sobota, 18 listopada 2017

"Młody świat"

Jakiś czas temu swoją premierę miała książka debiutanta, jeśli chodzi o literaturę – Chrisa Weitza. Nie bez przyczyny zaznaczyłem, że Weitz zadebiutował jako autor powieści, bo znany jest już w nieco innych kręgach, lecz jako reżyser i scenarzyta kasowych hitów filmowych. Na koncie ma m.in. współtworzenie scenariusza do pierwszej części „Łotra” ze star warsowego uniwersum. Jak sprawdził się w nowej odsłonie?

W obecnym świecie obowiązuje określony ład i porządek. Mimo zawirowań politycznych, skandali i afer, życie zwykłych obywateli z reguły wygląda tak samo – młodzi idą do szkół, ich rodzice w tym czasie pracują w pocie czoła, by wieczorem wszyscy razem mogli zasiąść do kolacji i zobaczyć teleturniej na jednej z komercyjnych stacji.

Kiedy jednak w Stanach Zjednoczonych zaczyna szerzyć się nieznana choroba, wszystko się zmienia. Tajemniczy wirus rozchodzi się w mgnieniu oka i praktycznie każdy Amerykanin zostaje zarażony. Co jednak dziwne, działanie wirusa uaktywnia się, dopiero gdy człowiek osiągnie dojrzałość, a zatem gdy skończy osiemnaście lat. Dlatego też, z biegiem czasu i rozprzestrzeniania się choroby, wszyscy dorośli umierają podczas epidemii i w Stanach żywi pozostają jedynie nastolatki. A tego już raczej harmonijnym ładem nazwać nie można.

Gdy w kraju zapanowuje anarchia, a jedynym celem ocalałych młodych ludzi pozostaje przeżycie kolejnego tygodnia, nie liczą się już żadne zasady. A cała teoria, której dotąd nauczyli się w szkołach, przestaje mieć znaczenie.

Nowy Jork podzielony jest teraz na obozy rządzone przez różne grupy nastolatków, którzy nieustannie spierają się między sobą o terytorium, pożywienie i broń. Wkrótce nowym przywódcą jednego z obozów zostaje Jefferson. Dotąd grupą rządził brat chłopaka, ale po jego odejściu, to na barki Jeffa spoczęła odpowiedzialność za młodych ludzi z jego plemienia. Chłopak nie czuje się jednak odpowiednim kandydatem na przywódcę. Prędzej widziałby w tej roli chociażby swoją przyjaciółkę – Donnę, do której, no cóż, żywi nieco większe uczucia.

Wkrótce jeden z jego współtowarzyszy odnajduje wzmiankę na temat choroby sprzed okresu epidemii. Co więcej – istnieje możliwość odnalezienia antidotum na tę śmiercionośną zarazę. Jednak żeby cokolwiek odkryć, Jefferson wraz z zaufanymi kompanami będzie musiał opuścić tereny swojego obozu i przejść przez ziemię niczyją, w której roić będzie się nie tylko od wrogów z innych obozów, ale także głodnych dzikich zwierząt.

Czy grupie młodych ludzi uda się dowiedzieć, skąd wzięła się tajemnicza epidemia? Jak dużo będą musieli poświęcić, by odkryć prawdę? I czy istnieje w ogóle jakiekolwiek lekarstwo na tę chorobę?

Od kiedy na rynku wydawniczym pojawiły się „Igrzyska Śmierci” czy „Niezgodna”, pojawił się także wielki boom na młodzieżowe powieści dystopiczne, czy też powieść młodzieżowe bardziej podchodzące pod gatunek postapokaliptycznych. „Młody świat” od samego początku – czyli po przeczytaniu opisu – bezsprzecznie kojarzył mi się ze skrzyżowaniem „Niezgodnej” Veroniki Roth oraz „Piątej fali” Ricka Yanceya. Miałem jednak nadzieję, że z tego miksu wyjdzie coś dobrego, może nie wybitnego, ale przyzwoitego przynajmniej. I muszę przyznać, że lekko się zawiodłem.

Chris Weitz w swojej książce przedstawia dość mocno eksploatowany motyw w młodzieżowej literaturze postapo, więc wydawało mi się, że przy tak dużej powieści o podobnej tematyce, nie można zrobić poważnych błędów kreacyjnych. Bardzo się pomyliłem, ponieważ, w mojej opinii, stworzony przez autora świat, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości. Wydaje mi się, jakby autor w historii o epidemii grasującej w Stanach, całkowicie zapomniał o całej reszcie świata. Faktycznie, któryś z bohaterów coś tam przebąkuje na temat rozprzestrzeniania się choroby gdzieś w Europie, ale tak naprawdę, ani jeden ze „zdrowych” krajów nie podejmuje kompletnie żadnych kroków, by Stanom pomóc w czasie epidemii… I co jeszcze mniej prawdopodobne – żaden z tych krajów, nie podejmuje próby podboju chorych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przez to, czytelnik może odczuć, iż stworzona przez Weitza wizja świata, jest niedopracowana i niespójna.

Podobnie jest jednak także w przypadku samej fabuły. Czytając tę książkę, naprawdę musiałem nie raz zastanawiać się, czy w tym chaosie znaleźć można jakąkolwiek logikę. Decyzje bohaterów „Młodego świata” podejmowane były dość pochopnie, co z reguły przynosiło niekorzystne dla nich rezultaty. Ale może właśnie tak by to było, gdyby młodzież zaczęła panować nad światem?…

„Jej druga dłoń wędruje w dół moich pleców i zatrzymuje się na kości ogonowej. Moja znajduje to samo miejsce na jej ciele. I wpijamy się w siebie”
Chris Weitz, „Młody świat” str. 232, tł. Olga Siara, Insignis Media 2017

Główni bohaterowie książki Chrisa Weitza także nie wywarły na mnie dobrego wrażenia. Dialogi pomiędzy nimi z reguły były drętwe, żarty nieciekawe, a sama ich osobowość – kompletnie nijaka. 

Do fabuły tej książki, nie pasują także miłosne dylematy, które na sile autor wplótł w tę historię. Jeśli zrobiłby to bardziej umiejętnie, to jeszcze mógłbym to przełknąć. Jednak miłosne rozterki wydają się zwyczajnie sztuczne i niejednokrotnie sprawiały, że podczas lektury jedynie przewracałem oczami.
 
Spośród tej pospolitości, wyłaniała się tylko jedna postać, która w jakiś sposób intrygowała – choć mogła czasem irytować – młody nerd z obozu Jeffersona, nazywany, jakże błyskotliwie, Mózgowcem Była to naprawdę jedna z nielicznych postaci zbudowanych na tyle dobrze, by mogły zaciekawić czytelnika.

Jeden z antagonistów – z przeciwnego plemienia – nazywany jest natomiast… Przystojniakiem! Co do pseudonimów – pozostawię to indywidualnej ocenie, myślę jednak, że nawet w oryginale brzmi to śmiesznie. Kreacja pana Przystojniaka jest z kolei, o ile dobrze pamiętam, idealnym odwzorowaniem postaci Gally’ego z „Więźnia labiryntu” Jamesa Dashnera.

Jednym z niewielu elementów, które w książce mi się podobały, to sceny na zorganizowanym przez ocalałe dzieciaki targu, który powstał w dawnym budynku dworca Grand Central. Weitz w ciekawy sposób przedstawił gospodarkę, polegającą poniekąd na barterze, która z góry kontrolowana była przez jedno z plemion. W Ameryce, w której w wizji Weitza panował ciągły niedobór każdego artykułu spożywczego, na targu można było kupić nawet kawę – produkt uznawany za prawdziwie luksusowy. Oczywiście, za odpowiednią cenę.

„Przez szparę między skrzydłami drzwi widzę tłum ludzi. Ławki i nawy wypełniają zwłoki upchane tak gęsto, że praktycznie stoją. Jakby wszyscy wcisnęli się do konsulatu nieba, ale i tak nie załatwili potrzebnych dokumentów”
Chris Weitz, „Młody świat” str. 66, tł. Olga Siara, Insignis Media 2017

Na deser zostawiłem sobie jednak moje ulubione sceny z „Nowego świata”. Pierwsza z nich przedstawia bohaterów, którzy po ponad dwóch latach od rozpoczęcia epidemii, wchodzą do zamkniętego kościoła. W świątyni znajdują ciała dorosłych – oczywiście zapach trupów odrzuca ich dopiero po otwarciu kościelnych wrót. Najgorsze jest jednak to, że według autora, ciała martwych ludzi nie rozłożyły się w ciągu dwóch lat! Czy więc epidemia sprawiła, że zmarli ludzie zostali idealnie zakonserwowani niczym starożytne mumie? 

Kolejny świetny fragment z tej książki, to bitwa z niedźwiedziem (który uciekł z nowojorskiego zoo) w zamkniętym muzeum. Nadal pozostaje dla mnie zagadką, jak niedźwiedź dostał się do zamkniętego na cztery spusty budynku. A jeszcze lepszy jest fakt, że w owe dzikie zwierze, które atakuje naszych bohaterów, trafiają strzały z broni palnej, z karabinu i innych maszyn, a do tego ostrza noży i włóczni, mimo to nowojorski misiek nadal nie ma żadnych obrażeń i dalej marzy jedynie o kolacji składającej się z Jeffersona i Donny. 

Obie sceny idealnie pokazują, jak wiele pracy musi włożyć jeszcze autor, by jego książki były zwyczajnie dobre. Bo o ile na ekranie niektóre rzeczy mogą być akceptowane, o tyle w książce nie można przejść koło tego obojętnie.

Powieść „Młody świat” Chrisa Weitza, wydana została 27 września bieżącego roku przez Wydawnictwo Insignis.

Za przekład z języka angielskiego odpowiedzialna jest Olga Siara. Redakcją i korektą książki zajęli się Maria Brzozowska, Dominika Pycińska, Tomasz Brzozowski i Julia Diduch.

Projekt polskiej okładki stworzył Tomasz Brzozowski. „Młody świat” wydany został w Polsce w okładce miękkiej bez skrzydełek, z wytłoczonymi literami tytułowymi. Łącznie na książkę składa się około 355 stron. Cena detaliczna wynosi 34,99 zł. Tytuł dostępny jest także w wersji elektronicznej.

„Młody świat” to powieść, która zaskakuje. Jednak nie pozytywnie, jak tego oczekiwałem. Niestety, powieść nie jest ani zbyt subtelna, ani oryginalna pod względem fabularnym, ani nawet nie jest śmieszna – bo żarty są w niej suche niczym grzanki do zupy. Trudno mi też powiedzieć, do kogo konkretnie skierowany jest ten tytuł. Myślałem, że może będzie to książka skierowana do nastoletnich chłopaków zafascynowanych wizją postapokaliptycznego Nowego Jorku, ale mdłe wstawki z romansem dwójki głównych bohaterów, skutecznie przekreślają to twierdzenie. Ta książka po prostu sobie jest, ale wydaje mi się, że nikogo nie powali na kolana. A przynajmniej nie mnie. I będę musiał się naprawdę zastanowić, czy przed premierą kolejnej części, mam zamawiać egzemplarz drugiego tomu. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Insignis oraz firmie AIM Media.  
  
Tytuł: "Młody świat"

Autor: Chris Weitz


Tłumacz: Olga Siara
 
Wydawca: Wydawnictwo Insignis


Rok wydania: 2017

Liczba stron: 355 [7]


ISBN: 978-83-6743-73-4


Liczba gwiazdek przyznanych w GR: ★★☆☆☆*
*Klasyfikacja w aplikacji GoodReads  wynosi od jednej do pięciu gwiazdek.
 

PS. Podobało Wam się? Jeśli tak, koniecznie napiszcie, co sądzicie w komentarzach! Jeśli nie – też wyraźcie swoje zdanie!Jak widzicie, właśnie testuję nowy system komentarzy Disqus, więc Wasze przemyślenia są teraz dla mnie jeszcze bardziej cenne.
Aby skomentować anonimowo należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".



0 komentarze:

Powiedz, co o tym myślisz...