Pod powierzchnią książka

Adaptacje filmowe stworzone na podstawie książek są standardem. Coraz częściej spotykamy jednak zabiegi odwrotne, inspiracje produkcją filmową, które stanowią przyczynek do stworzenia książki. Tak też jest z powieścią „Pod powierzchnią” autorstwa Anny Dembowskiej, która powstała dzięki serialowi o tym samym tytule. 

W książce „Pod powierzchnią” poznajemy historię zaginionego chłopca, Maksa Gajewskiego. Kilkuletni chłopiec w czasie jednej z niedziel wybrał się wraz ze swoją matką na festyn, gdzie – w powszechnym harmidrze – szybko traci się z oczu rodzicielce. Kobieta wpada w panikę, wraz z organizatorami imprezy rozpoczyna poszukiwania syna. Kiedy to nie zdaje rezultatu, na miejsce zostaje wezwana policja. Psy tropiące trafiają zaś jedynie na porzucone rzeczy, w które ubrany był malec.

Na miejsce wezwana zostaje komisarz Maria Byszewska. Ceniona policjantka, która jednak ma za sobą trudną przeszłość. Na dodatek kobieta nie potrafi poradzić sobie z własnym, dorosłym już synem, a w pracy zdominowanej przez mężczyzny, codziennie musi udowadniać swoje kompetencje. I przypominać, że niejednokrotnie jest lepsza od nich.

Byszewska zrobi wszystko, by odnaleźć chłopca. Jednocześnie jednak w pamięci będzie miała ciągle niezamkniętą – w jej mniemaniu – sprawę gwałciciela. Sprawę, którą jej przełożeni usilnie będą chcieli zakończyć.

Niebawem bez śladu znika kolejny chłopiec, a informacje o tym zdarzeniu szybko trafiają do mediów. Czy za zaginięciami małych chłopców stoi seryjny porywacz? I jaki cel mają jego działania?

Na Byszewskiej spoczywać będzie cała odpowiedzialność, a presja ze strony społeczeństwa będzie coraz większa. Tymczasem w paradę wejdzie jej arogancki, szukający poklasku detektyw, a świadkowie zaczną szukać pomocy u… wróżek.

Komisarz będzie musiała zrobić wszystko, by rozwiązać swoją sprawę. Tymczasem przeszłość komisarz da o sobie znać. Wszystko to, co ukryte jest pod powierzchnią, kiedyś ujrzy bowiem światło dzienne.

Pod powierzchnią książka

Większość kryminałów publikowanych współcześnie opartych jest na podobnych schematach, a jedynie sposób ich stworzenia, indywidualny styl autora, sprawiają, że czytelnik ma ochotę poznać w całości przedstawianą historię i uznać ją za ciekawą. Choć wspomniana „ciekawość powieści” jest pojęciem abstrakcyjnym i z całą pewnością indywidualnym dla każdego odbiorcy, to jednocześnie – dość istotnym i kluczowym w ostatecznej ocenie.

Właśnie po stylu poznamy dobrze napisaną powieść, którą będzie chciało się czytać od samego początku aż do końca. To właśnie od sposobu narracji zależy, czy konkretny tytuł obroni się w oczach czytelników. Niestety, nad „Pod powierzchnią” w tym zakresie trzeba byłoby jednak jeszcze mocno popracować.
Co jest nie tak? Głównie trudny dla zwykłego czytelnika, a przypominający skrypt scenariusza język powieści, który odrzuca, zamiast zachęcać do czytania. Dość topornie brzmiące dialogi i sztampowe kwestie wypowiadane przez wyraziste postaci stanowią największy problem tej książki. Przez zastosowanie właściwego scenarzystom języka, w powieści zgubiła się emocjonalność i wiarygodność, tworząc czasem groteskowe i sztuczne sceny. Do tego należy dodać także fakt, że w narracji mieszane zostają czasy – teraźniejszy z przeszłym, a także pojawiają się powszechne błędy, takie jak nazywanie zajmującej stanowisko sędziego kobiety sędziną.

– Już żałuję, że cię zabrałam – stwierdziła Maria. – Słyszysz, co ty chrzanisz?
– Szczery jestem. [...]
– Nie powinieneś być policjantem – stwierdza Maria.


Powyższe przekłada się na samą fabułę, która – nie mamy się co oszukiwać – nie jest szczególnie wyróżniająca się na tle innych kryminałów czy powieści grozy. Główna bohaterka to skrywająca sekrety policjantka, a najważniejszym problemem (teoretycznie) jest zaginięcie małego chłopca, który porwany zostaje przez mężczyznę w stroju klauna.

Oczywiście, autorka z każdym kolejnym rozdziałem dokładka zagadek i tajemniczych zbiegów okoliczności. Nie zmienia to jednak faktu, że chociaż fabuła zaczyna się plątać, Byszewska musi zajmować się swoimi pierwotnymi sprawami. Mnogość wątków nie jest też równoznaczna z tym, że książka staje bardziej enigmatyczna czy frapująca.

„Pod powierzchnią” nie jest powieścią, która czytelnika zaszokuje – ani w kwestii fabularnej, ani w kwestii językowej. Jednocześnie należy pamiętać, że książka inspirowana serialem stacji TVN może stanowić niejako dopełnienie serialu emitowanego na ich antenie i może stanowić dobry pomysł na lekturę dla fanów produkcji.

Decyzję, czy warto przeczytać tę książkę, pozostawiam więc każdemu potencjalnemu czytelnikowi. W mojej ocenie tytuł ten naprawdę niewiele nowego wnosi do historii z serialu „Pod powierzchnią”, a jednocześnie – nie jest na tyle zdumiewającą czy nietuzinkową powieścią, by bez żadnego „ale” móc ją polecić. 
Znajdź mnie Andre Aciman

Kiedy w 2017 roku w kinach pojawił się film „Tamte dni, tamte noce” oparty na powieści André Acimana, nikt nie spodziewał się, że historia Elio i Olivera odniesie tak wielki sukces. Teraz, po wielu latach od pierwszego wydania książki, autor powraca do znanych czytelnikom bohaterów. Czy słusznie?

W powieści „Tamte dni, tamte noce” poznaliśmy Elio i Olivera, młodych mężczyzn, którzy w trakcie wakacji we Włoszech nawiązują nietypową dla siebie relację. Doktorant i syn profesora różni wiek i sposób życia, jednak uczucie, które powstaje pomiędzy nimi, jest wyjątkowo czyste i silne. Finalnie jednak pierwsza część zakończyła się dla ich miłości dość nieszczęśliwie.

W drugim tomie spotykamy bohaterów po 20 latach od wydarzeń z pierwszej książki. Elio został znanym pianistą i kompozytorem, który sporą część czasu poświęca w rzymskim konserwatorium, wykładając muzykę klasyczną. Jest charyzmatycznym człowiekiem, a na jego zajęcia przychodzą grupy studentów, zafascynowanych pięknem, wydobywającym się spod jego palców.

W międzyczasie rodzice muzyka kończą pewien rozdział swojego życia, decydując się na rozwód i zakończenie przynoszącego niezrozumienie oraz brak satysfakcji związku. Niebawem ojciec Elio, Samuel, wyjeżdża w podróż do Rzymu, gdzie został zaproszony na naukowy odczyt w czasie jednej z konferencji. Podróżują do stolicy Włoch, mężczyzna ma też nadzieję na spotkanie z dawno niewidzianym synem. Niespodziewanie, w trakcie podróży pociągiem, spotyka Mirandę, dziewczynę z psem, która jedzie do stolicy, by świętować urodziny schorowanego ojca. Młoda kobieta wdaje się w zaskakująco niepospolitą rozmowę ze starszym od siebie mężczyzną.

Życie Elio i jego ojca zostało na nowo poukładane, a w nich samych po upalnych włoskich latach pozostały wspomnienia, pełne radości i bólu. Teraz kiedy dobrze wiedzą, kim są i co chcą ze sobą zrobić, mogą pozwolić sobie na jedno. Poddanie się losowi.

Znajdź mnie Andre Aciman recenzja

Książka „Tamte dni, tamte noce” po raz pierwszy wydana została w 2007 roku, od tego czasu autor wydał kilka innych książek, a przez wszystkie te lata nie pojawiały się informacje dotyczące ewentualnej kontynuacji przygód Elio i Olivera.

Niespodziewanie, w ubiegłym roku Aciman postanowił zmienić decyzję i powrócić do bohaterów sprzed kilkunastu lat (i jednocześnie swojego beletrystycznego debiutu). Niewątpliwie, wpływ na jego decyzję miał fakt, że film na podstawie jego książki okazał się niezwykłym sukcesem, co przełożyło się także na popularność jego powieści.

Wydawałoby się, że powrót do historii po latach może mieć jedynie pozytywny wpływ na kolejną książkę. Wszak autor miał wystarczająco sporo czasu, by zastanowić się nad ewentualną kontynuacją i przemyśleć, w jaki sposób poprowadzić fabułę kolejnej książki. Niestety, treścią „Znajdź mnie”  czytelnicy mogą być jednocześnie usatysfakcjonowani, jak i rozczarowani.

– Oczywiście, że mam tajemnicę. Wszyscy mamy. Każdy z nas jest jak księżyc, pokazujący się Ziemi tylko w kilku aspektach, ale nigdy w całości. Większość z nas nigdy nie spotkała osób, które by nas zrozumiały w naszej pełnej okrągłej postaci. Pokazuję ludziom tylko tę część siebie, którą moim zdaniem potrafią pojąć. Każdemu inną. Zawsze jednak pozostaje jakaś ciemna strona, zachowana tylko dla mnie.

Przede wszystkim warto pamiętać o jednej niewątpliwej zalecie pierwszego tomu, „Tamtych dni, tamtych nocy” – poetyckości. Proza, której język stylizowany był na język poezji, miała w sobie coś urzekającego, co sprawiło, że przecież wcale nie tak oryginalna opowieść o miłości dwójki ludzi, nabierała dodatkowego sensu. Wpływały na to owe poetyckie niedomówienia, krajobrazy zapisane literackim językiem. Tego w najnowszej książce Aciman niewątpliwie brakuje, poetycki język zastąpiono bowiem dość zawoalowanymi metaforami czy przydługimi zdaniami, z których trudno odczytać właściwy sens.

Po latach być może A. Aciman przestał odczuwać potrzebę, by właśnie w tym stylu poprowadzić narrację. I brak tej poetyckości prawdopodobnie nie będzie żadnym problemem dla osób, które „Tamte dni, tamte noce” znają jedynie z filmu. Jednakże znając treść i sposób narracji tomu pierwszego, trudno nie pozwolić sobie na porównanie obu tytułów.

Nigdy nie miałem odwagi choćby do niego zadzwonić albo napisać, a tym bardziej go odwiedzić. Wszystko, co potrafię, to szeptać jego imię w ciemnościach, kiedy jestem sam. Ale wtedy śmieję się z siebie. Modlę się o to, żebym nigdy nie wyszeptał jego imienia, kiedy jestem z kimś innym.

Warto wiedzieć także, że „Znajdź mnie” tak naprawdę nie jest książką skupioną jedynie na postaci Elio i Olivera, co miałem nadzieję dostatecznie podkreślić w opisie fabuły w tej recenzji. Sama książka podzielona jest właściwie na trzy opowiadania, które są mniej lub bardziej ze sobą powiązane. Każda z części przybliża czytelnikom zaś jedną z postaci – starego Samuela, utalentowanego Elio czy pełnego wątpliwości  Olivera.

A zatem czytelnicy mają możliwość ponownego spotkania znanych już bohaterów, jednak z możliwością bliższego poznania Samuela, do tej pory będącego postacią drugoplanową. Jednocześnie zatem należy zauważyć, że nie jest to jedynie historia o miłości Olivera i Elio, a raczej – opowieść o różnych sposobach przedstawiania tej miłości.

To właśnie postać ojca zostaje szczególnie mocno zaakcentowana w „Znajdź mnie” André Acimana. O ile w pierwszej książce autor opisywał relację pomiędzy dwojgiem mężczyzn, tak w najnowszej książce skupia się po prostu na międzyludzkich relacjach, które istnieją pomiędzy człowiekiem a człowiekiem, bez względu na wiek, płeć czy klasę społeczną.

Problemem może być jedynie zgodność nowych opowiadań z faktycznym zakończeniem „Tamtych dni, tamtych nocy”. Należy przypomnieć, że poprzednia książka umiejscowiona była mniej więcej w latach 80. Tymczasem akcja nowej powieści dzieje się współcześnie, a jednocześnie – według słów bohaterów – 20 lat po pierwszym spotkaniu Elio i Olivera w czasie upalnych wakacji. Kilka lat, które umknęły gdzieś w tej przestrzeni, stanowi zatem pewien fabularny zgrzyt.

„Znajdź mnie” to zupełnie inna książka niż „Tamte dni, tamte noce”, widać to na pierwszy rzut oka. Trzeba mieć świadomość, że nie będzie to powtórka z rozrywki. W nowej książce brakuje subtelności, którą w swojej książce Aciman zawarł dwanaście lat temu. Językowa prostota nie zawsze zatem jest dobrym wyborem. Dodatkowo, biorąc pod uwagę fakt, że narrator w nowej książce metaforycznie przyrównuje członka we wzwodzie do… latarni morskiej, można mieć też wątpliwości wobec zmysłowego erotyzmu, który stanowić miał jeden z atutów tej powieści.

Ostatecznie jednak „Znajdź mnie” domyka tę historię, a autor tworzy zręczne zakończenie, jednocześnie dając jasny sygnał, że pewien rozdział w życiu bohaterów na zawsze zostaje zamknięty. Nie ulega zatem wątpliwości, że tytuł ten koniecznie muszą przeczytać osoby, którym naprawdę zależy na kolejnym literackim spotkaniu ze światem Elio i Olivera.

André Aciman nie otwiera zatem nowych furtek, a filmowcom daje też średnią możliwość, by na podstawie drugiej książki stworzyć kolejny film. Zamiast tego jednak przyznaje bohaterom drugą szansę – na przyjrzenie się swojemu życiu i zadecydowanie, co tak naprawdę jest w nim najważniejsze.

Wyrok Mróz recenzja książki

Remigiusz Mróz jest jednym z najchętniej czytanych współczesnych twórców. W ostatnim czasie poinformował o wydaniu kolejnej książki, kontynuacji powieści Behawiorysta, tymczasem zaledwie parę tygodni temu na rynku ukazał się dziesiąty tom z serii o Joannie Chyłce – „Wyrok”.

Kordian Oryński doczekał się wreszcie tego, na co pracował od dawna. Został wpisany na listę adwokatów i wreszcie – w pełni legalnie – może występować na sali sądowej w todze z zielonym żabotem. Pierwsza sprawa świeżo upieczonego adwokata pozostaje w jego pamięci na zawsze, nawet jeśli ma już doświadczenie w sądowych bataliach. Problem pojawia się wtedy, kiedy pierwsza sprawa jest sprawą… nie do wygrania.

Mecenas otrzymuje ultimatum, a stawka, o którą gra, jest bardzo wysoka. Dawny wróg Chyłki i Zordona z przeszłości, Piotr Langer, ma dla nich sprawę – obronę 17-letniego chłopaka z Poznania oskarżonego o brutalne zabójstwo. Wszystkie dowody wskazują na nastolatka i żaden prawnik o zdrowych zmysłach nie podjąłby się jego obrony. Tylko że Langer ma coś, czego Oryński bardzo potrzebuje.

Prawnik decyduje się podjąć wyzwanie i rusza do Poznania, by tam spotkać się ze swoim klientem. W murach aresztu widzi się zaś z… chłopakiem o delikatnej, kobiecej wręcz urodzie, który zarówno postawą, jak i za pomocą przedstawionych Kordianowi wyjaśnień sprawia wrażenie niewinnego. Problem w tym, że wcześniej przy prokuratorze przyznał się do winy, co stanowi ważny dowód oskarżenia.

Sprawa nie jest łatwa, tym bardziej że prowadzi ją prokurator Siarkowska, znana w okręgu formalistka, której celem jest wymierzanie sprawiedliwości. Sprawa jest trudna, a kolejne tropy zdają się jedynie jeszcze bardziej ją komplikować. Do zmartwień prawników dochodzi także niepokój o osobiste zaangażowanie Langera w sprawę.

Kordian i Chyłka będą musieli zrobić wszystko, by udowodnić niewinność swojego klienta. Jednocześnie, wynik rozprawy, a nawet jej przebieg, musi usatysfakcjonować gangstera, trzymającego prawników w szachu.

Czy chłopak naprawdę winny jest zabójstwa dwójki kolegów? Co wspólnego ze sprawą ma Piotr Langer? I czy prawnikom uda się wyjść cało z opresji?

Wyrok Mróz opinie

Jeszcze kilka lat temu wielu czytelników Remigiusza Mroza nie zdawało sobie sprawy, jak rozległa okaże się seria o Joannie Chyłce. Do tej pory z serii wydano m.in. „Umorzenie”, „Kontratyp”i „Testament”. Najnowszy „Wyrok” to dziesiąty i – wbrew pozorom – wcale nie ostatni tom z cyklu o prawniczce.

Co udało się Joannie Chyłce przez w minionych częściach? Warszawska adwokat między innymi brała udział w wypadku samochodowym i wspinała się na górskie szczyty bez aklimatyzacji. W tym tomie do przygód Chyłki dochodzą nowe wydarzenia. Na całe szczęście, w nowej książce Remigiusz Mróz nie każe Chyłce uprawiać sportów wyczynowych, choć to, co tym razem dzieje się z bohaterką, można uznać za równie ekstremalne.

Wszystko to, niestety, kosztem innych elementów, na które składa się „Wyrok”. Pomimo wielkiej sympatii do serii o Joannie Chyłce, zaczynam zauważać, że z każdym kolejnym tomem fabuła staje się coraz bardziej oderwana od rzeczywistości, a sprawy kryminalno-prawnicze, które powinny być głównym wątkiem, spychane są na drugi plan przez wyolbrzymione wątki poboczne.

Z każdym tomem coraz mniej czasu spędzamy na sali sądowej, zamiast tego towarzyszymy bohaterom w nieprawdopodobnych misjach specjalnych, których nie powstydziłby się nawet znany agent 007. I chociaż ta sensacyjna warstwa widoczna była w książkach Mroza od samego początku, to teraz stała się nie tyle uzupełniaczem całej fabuły, ile jej najważniejszym składnikiem.

Mam wrażenie, że ostatnie książki Remigiusza Mroza świetnie sprawdziłyby się w formie  scenariuszy amerykańskich filmów sensacyjnych. Jednak to, co nieźle wychodzi na filmach zza oceanu, niekoniecznie dobrze wygląda w osadzonych w polskich realiach książkach. Jeśli w poprzednich książkach z jakichś powodów brakowało komuś dynamicznych scen pościgów i… „walki z czasem”… to pod tym względem nie będzie zawiedziony.

W „Wyroku”, dziesiątym tomie, potrzeba było trochę świeżości i zdaje się, że Remigiusz Mróz doskonale o tym wiedział. Przenosi on nie tylko akcję z Warszawy do Poznania, ale pozwala sobie na wprowadzenie nowych, poznańskich bohaterów. Wśród nich pojawia się jedna szczególnie charakterystyczna postać – prokurator Siarkowska, nazywana Siarką. Prawniczka stojąca po drugiej stronie barykady nie tylko nie ułatwi adwokatom zadania, ale także – nieźle namiesza w ich prywatnym życiu. Tym samym autor otworzył sobie ciekawą furtkę, dzięki której będzie mógł przemycić nieoczywistą postać Siarki w kolejnych tomach przygód o Joannie Chyłce.

 „Wyrok” został wydany we wrześniu bieżącego roku nakładem Czwartej Strony. Książkę w dobrej cenie można kupić tutaj.

„Wyrok” mógłby być dobrym zakończeniem tej serii, jednak zamiast tego wiadomo, że pojawi się kolejna część. Najnowszy tytuł jest z całą pewnością obowiązkowy dla tych, którym bardzo podobały się poprzednie części. Jeśli jednak mieliście uwagi do fabuły poprzednich tomów, istnieje spore prawdopodobieństwo, że i tym razem wobec pewnych kwestii będziecie czuć rozczarowanie.
Ani złego słowa recenzja książki

O tolerancji i równości stosunkowo łatwo nam się mówi, zdecydowanie trudniej jest jednak zastosować politykę antydyskryminacyjną w prawdziwym życiu. Przekonują się o tym bohaterowie powieści „Ani złego słowa” autorstwa Uzodinmy Iweali.

W „Ani złego słowa” poznajemy historię Niru, Amerykanina o nigeryjskich korzeniach. Niru dobrze się uczy, choć nigdy nie prześcignie swojego idealnego brata. Jest za to dobrym sportowcem, osiągając najlepsze wyniki w szkole, gwarantujące mu najlepsze studia.

Niru wychowywany jest jednak w konserwatywnej rodzinie, która nie pozwala mu zapomnieć o wartościach, które cenią prawdziwi Nigeryjczycy. Wśród owych wartości znajduje się też bezkrytyczna wiara w Boga i życiowe drogowskazy przekazywane wiernym przy pomocy pastorów.

Problem w tym, że na wychowanie Niru wpływ mieli nie tylko rodzice, ale także nieco bardziej otwarci na doczesne rozrywki szkolni koledzy i koleżanki. Chłopak, starając się udowodnić swoją wartość, stara się robić zaś wszystko, by być przykładnym uczniem i dobrym synem jednocześnie.

Jego ułożone życie zmienia się, kiedy w ostatniej klasie liceum odkrywa, kim naprawdę jest - homoseksualistą. A właściwie, to pozwala, by prawdy o nim samym dowiedziała się jego najbliższa przyjaciółka.

Kiedy przyjaciółka namawia go do poznania innego chłopaka, Niru jest zestresowany. Jednak, jak się okazuje, pierwsze młodzieńcze zauroczenie bywa kuszące i jedyne w swoim rodzaju. Kiedy jednak przypadkiem dojdzie do coming outu przed rodzicami, nic nie będzie takie samo, a nieheteronormatywność na powrót stanie się tematem tabu.

Niru będzie musiał zdecydować, kim chce być, a właściwie – kim jest. Jak się bowiem szybko przekona, człowiek nigdy nie jest doskonały, trudno też żyć życiem, które wybrane zostało za nas przez kogoś innego.

Ani złego słowa opinie

„Ani złego słowa” to jedna z tych książek, o których trudno się pisze. Mimo pełnej świadomości tego, że fabuła powieści Uzodinmy Iweali jest fikcją literacką, ma się spore poczucie, że w istocie – takie sytuacje, jak opisane w omawianej książce, się zdarzają. I to wcale nie rzadko.

Przede wszystkim książka Iweali jest powieścią, która porusza nie jeden, a wiele tematów, związanych z ludzką egzystencją. Brzmi to dość górnolotnie, ale tak naprawdę jest – powieść „Ani złego słowa” przedstawia losy zagubionego nigeryjskiego chłopaka, który musi odnaleźć się w świecie, w którym pełno jest sprzecznych dla siebie ideologii, religii i wyznań, wartości oraz nurtów myślowych.

Iweala w swojej powieści sprawnie przemieszał przynajmniej trzy problemy: problem społeczny, czyli dyskryminację ze względu na rasę i kolor skóry, problem tożsamościowy i problem religijno-kulturowy.  Każdy z nich stanowi integralną część fabuły powieści, mającą spory wpływ na psychikę głównego bohatera.

Niru jest mężczyzną, wchodzącym w dorosłe życie. Mimo pełnoletności nie może on jednak powiedzieć o swobodzie czy możliwości podejmowania w pełni samodzielnych decyzji. I nie chodzi tutaj już nawet o kontrolę ze strony autorytarnego ojca – społeczne konwenanse, przekonania wychodzące ze stereotypów zaczynają przeważać nad logiką i psychiczną higieną głównego bohatera, momentami doprowadzając go do skraju wytrzymałości.

Chociaż o problemie osób czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych traktowało już wiele tekstów kultury, m.in. niezwykle popularny film „Służące” czy popularna w 2017 roku i nagrodzona Pulitzerem „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” Colsona Whiteheada, to jednak – szczególnie wśród czytelników z Europy – powieści mówiące o współczesnej dyskryminacji za oceanem są szczególnie poruszające.

„Ani złego słowa” nie jest książką z nurtu literatury LGBT. A przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jest to raczej powieść, w której wątek orientacji seksualnej głównego bohatera jest zaledwie jednym z wielu czynników, mających ostateczny wpływ na losy postaci. Tym samym, jak się okazuje, nasza seksualność nadal może stanowić problem – dla nas samych lub dla naszego otoczenia.

W powieści Iwaeli najbardziej druzgoczące jest jednak zachowanie osób, które były dla Niru osobami najbliższymi. Jak przekonuje autor, będąc zaślepionymi – religijnym fanatyzmem czy jakimikolwiek w naszym mniemaniu bezdyskusyjnymi ideami – tracimy jednocześnie racjonalny ogląd na sytuacje. Tym samym, ci, którzy kochali najmocniej, stali się największymi oprawcami chłopaka.

Jednocześnie przy tak wielu zaletach, nie można zapomnieć, że także i ten tytuł nie jest wolny od wad. Trudno nie mieć ważenia, że książka U. Iwaeli jest momentami nieco przegadana. Narrator lubi oprowadzać czytelnika po losach życia nie tylko samego Niru, ale także – innych Nigeryjczyków, relacji jego przyjaciółki z chłopakami.

W drugiej część powieści, w której narratorem staje się przyjaciółka Niru, autor nie szczędzi nam  szczegółowych opisów biegania i retrospekcji przeżyć dziewczyny. Wewnętrzne monologi dziewczyny bywają zawiłe i trzeba mocno się skupić, by w tym wszystkim nie zgubić najważniejszego wątku.

Zresztą nie tylko wtedy, ale podczas lektury całej książki Uzodinmy Iwaeli należy pobudzić szare komórki. Autor pozbawił swoją książkę dialogów, a wypowiedzi poszczególnych bohaterów przytaczane są przez narratora prowadzącego konkretną część książki. Ten nietypowy sposób narracji stara się mocno podkreślić indywidualność i górnolotności, usuwając jedną z popkulturowych cząstek.

Nie ulega wątpliwości, że książka „Ani złego słowa” to powieść, która porusza w czytelniku czułe struny. Nie jest to przyjemna historyjka z ckliwą kalifornijską scenerią, a raczej brutalna opowieść o duchowej tragedii nigeryjskiego chłopca.