Kryminały stworzone przez Skandynawów przez wielu czytelników doceniane są za mroczny klimat i brutalną fabułę, której nie znajdzie się w wielu innych popularnych powieściach autorstwa na przykład amerykańskich pisarzy. „W bagnie” to kolejna książka, która do Polski dotarła z odległej północy – tym razem prosto z Islandii.

„W bagnie” jest pierwszą książką Arnaldura Indriðasona, która wydana została w polskim przekładzie. Rozpoczyna ona w Polsce serię o inspektorze Erlendurze Sveinssonie, policjancie ze stołecznego wydziału dochodzeniowego w Reykjaviku.

Sveinsson zostaje wezwany do sutereny jednej z kamienic, w której znaleziono ciało siedemdziesięcioletniego mężczyzny. Denat – niejaki Holberg – od dawna nie pokazywał się sąsiadom, prowadząc spokojne życie. Staruszek nikomu nie przeszkadzał, samotnie spędzając ostatnie lata przed telewizorem.

Dlatego szczególnie dziwny jest sposób, w jaki zginął mężczyzna. Śmierć nastąpiła na skutek obrażeń po uderzeniu w głowę za pomocą ciężkiej popielniczki. Drzwi do jego domu zostały otwarte, stolik wywrócony do góry nogami, a w pobliżu ciała znaleziono kartkę zawierającą jedno tajemnicze zdanie: „Ja to on”.

W tej zbrodni nic do siebie nie pasuje i islandzki inspektor doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przede wszystkim policjanci wykluczają motyw rabunkowy. Przeszłość Holberga przynajmniej początkowo także nie budzi zastrzeżeń, a sąsiedzi w momencie zdarzenia nie widzieli w okolicy niczego podejrzanego. Ze względu na znalezioną kartkę, odpada także pomysł ze śmiertelnym wypadkiem staruszka.

Mimo tego, sprawa śmierci mężczyzny wygląda na taką, która szybko trafi do archiwum jako umorzona. Problem w tym, że inspektor Erlendur nie pozwoli tak łatwo sprawcy uciec od odpowiedzialności. Nawet gdyby policjant miał wcześniej przegrzebać wszystkie podobne sprawy.
Jednak śmierć starego Islandczyka ma podwójne dno, a nowa sprawa zaskoczy nawet tak doświadczonego policjanta, jak inspektora Sveinssona. Policjant zacznie drążyć, a kolejne odkrycia zaczną wciągać go w bagno niechlubnej przeszłości mieszkańców jego kraju.


Po wielkim sukcesie pisarzy takich jak Jo Nesbø, czy Camilla Läckberg, skandynawscy twórcy mają ogromny problem, by przekonać czytelników i recenzentów, że niesłusznie przypisywana jest im ogólna łatka pisarzy tworzących książki w podobnym typie i zgodnie ze wzorcami rozpowszechnionymi przez bardziej znanych kolegów po fachu. Książka Arnaldura Indriðasona to powieść, która, choć niewątpliwie idealnie wpisuje się w nurt skandynawskich kryminałów, posiada wiele własnych, indywidualnych detali.

Zanim zabierzemy się do lektury książki „W bagnie”, która w Polsce stanowi tom 1 cyklu o Erlendurze Sveinssonie, należy wiedzieć, że tak naprawdę nie była to pierwsza z części w oryginale. Polski wydawca zdecydował się wydać tak naprawdę tom 3, pomijając dwa poprzednie. I chociaż książkę z powodzeniem można przeczytać bez znajomości poprzednich tomów, to jak się okazuje, ma to jednak konsekwencje przy odkrywaniu dalszych losów bohatera.

Brak znajomości historii bohaterów z części pierwszej (oryginalny tytuł: „Synir Duftsins”) i drugiej (w oryginale: „Dauðarósir”) daje się we znaki wtedy, gdy na kartach powieści dochodzi do konfrontacji bohaterów – policjanta z własną rodziną. Okazuje się bowiem, że Indriðason postanowił stworzyć dość mocne i charakterystyczne postaci, które nie są wolne od wad. „W bagnie” zachęca czytelnika do rozpoczęcia psychologicznej analizy bohaterów, co nie jest do końca możliwe, gdy nie znamy ich przeszłości.

Chociaż w wielu przypadkach możemy domyślić się, jak trudna historia kryje się za bohaterami, to przeważnie nie ma szans, by sprawdzić, czy faktycznie mieliśmy rację. Autor pokazuje bowiem szczególną relację między ojcem a córką, relację nie do końca prawidłową i „zdrową”, jednak zdecydowanie realną; taką, która często zdarza się w prawdziwym świecie.

To powoduje, że książka Arnaldura Indriðason jest brutalna przez swój realizm wobec otaczającej nas rzeczywistości. A właściwie, rzeczywistości Reykjaviku z 2001 roku, która, jak się okazuje, nieznacznie różni się od wielu życiowych historii Polaków z 2019 roku.

Indriðason tworzy w swojej książce misterną, kryminalną układankę, która łączy fakty przeszłości i teraźniejszości. O ile jednak poszczególne elementy fabuły i dochodzenie do tego, dlaczego starszy pan musiał umrzeć, jest dla czytelnika ciekawe, o tyle sama tożsamość zabójcy szybko staje się dla czytelnika oczywista.

Chociaż bohaterom książki jednak trochę to zajmuje, to czytelnik łatwo może odgadnąć motyw i ewentualnego sprawcę morderstwa, choć personalia mordercy przez cały czas pozostają tajemnicą. Na plus zaliczyć jednak trzeba to, że praktycznie dopiero wraz z finałem sprawy dowiadujemy się o sposobności mordercy.

Tytuł „W bagnie” jak najbardziej pasuje do treści tej książki – czytając ją, ma się wrażenie, że otacza nas zaduch stolicy Islandii. Siekący, zimny północny deszcz, zwały śniegu i odór starych kamienic – autorowi książki idealnie udało się przekazać atmosferę miejsca, które opisuje, w tak rzeczywisty sposób, że podczas lektury gęsia skórka sama pojawia się na naszych ramionach.

Chociaż książka „W bagnie” wydana została już jakiś czas temu nakładem Wydawnictwa W.A.B., to nadal można dostać ją w wielu księgarniach. Jedną z nich jest sieć tanich księgarń Tak Czytam, od której otrzymałem egzemplarz książki do recenzji.

„W bagnie” jest mrocznym kryminałem, który niewątpliwie spodoba się wszystkim tym, których oprócz rozlewu krwi, interesuje jeszcze coś jeszcze – poznanie społeczności, motywacji sprawcy i dogłębne poznanie głównych postaci. Chociaż łatwo jest wytypować sprawcę i jego motywację, to książka nadal jest ciekawą lekturą, która sprawdzi się podczas jesiennych, chłodnych wieczorów.


Czasem przeszłość daje o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Przekonują się o tym bohaterowie najnowszej książki Marty Matyszczak, „Trup w sanatorium”. Wydana w czerwcu komedia kryminalna stanowi kolejny tom przygód z serii „Kryminał pod psem”.

Przed Szymonem i Różą pierwsze wspólne wakacje. Dziennikarka od dawna o tym marzyła – o odpoczynku od kryminalnych spraw i codziennych chorzowskich trosk. Dlatego też wraz z psem Guciem, para wybrała się na wakacje do jednego z najdalej oddalonych od Chorzowa miejsc – do Świnoujścia.

Problemy zaczynają się już na samym początku, gdy okazuje się, że wizja urlopu według Szymona (i jego rowerów) znacznie różni się od planów Róży, nastawiającej się na dwa tygodnie leżenia na piasku. Niebawem okazuje się jednak, że kask rowerowy jest jednym z najmniejszych problemów.

Docierając do swojego ośrodka wypoczynkowego, popularnego Krecika, szybko odkrywają wiadomość, która wstrząsnęła wypoczywającymi w mieście turystami. Jedna z wczasowiczek-emerytek została bowiem znaleziona martwa w solance.

Szybko okazuje się, że jej śmierć nie była przypadkowa. Lokalna policja bezradna, tym bardziej w sezonie urlopowym. Tymczasem plotki o denatce w sanatorium zaczynają krążyć – nic więc dziwnego, że właściciel ośrodka chce jak najszybciej zamknąć tę sprawę. Dowiadując się zaś, czym zajmuje się jeden z jego gości, Szymon Solański, postanawia wykorzystać sytuację.

Solański kolejny raz musi zmierzyć się z rozwiązaniem sprawy morderstwa. Niebawem jednak okaże się, że Świnoujście skrywa zdecydowanie więcej sekretów, niż sądzić można z wesołych wakacyjnych pocztówek.

Dlaczego ktoś postanowił pozbawić życia niewinną staruszkę? I jak to wszystko ma się do organizowanego w nadmorskiej miejscowości Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej?


„Trup w sanatorium” Marty Matyszczak to już szósty tom przygód o detektywie Szymonie Solańskim. Podobnie jak w poprzednich tomach, tak i tym razem autorka zabiera czytelników w podróż – i choć nie jest to ani Irlandia, ani Barlinek, to okazuje się, że może być równie ekscytująco.

Komedie kryminalne mają to do siebie, że by okazywały się zabawne, muszą pozostawać cały czas aktualne i, najważniejsze, oryginalne. Trochę obawiałem się, jak będzie to w przypadku szóstego już tomu z serii, jednak na całe szczęście, Marta Matyszczak szybko rozwiała wszelkie wątpliwości.

„Trup w sanatorium” nadal bawi, a co więcej – momentami robi to lepiej, niż poprzednie tomy z serii. Tym razem jednak to nie kreacja Gucia sprawiła, że podczas lektury nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Z każdą kolejną książką z cyklu „Kryminał pod psem” przekonuję się, że to właśnie Róża Kwiatkowska stanowi największy atut powieści Matyszczak. Pełna niedoskonałości dziennikarka, podobnie jak każdy z nas, ma swoje wzloty i upadki (choć tych drugich jest raczej znacznie więcej). I może w perypetiach życiowych chorzowskiej żurnalistki nie byłoby nic fascynującego, gdyby nie jej cięte riposty i trafne, niewybredne żarty.

Oprócz niej, nad morze trafia także Solański wraz z Guciem. Marta Matyszczak w swojej komedii nie tworzy cukierkowej opowieści o związku głównych bohaterów, a ponownie wplątuje ich często w naprawdę absurdalne sytuacje.

Pisarka przedstawia też Świnoujście, nadmorski kurort, jaki sama zapamiętała ze swoich wyjazdów nad morze. Każdy, kto był na tej wyspie, dobrze wie, że jest to dość specyficzne miejscem. Atmosferę, która panowała tam przez ostatnie lata, Marta Matyszczak przedstawiła zaś wybornie.

Autorce na tyle dobrze udało się odwzorować Świnoujście, że bez problemu rozpoznałem miejsca, które sam w przeszłości odwiedziłem. „Trup w sanatorium” okazał się więc także niezwykłym obrazem miejsca, które od pewnego czasu zmienia się, pod wpływem działań nowych inwestycji. Matyszczak nie pozbywa się też przejaskrawień, wyśmiewając typowe bolączki polskich miejscowości wypoczynkowych.

Nowa książka Marty Matyszczak nadal bawi i nadal przyjemnie się ją czyta. Mam z nią jednak jeden zasadniczy problem – wrażenie, że część z tego, co przedstawiła nam autorka, już po prostu było. Śmierć w hotelu i prośba o pomoc ze strony jego dyrekcji pojawiała się już chociażby przy okazji „Morderstwa w Hotelu Kattowitz”, zresztą hotelarz proszący o pomoc pojawiał się też w książce „Zło czai się na szczycie”. Trudno zatem nie mieć wrażenia, że powoli odczuwać możemy tak zwane zmęczenie materiału. Żeby więc nie okazało się, że przy kolejnej książce autorka zaserwuje nam znów to samo, musiałaby ponownie zrewidować, jak poprowadzić fabułę, by ominąć schematy, w które prawdopodobnie podświadomie się wpisała.

Na plus dla tej powieści zaliczyć możemy jednak połączenie teraźniejszości z przeszłością, która odgrywa dla historii bardzo ważną rolę. Zatem współczesna FAMA w pewien sposób przenika się z festiwalem w czasach PRL-u. Matyszczak udało się połączyć ponurą rzeczywistość Rzeczypospolitej Ludowej ze współczesną Polską, jednocześnie sprawiając, że książka zachowała swoją lekkość. Tym samym sprawa z przeszłości, choć bardzo ważna, nie przytłoczyła najważniejszego, współczesnego wątku.

„Trup w sanatorium” ukazał się w czerwcu nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Patronat nad książką objęło Stowarzyszenie Śląscy Blogerzy Książkowi.

„Trup w sanatorium” to przyjemna opowieść z niezłym wątkiem kryminalno-historycznym. Z całą pewnością tytuł ten spodoba się fanom pozostałych książek Marty Matyszczak. Należy jednak pamiętać, że książka ta nie wnosi wiele nowego ani do relacji pomiędzy bohaterami, ani do całej serii.
Czy łatwo jest dziś zniknąć? Ile musimy poświęcić, by całkowicie zacząć od nowa, rozpocząć życie z „czystą kartą”? Na te pytania odpowiada Magda Stachula w swojej najnowszej książce „Oszukana”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Edipresse Książki.

Lena wydaje się zwykłą młodą kobietą. Ma dwadzieścia parę lat, czasem dorabia jako kosmetyczka, a jej prawdziwą pasją jest fotografia. Co prawda powinna teraz być na studiach, jednak los sprawił, że na uczelnie trafi z opóźnieniem. Jeśli w ogóle złoży papiery, bo na razie Lena się boi.

Dziewczyna mieszka wraz ze swoim chłopakiem w jego domu nad jeziorem. To właśnie do niego zwróciła się, kiedy ostatnim razem miała kłopoty. I to on ją przygarnął i zaopiekował się nią, gdy uciekała przed śmiercią. Mężczyzna nie wie jednak, jaka jest jej prawdziwa historia. Ona sama pragnie o niej zapomnieć. Jednak pomimo upływającego czasu, nadal trudno jest jej nie odwracać się za siebie, gdy usłyszy kroki.

Lena wymyśliła swoją historię od nowa. Jest inną dziewczyną niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Zatarła wszystkie ślady, sprawiła, że nikt nie może do niej dotrzeć. I modli się o to, by na jaw nie wyszły wszystkie jej kłamstwa.

Niebawem znalezione zostaje ciało mężczyzny. Denatem jest osoba, którą Lena bardzo dobrze znała. I która nadal, pomimo śmierci – może zagrozić jej poukładanemu życiu.

Okazuje się, że granica pomiędzy prawdą a fikcją jest bardzo cienka…


Magda Stachula pojawiła się na rynku książki parę lat temu z debiutancką powieścią „Idealna”, która była naprawdę interesującym i trzymającym w napięciu thrillerem. Od tego momentu minęło parę lat, a autorka w międzyczasie wydała kolejne powieści (m.in. „Trzecia”). „Oszukana” stanowi czwartą w dorobku pisarki książkę.

Muszę przyznać, że w chwili rozpoczęcia lektury tej książki, niezbyt przekonany byłem do historii Leny. W moim przypadku z reguły decydujące bywają pierwsze strony. Już po owym otwarciu wiadomo bowiem, w jakim tonie powieść została napisana i czego można spodziewać się dalej. Tymczasem Magda Stachula już na samym wstępie niczego nie obiecywała, a raczej – narrator przekazywał informacje, w których wiarygodność niekoniecznie musieliśmy uwierzyć.

Szybko przekonałem się jednak, że autorkę nie odpuściła dobra passa, zwłaszcza w kwestii bohaterów i sposobu ich przedstawienia. Podobnie jak przy poprzednich książkach, tak i teraz Stachula nie tworzy ładnych i prostych charakterologicznie postaci. Zamiast tego przedstawia czytelnikom bohaterów, których charakterystyka zdecydowanie wykracza poza poznane w szkole ramy opisowe: wygląd-sposób bycia-ocena moralna.

W „Oszukanej” nie doszukamy się podziału na bohaterów dobrych i złych w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Po części dlatego, że w prawdziwym życiu takie osoby zwyczajnie nie istnieją, a po części z tego względu, że autorka tak naprawdę w bardzo oszczędny sposób dawkuje nam informacje o postaciach. A to wszystko przy zastosowaniu narracji prowadzonej przez kilku bohaterów.

Mamy więc Lenę, której nie jesteśmy w stanie przypiąć jednoznacznej łatki ofiary czy kata, bo i jej rola w morderstwie mężczyzny znad jeziora nie jest właściwie do samego końca znana. Jest też zaślepiony uczuciem doktor, którego zachowanie niebezpiecznie przypomina obsesję. I Nikodem, którego interesy i rodzinne relacje nie są oczywiste. To wszystko jest potężnym atutem, z którego Magda Stachula doskonale zdaje sobie sprawę i z czego potrafi w pełni korzystać.

Co więcej, Magda Stachula i jej styl sprawiają, że nawet nudną historię przeczytałoby się z zapartym tchem. Polska autorka ma tę szczególną zdolność do tworzenia fascynujących opowieści, które zwyczajnie należy przeczytać od deski do deski, bez pomijania. Wątpię zatem, czy znalazłby się ktoś, komu tempo akcji by nie pasowało.

Jest jednak jeden problem, który leży po całkiem innej stronie – fabularnej. Chodzi o to, że wbrew temu, co sugeruje wydawca na okładce, ta historia nie mogłaby spotkać mnie, sąsiadkę czy innego typowego Kowalskiego. „Oszukana” jest bowiem tym typem thrillera, który pod względem realności przypomina nieco amerykański film akcji – historia ta niby może się zdarzyć w prawdziwym życiu, ale podskórnie czujemy, że wszystko to, co zostało nam przedstawione, jest naprawdę grubymi nićmi szyte. Zwłaszcza, jeśli nie wierzymy w działanie fortuny czy niezwykłych zbiegów okoliczności.

Ten nieco sensacyjny styl w thrillerach jest w ostatnim czasie coraz popularniejszy i niestety powoduje jedno – brakuje tajemnicy, którą faktycznie czytelnik mocno by się przejął i w którą by uwierzył. Choć z każdą kolejną stroną mnoży się liczba niewiadomych, to jednak zamiast drżeć z emocji, z dość dużym dystansem czytamy spektakularne historie o podobno zwyczajnej dziewczynie ze wsi.

„Oszukana” jest książką dobrą i ciekawą, a czytelnicy, którzy po nią sięgną, z całą pewnością nie będą czuli rozczarowania. Jednak biorąc pod uwagę resztę powieści autorki, należy przyznać, że raczej nie jest ona przełomowa w dorobku Magdy Stachuli.

Jeśli więc nie uwierzymy, że to, co przydarzyło się Lenie, mogłoby spotkać i nas, to książka z wszystkimi swoimi zaletami – sprawną akcją, inteligentnie napisanymi bohaterami – z całą pewnością nam się spodoba.
Od paru lat Polacy coraz chętniej korzystają z pomocy innych, zwłaszcza – trenerów personalnych czy psychoterapeutów, których zadaniem jest poprawa samopoczucia swoich klientów. „Nikodem. Terapeuta duszy” to debiutancka powieść Mai Wąsały, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Axis Mundi.

Nikodem, po powrocie do kraju, jest zupełni inną osobą. Do Anglii wyjeżdżał jeszcze bez perspektyw, tam jednak jego życie nabrało zupełnie innego tempa. Poznał też fascynujące osoby, które wytyczyły całkiem nową ścieżkę jego życia. Z Nikodema bez perspektyw, stał się Nikodemem – terapeutą duszy. Uzdrowicielem tych wszystkich osób, które same nie potrafią poradzić sobie z własnymi problemami.

Sposoby pracy mężczyzny nie są szczególnie oryginalne – pomaga oczyścić atmosferę, szczerze rozmawia, czasem daje ujście negatywnej energii za pomocą masażu. Wszystko to, oczywiście, za odpowiednią cenę. Jednak kobiety, stanowiące zdecydowaną większość jego klientów, zrobią wiele za spotkanie z uzdrowicielem Nikodemem.

Pacjentki nie wiedzą jednak, że Nikodem – ten czysty, nieskalany młody mężczyzna – także skrywa swoje tajemnice. Jego sekrety, związane w dużej mierze z życiem osobistym, często sprawiają, że odnoszący sukcesy terapeuta sam ma problemy z własnym życiem. Postanawia jednak to zmienić. A pierwszym krokiem będzie pokuta za grzechy wobec kobiety z przeszłości.

Jednak czy będzie w stanie zerwać z przeszłością? A może będzie trwać w odrętwieniu i coraz bardziej wątpić w swą uzdrowicielską moc?

Niebawem na drodze mężczyzny staną życiowe szanse, które mogą przynieść niezmiernie wiele korzyści, ale także – sporo problemów. Nikodem zaś przekona się, że wiele zależy od słów, jakimi będzie się posługiwał.


Czasem zdarza się, że dobra okładka zgadza się z równie ciekawą treścią książki. Częściej niestety jednak jest tak, że stanowi oprawa to jedno, natomiast sama książka wzbudza zupełnie inne uczucia. Podobnie mam w przypadku recenzowanego „Nikodema. Terapeuty duszy”.

„Nikodem. Terapeuta duszy” to książka opisująca historię młodego mężczyzny, który postanawia naprawić przeszłość. To, w jakim stopniu mu się to udaje, to inna kwestia. Ważniejsze jest jednak fakt, że na pierwszy rzut oka książka ta nie przypomina typowej obyczajówki.

Schemat takich powieści z reguły wygląda bowiem w ten sposób, że to bohaterka, skrzywdzona przez los, ucieka z dala od problemów i odnajduje szczęście w małej wiosce. Maja Wąsała postanowiła nieco trzymać się realiów, a bohaterom – kazać stawić czoło własnym problemom. Szybko jednak okazało się, że prawdopodobnie efekt nie był taki, na jaki liczyła początkująca pisarka.

Główną wadą tej powieści jest fakt, że Maja Wąsała nie wykorzystała potencjału pomysłu, jaki posiadała. Wszak w erze pojawiających się na rynku kolejnych coachów (czy też brzmiących bardziej swojsko: trenerów osobistych) i specjalistów ds. rozwoju osobistego, pomysł na historię terapeuty-hochsztaplera był całkiem niezły.  Problem w tym, że autorka rozpoczęła kilka wątków, które szybko ucięła lub które nie prowadziły do żadnych konkretnych rezultatów.

Ta książka zwyczajnie nie jest dobrze rozbudowana, przypomina raczej przydługie opowiadanie z kilkoma niepotrzebnymi scenami. Maja Wąsała zmieściła się z całą opowieścią na dokładnie 230 stronach książki. Gdyby pomyślano o tym, by chociażby lepiej scharakteryzować bohaterów i ich motywacją, czytelnik miałby to niezbędne minimum, by utożsamiać się z bohaterami czy by móc w sposób nieco bardziej emocjonalny podejść do tej lektury.

Brak rozbudowanych wątków sprawia, że mamy historię o zagubionym człowieku, która wydaje się nie mieć żadnego konkretnego przesłania. Po przeczytaniu „Nikodema. Terapeuty duszy” miałem spory problem, by wyciągnąć z tej książki wnioski. Jasne, gdyby się uprzeć, można byłoby i coś z tego wyłuskać – jednak irracjonalne postępowanie niektórych bohaterów szybko wyklucza nam kolejne tezy.

I choć wiem, że po powieściach obyczajowych raczej nie powinniśmy oczekiwać treści edukacyjnych ani przewodników moralnych, to jednak liczyłem na to, że prędzej czy później w powieści Mai Wąsały ujawni się jakaś „myśl przewodnia” czy też „złota zasada”. Niestety, moje nadzieje były płonne.

W spokoju zostawię już samego Nikodema, którego kondycja psychiczna wydaje się pozostawiać wiele do życzenia. Muszę jednak przyznać, że nadal zastanawiam się, czy wywołanie u czytelnika takiego efektu było zamierzone, czy też nie.

Niestety, podobnie jak wielu innych obyczajówek, tak i w przypadku „Nikodema” zauważyć możemy aż nadmiar „szczęśliwych przypadków”, które stanowiły łączniki pomiędzy poszczególnymi wątkami. Fabuła książki, a tym bardziej – życiowa historia Nikodema – nie może opierać się na nieprawdopodobnym splocie zdarzeń. Mając na uwadze zatem wady i zalety debiutu Mai Wąsały, należy zauważyć, że w sumie niestety nie różni się ona za bardzo od wielu innych powieści z podgatunku literatury kobiecej, w których także brakuje zmyślności opartej na solidnych podstawach.

Tę książkę można bez problemu przeczytać, co więcej, niektórym może się podobać. Jednak należy pamiętać, że – moim zdaniem – nie jest ona szczególnie porywająca czy też „przełomowa”. Ot, jest to zwyczajnie historia taka, jakich wiele na rynku. Niestety.

„Nikodem. Terapeuta duszy” to debiut Mai Wąsały. Mam więc szczerą nadzieję, że jeśli autorka zdecyduje się na kontynuację pisarskiej kariery, to każda kolejna jej historia będzie lepsza, pozbawiona popełnianych wcześniej błędów. Wierząc bowiem w słowa Edwarda Johna Phelpsa, „człowiek, który nie robi błędów, zwykle nie robi nic”.