ze skrzydełkami w cenie 39,99 zł. Powieść zawiera łącznie 546 stron.

Ostatecznie: myślę, że książkę można spokojnie polecić. Nie jest to ckliwa historia, ale niezła opowieść przygodowa, która dzieje się w wojennych realiach. Język jest dość lekki, akcja wartka. Nie radziłbym jednak, by za książkę zabierały się osoby, którym na nerwy działają nieścisłości względem faktów historycznych, bo takich w  „Marlene” nie brakuje.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Insignis.

Tytuł: "Marlene"

Autor: Hanni
Münzer

Tłumacz: Łukasz Kuć
 
Wydawca: Wydawnictwo Insignis


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 545 [8] [prebook]


ISBN: 978-83-65315-97-7


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★★☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne. :)
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość". :-)


0 komentarze:

Powiedz, co o tym myślisz...