Zadra Robert Małecki książki

Kilka dni temu swoją premierę miała najnowsza książka autorstwa Roberta Małeckiego – „Zadra”. Nowy tytuł to trzeci tom cyklu o Bernardzie Grossie, komisarzu z wydziału kryminalnego w Chełmży. 
 
W nowej części Małecki opisuje sprawę odnalezionych kości w jednym z lokalnych lasów. Rozłożone ciało wskazuje na brak udziału osób trzecich, a sam prokurator pragnie jak najszybciej zamknąć sprawę. Jednak wiele wątków związanych z rzekomym samobójstwem nie przekonują doświadczonego Grossa, dla którego liczy się coś więcej niż statystyki.

Detektywa dziwi sposób śmierci mężczyzny, szuka także przyczyn, dla których były agent nieruchomości miałby w taki sposób pozbawiać się życia. Niebawem komisarz odnajduje tropy, które łączą znalezione ludzkie szczątki z zaginięciem studentów sprzed lat.

Jednocześnie Gross otrzymuje od przełożonej dodatkową sprawę dotyczącą przemocy domowej w jednej z wielodzietnych rodzin. Na domiar złego sprawą zaginionych studentów zaczyna interesować się dawny komendant, a kolejne osoby z chełmżyńskiej policji wydają się powiązani służbowo z dawnym dochodzeniem.

Ponownie okazuje się, że o przeszłości nie da się tak łatwo zapomnieć. Co więcej, nawet skrzętnie skrywane tajemnice prędzej czy później wyjdą na jaw, a kiedy to nastanie, nic już nie będzie takie samo.

Zadra małecki opinie

Robert Małecki swoimi kryminałami o Robercie Grossie udowadnia, że powieści tego typu nie muszą być powieściami o wyłącznie rozrywkowym charakterze. Zamiast tego tworzy ciekawą prozę z wielowymiarowymi bohaterami.

Szczególnie atrakcyjna pod względem złożoności wydaje się główna postać w książce Małeckiego. Czytelnik już po raz trzeci spotyka się z Robertem Grossem w Chełmży, jednak postać ta nadal potrafi czytelnika zaskoczyć. Stworzony przez Roberta Małeckiego bohater to świetne połączenie, zdawałoby się, dość sprzecznych ze sobą ról społecznych – dość trudnego w obyciu starego policyjnego wygę, niezbyt dobrego ojca, a jednocześnie człowieka w gruncie rzeczy dość czułego i wrażliwego na cudze cierpienie.

Niespodziewana empatia, która u Grossa uaktywnia się zwłaszcza w czasie kontaktów z kobietami, to świeże spojrzenie na stereotyp policjanta-macho czy pozbawionego emocji i skrupułów detektywa. Robert Małecki gra na uczuciach swojej postaci, każąc jej często podejmować trudne pod względem etycznym decyzje.

Gross to przede wszystkim bohater, który nie jest postacią wyciętą z tektury. Małecki zgrabnie przedstawia jego specyficzną pasję, znany już czytelnikom dryg do modelarstwa. Jednocześnie komisarz zmaga się z własnymi porażkami i źle podjętymi decyzjami. To sprawia, że czytelnicy choć trochę mogą identyfikować się z wielowymiarowym Bernardem Grossem – obywatelem, policjantem, przyjacielem, mężem i ojcem.

Nie można zapomnieć także o najważniejszym aspekcie kryminału, czyli o samym śledztwie. Chociaż Robert Małecki nie jest może mistrzem zaskakujących zwrotów akcji, a sprawa zabójstwa w jego książce toczy się dość powoli, to jednak nie zmienia to faktu, że kryminalne dochodzenie jest na tyle zawiłe i fascynujące, że czytelnik do samego końca ciekawy jest jego zakończenia.

W swojej książce Robert Małecki tworzy misterną układankę, od której zależy cała fabuła powieści. Trzeba przyznać, że autor radzi sobie naprawdę nieźle, a większość otwartych wątków domyka i wyjaśnia. I chociaż nie gubi się sens całej historii, to owa układanka powiązań, która dla części czytelników może być naprawdę fascynująca, dla innych może okazać się niewiarygodna. W nowej książce dochodzi bowiem do splotu wielu „przypadków”, co nie wszystkim musi się podobać.

Mimo tego „Zadra” jest jednak ciekawą lekturą, która z całą pewnością spodoba się czytelnikom poprzednich tomów – „Wady” oraz „Skazy”. Autor nie korzysta z utartych schematów, a z każdą kolejną książką potrafi zainteresować czytelnika nowymi, oryginalnymi wątkami. Jeśli więc szuka się klimatycznego polskiego kryminału, zdecydowanie warto sięgnąć po „Zadrę” Małeckiego.

Enola Holmes. Sprawa leworęcznej lady recenzja

Sherlock Holmes to detektyw znany na całym świecie. Sporo słyszy się także o jego bracie, Mycrofcie. A co z… siostrą Sherlocka? Jeśli do tej pory kojarzyliście Holmesa jedynie ze słynnym detektywem, czas nadrobić zaległości!

„Enola Holmes. Sprawa leworęcznej lady” to drugi tom przygód tytułowej Enoli, najmłodszej spośród rodzeństwa Holmesów z serii książek Nancy Springer. Podobnie jak w pierwszym tomie, tak i tym razem młoda dziewczyna wplątuje się w trudną, kryminalną intrygę.

Enola nie zgadza się na umieszczenie jej w szkole dla dziewcząt i zarządzanie jej życiem przez braci – Sherlocka i Mycrofta. Ciągle ma nadzieję także na kontakt z matką, która niespodziewanie opuściła dziewczynkę i wyjechała z rodzinnego miasteczka bez słowa. Dlatego też Enola podnajmuje biuro, gdzie swoją działalność rozpoczyna… perdytorysta, doktor Ragostin, którego nikt nigdy nie widział. Poza Enolą, oczywiście.

Niebawem Enola, a oficjalnie – jej alter ego w postaci znanego poszukiwacz osób zaginionych, rozpoczyna swoją pierwszą sprawę w Londynie. Tym razem musi odnaleźć córkę pewnych państwa, lady Cecily, która zniknęła bez śladu.

Jak szybko przekonuje się dziewczyna, odnalezienie nastolatki to niełatwe zadanie. Zwłaszcza jeśli lady stara się zatrzeć za sobą wszelkie ślady, a robi to prawie tak dobrze, jak sama Enola. Niespodziewanie zaginięcie córki o szlacheckim urodzeniu doprowadzi młodą detektywkę do nieciekawych części miasta, zamieszkiwanych przez robotników.

Jak się bowiem okazuje, w życiu niczego nie można zakładać za pewnik. Nawet (a może: przede wszystkim), jeśli chodzi o najbliższą nam osobę.

Enola Holmes 2 opinie

„Enola Holmes. Sprawa leworęcznej” lady to drugi tom z kryminalnego cyklu dla młodzieży autorstwa Nancy Springer. Podobnie jak w pierwszym tomie, tak i tym razem autorka przybliża czytelnikom niezwykłą dziewczynkę uwikłaną w niemałe tarapaty!

Przede wszystkim Nancy Springer tworzy historie dość luźne i łatwe w odbiorze. Tak było w przypadku pierwszej części, „Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza”, tak jest także i w drugim tomie. Chociaż książki są młodzieżowymi kryminałami w stylu retro, to jednak nie wymagają one od czytelnika zbyt rozległej wiedzy historycznej czy szczególnego skupienia na detalach.

Powieść Springer jest zwyczajnie łatwo przyswajalna; to taki typ książki, którą spokojnie spakować można na wakacyjną wycieczkę czy przeczytać w czasie jazdy autobusem. Jednocześnie nie oznacza to jednak, że książka ta kompletnie nie angażuje czytelnika – wręcz przeciwnie, ciekawie skonstruowana fabuła, choć z reguły nie przełamuje schematów innych podobnych książek, zachęca do częstego sięgania po tytuł.

Chociaż jest to drugi tom, to przygody Enoli, a przy okazji – perypetie jej starszego brata, Sherlocka, nadal bawią czytelnika dobrym, niewymuszonym humorem. I nie chodzi o specjalnie wymyślane językowe gagi, bo tego autorka praktycznie w swoich książkach nie stosuje. Springer doprowadza czytelników do śmiechu za pomocą komicznych, ale jednocześnie niezwykle dynamicznych sytuacji, w które wplątani zostają bohaterowie.

Przygody głównej bohaterki są dość dynamiczne, jednocześnie jednak – nierzadko wydają się nieco zbyt nierealistyczne. Jednak energia, jaką bohaterka książki Springer oddaje czytelnikom, sprawia, że zdecydowanie można przymknąć na to oko. Bo choć ma się świadomość zdecydowanie fikcyjnego charakteru tych opowieści, a sama książka o Enoli to raczej bajka dla nieco starszych dzieci, to może książka ta stanowić może bardzo dobre guilty pleasure.

Autorka ciekawie także kreuje wizerunek Londynu XIX wieku. To bowiem właśnie w tych klimatach rozgrywa się akcja powieści Nancy Springer. Chociaż akcja utrzymana zostaje w – mniej więcej – czasach epoki wiktoriańskiej, to w książce nie brak emancypacyjnych motywów. Sama główna bohaterka nie wpisuje się w schematy młodej panny, w które usilnie zmieścić chcą jej starsi bracia.  Enola robi wszystko, by pozostać sobą i czuć niezależność, o której zawsze marzyła – nawet kosztem udawania sekretarki nieistniejącego doktora.

Jednocześnie warto wspomnieć, że za samą fabułą nie stoi prawdopodobnie żaden ukryty, dodatkowy przekaz. Wydaje się, że autorka tworząc Enolę Holmes, nie miała na uwadze podkreślenie konkretnych ruchów społecznych.

„Enola Holmes. Sprawa leworęcznej lady”, jak przystało na typowy kryminał, posiada też intrygę, której rozwiązania niełatwo się domyślić. Pomimo prób, czytelnik prawdopodobne nie ma szans na odgadnięcie prawdziwego powodu zniknięcia dziewczyny, a rozwiązanie zagadki Springer objaśnia dopiero w ostatnich rozdziałach. Jednocześnie jednak historia ta jest na tyle atrakcyjna, że owo oczekiwanie na odpowiedź nie nuży czytelnika.

Dodatkowo książkę tę warto znać tym bardziej, że już niebawem w kinach pojawi się film na podstawie pierwszej części z cyklu! W produkcji zagrają Millie Boby Brown ze „Stranger Things”, a także Henry Cavill (ostatnio znany z roli Geralta w „Wiedźminie” Netflixa), który wcieli się w postać Sherlocka czy Sam Claflin (m.in. „Igrzyska Śmierci” i „Love, Rosie”), który zagra Mycrofta. Zgodnie więc z zasadą: najpierw książka, potem film, warto już teraz sięgnąć po adaptowane powieści.

„Enola Holmes. Sprawa leworęcznej lady” to z całą pewnością ciekawa lektura, która choć może nie niesie za sobą szczególnych moralizatorskich treści, to z całą pewnością stanowi dobry przykład literatury rozrywkowej. I to nie tylko dla młodzieży, ale także i tych nieco starszych czytelników.
Pod powierzchnią książka

Adaptacje filmowe stworzone na podstawie książek są standardem. Coraz częściej spotykamy jednak zabiegi odwrotne, inspiracje produkcją filmową, które stanowią przyczynek do stworzenia książki. Tak też jest z powieścią „Pod powierzchnią” autorstwa Anny Dembowskiej, która powstała dzięki serialowi o tym samym tytule. 

W książce „Pod powierzchnią” poznajemy historię zaginionego chłopca, Maksa Gajewskiego. Kilkuletni chłopiec w czasie jednej z niedziel wybrał się wraz ze swoją matką na festyn, gdzie – w powszechnym harmidrze – szybko traci się z oczu rodzicielce. Kobieta wpada w panikę, wraz z organizatorami imprezy rozpoczyna poszukiwania syna. Kiedy to nie zdaje rezultatu, na miejsce zostaje wezwana policja. Psy tropiące trafiają zaś jedynie na porzucone rzeczy, w które ubrany był malec.

Na miejsce wezwana zostaje komisarz Maria Byszewska. Ceniona policjantka, która jednak ma za sobą trudną przeszłość. Na dodatek kobieta nie potrafi poradzić sobie z własnym, dorosłym już synem, a w pracy zdominowanej przez mężczyzny, codziennie musi udowadniać swoje kompetencje. I przypominać, że niejednokrotnie jest lepsza od nich.

Byszewska zrobi wszystko, by odnaleźć chłopca. Jednocześnie jednak w pamięci będzie miała ciągle niezamkniętą – w jej mniemaniu – sprawę gwałciciela. Sprawę, którą jej przełożeni usilnie będą chcieli zakończyć.

Niebawem bez śladu znika kolejny chłopiec, a informacje o tym zdarzeniu szybko trafiają do mediów. Czy za zaginięciami małych chłopców stoi seryjny porywacz? I jaki cel mają jego działania?

Na Byszewskiej spoczywać będzie cała odpowiedzialność, a presja ze strony społeczeństwa będzie coraz większa. Tymczasem w paradę wejdzie jej arogancki, szukający poklasku detektyw, a świadkowie zaczną szukać pomocy u… wróżek.

Komisarz będzie musiała zrobić wszystko, by rozwiązać swoją sprawę. Tymczasem przeszłość komisarz da o sobie znać. Wszystko to, co ukryte jest pod powierzchnią, kiedyś ujrzy bowiem światło dzienne.

Pod powierzchnią książka

Większość kryminałów publikowanych współcześnie opartych jest na podobnych schematach, a jedynie sposób ich stworzenia, indywidualny styl autora, sprawiają, że czytelnik ma ochotę poznać w całości przedstawianą historię i uznać ją za ciekawą. Choć wspomniana „ciekawość powieści” jest pojęciem abstrakcyjnym i z całą pewnością indywidualnym dla każdego odbiorcy, to jednocześnie – dość istotnym i kluczowym w ostatecznej ocenie.

Właśnie po stylu poznamy dobrze napisaną powieść, którą będzie chciało się czytać od samego początku aż do końca. To właśnie od sposobu narracji zależy, czy konkretny tytuł obroni się w oczach czytelników. Niestety, nad „Pod powierzchnią” w tym zakresie trzeba byłoby jednak jeszcze mocno popracować.
Co jest nie tak? Głównie trudny dla zwykłego czytelnika, a przypominający skrypt scenariusza język powieści, który odrzuca, zamiast zachęcać do czytania. Dość topornie brzmiące dialogi i sztampowe kwestie wypowiadane przez wyraziste postaci stanowią największy problem tej książki. Przez zastosowanie właściwego scenarzystom języka, w powieści zgubiła się emocjonalność i wiarygodność, tworząc czasem groteskowe i sztuczne sceny. Do tego należy dodać także fakt, że w narracji mieszane zostają czasy – teraźniejszy z przeszłym, a także pojawiają się powszechne błędy, takie jak nazywanie zajmującej stanowisko sędziego kobiety sędziną.

– Już żałuję, że cię zabrałam – stwierdziła Maria. – Słyszysz, co ty chrzanisz?
– Szczery jestem. [...]
– Nie powinieneś być policjantem – stwierdza Maria.


Powyższe przekłada się na samą fabułę, która – nie mamy się co oszukiwać – nie jest szczególnie wyróżniająca się na tle innych kryminałów czy powieści grozy. Główna bohaterka to skrywająca sekrety policjantka, a najważniejszym problemem (teoretycznie) jest zaginięcie małego chłopca, który porwany zostaje przez mężczyznę w stroju klauna.

Oczywiście, autorka z każdym kolejnym rozdziałem dokładka zagadek i tajemniczych zbiegów okoliczności. Nie zmienia to jednak faktu, że chociaż fabuła zaczyna się plątać, Byszewska musi zajmować się swoimi pierwotnymi sprawami. Mnogość wątków nie jest też równoznaczna z tym, że książka staje bardziej enigmatyczna czy frapująca.

„Pod powierzchnią” nie jest powieścią, która czytelnika zaszokuje – ani w kwestii fabularnej, ani w kwestii językowej. Jednocześnie należy pamiętać, że książka inspirowana serialem stacji TVN może stanowić niejako dopełnienie serialu emitowanego na ich antenie i może stanowić dobry pomysł na lekturę dla fanów produkcji.

Decyzję, czy warto przeczytać tę książkę, pozostawiam więc każdemu potencjalnemu czytelnikowi. W mojej ocenie tytuł ten naprawdę niewiele nowego wnosi do historii z serialu „Pod powierzchnią”, a jednocześnie – nie jest na tyle zdumiewającą czy nietuzinkową powieścią, by bez żadnego „ale” móc ją polecić. 
Znajdź mnie Andre Aciman

Kiedy w 2017 roku w kinach pojawił się film „Tamte dni, tamte noce” oparty na powieści André Acimana, nikt nie spodziewał się, że historia Elio i Olivera odniesie tak wielki sukces. Teraz, po wielu latach od pierwszego wydania książki, autor powraca do znanych czytelnikom bohaterów. Czy słusznie?

W powieści „Tamte dni, tamte noce” poznaliśmy Elio i Olivera, młodych mężczyzn, którzy w trakcie wakacji we Włoszech nawiązują nietypową dla siebie relację. Doktorant i syn profesora różni wiek i sposób życia, jednak uczucie, które powstaje pomiędzy nimi, jest wyjątkowo czyste i silne. Finalnie jednak pierwsza część zakończyła się dla ich miłości dość nieszczęśliwie.

W drugim tomie spotykamy bohaterów po 20 latach od wydarzeń z pierwszej książki. Elio został znanym pianistą i kompozytorem, który sporą część czasu poświęca w rzymskim konserwatorium, wykładając muzykę klasyczną. Jest charyzmatycznym człowiekiem, a na jego zajęcia przychodzą grupy studentów, zafascynowanych pięknem, wydobywającym się spod jego palców.

W międzyczasie rodzice muzyka kończą pewien rozdział swojego życia, decydując się na rozwód i zakończenie przynoszącego niezrozumienie oraz brak satysfakcji związku. Niebawem ojciec Elio, Samuel, wyjeżdża w podróż do Rzymu, gdzie został zaproszony na naukowy odczyt w czasie jednej z konferencji. Podróżują do stolicy Włoch, mężczyzna ma też nadzieję na spotkanie z dawno niewidzianym synem. Niespodziewanie, w trakcie podróży pociągiem, spotyka Mirandę, dziewczynę z psem, która jedzie do stolicy, by świętować urodziny schorowanego ojca. Młoda kobieta wdaje się w zaskakująco niepospolitą rozmowę ze starszym od siebie mężczyzną.

Życie Elio i jego ojca zostało na nowo poukładane, a w nich samych po upalnych włoskich latach pozostały wspomnienia, pełne radości i bólu. Teraz kiedy dobrze wiedzą, kim są i co chcą ze sobą zrobić, mogą pozwolić sobie na jedno. Poddanie się losowi.

Znajdź mnie Andre Aciman recenzja

Książka „Tamte dni, tamte noce” po raz pierwszy wydana została w 2007 roku, od tego czasu autor wydał kilka innych książek, a przez wszystkie te lata nie pojawiały się informacje dotyczące ewentualnej kontynuacji przygód Elio i Olivera.

Niespodziewanie, w ubiegłym roku Aciman postanowił zmienić decyzję i powrócić do bohaterów sprzed kilkunastu lat (i jednocześnie swojego beletrystycznego debiutu). Niewątpliwie, wpływ na jego decyzję miał fakt, że film na podstawie jego książki okazał się niezwykłym sukcesem, co przełożyło się także na popularność jego powieści.

Wydawałoby się, że powrót do historii po latach może mieć jedynie pozytywny wpływ na kolejną książkę. Wszak autor miał wystarczająco sporo czasu, by zastanowić się nad ewentualną kontynuacją i przemyśleć, w jaki sposób poprowadzić fabułę kolejnej książki. Niestety, treścią „Znajdź mnie”  czytelnicy mogą być jednocześnie usatysfakcjonowani, jak i rozczarowani.

– Oczywiście, że mam tajemnicę. Wszyscy mamy. Każdy z nas jest jak księżyc, pokazujący się Ziemi tylko w kilku aspektach, ale nigdy w całości. Większość z nas nigdy nie spotkała osób, które by nas zrozumiały w naszej pełnej okrągłej postaci. Pokazuję ludziom tylko tę część siebie, którą moim zdaniem potrafią pojąć. Każdemu inną. Zawsze jednak pozostaje jakaś ciemna strona, zachowana tylko dla mnie.

Przede wszystkim warto pamiętać o jednej niewątpliwej zalecie pierwszego tomu, „Tamtych dni, tamtych nocy” – poetyckości. Proza, której język stylizowany był na język poezji, miała w sobie coś urzekającego, co sprawiło, że przecież wcale nie tak oryginalna opowieść o miłości dwójki ludzi, nabierała dodatkowego sensu. Wpływały na to owe poetyckie niedomówienia, krajobrazy zapisane literackim językiem. Tego w najnowszej książce Aciman niewątpliwie brakuje, poetycki język zastąpiono bowiem dość zawoalowanymi metaforami czy przydługimi zdaniami, z których trudno odczytać właściwy sens.

Po latach być może A. Aciman przestał odczuwać potrzebę, by właśnie w tym stylu poprowadzić narrację. I brak tej poetyckości prawdopodobnie nie będzie żadnym problemem dla osób, które „Tamte dni, tamte noce” znają jedynie z filmu. Jednakże znając treść i sposób narracji tomu pierwszego, trudno nie pozwolić sobie na porównanie obu tytułów.

Nigdy nie miałem odwagi choćby do niego zadzwonić albo napisać, a tym bardziej go odwiedzić. Wszystko, co potrafię, to szeptać jego imię w ciemnościach, kiedy jestem sam. Ale wtedy śmieję się z siebie. Modlę się o to, żebym nigdy nie wyszeptał jego imienia, kiedy jestem z kimś innym.

Warto wiedzieć także, że „Znajdź mnie” tak naprawdę nie jest książką skupioną jedynie na postaci Elio i Olivera, co miałem nadzieję dostatecznie podkreślić w opisie fabuły w tej recenzji. Sama książka podzielona jest właściwie na trzy opowiadania, które są mniej lub bardziej ze sobą powiązane. Każda z części przybliża czytelnikom zaś jedną z postaci – starego Samuela, utalentowanego Elio czy pełnego wątpliwości  Olivera.

A zatem czytelnicy mają możliwość ponownego spotkania znanych już bohaterów, jednak z możliwością bliższego poznania Samuela, do tej pory będącego postacią drugoplanową. Jednocześnie zatem należy zauważyć, że nie jest to jedynie historia o miłości Olivera i Elio, a raczej – opowieść o różnych sposobach przedstawiania tej miłości.

To właśnie postać ojca zostaje szczególnie mocno zaakcentowana w „Znajdź mnie” André Acimana. O ile w pierwszej książce autor opisywał relację pomiędzy dwojgiem mężczyzn, tak w najnowszej książce skupia się po prostu na międzyludzkich relacjach, które istnieją pomiędzy człowiekiem a człowiekiem, bez względu na wiek, płeć czy klasę społeczną.

Problemem może być jedynie zgodność nowych opowiadań z faktycznym zakończeniem „Tamtych dni, tamtych nocy”. Należy przypomnieć, że poprzednia książka umiejscowiona była mniej więcej w latach 80. Tymczasem akcja nowej powieści dzieje się współcześnie, a jednocześnie – według słów bohaterów – 20 lat po pierwszym spotkaniu Elio i Olivera w czasie upalnych wakacji. Kilka lat, które umknęły gdzieś w tej przestrzeni, stanowi zatem pewien fabularny zgrzyt.

„Znajdź mnie” to zupełnie inna książka niż „Tamte dni, tamte noce”, widać to na pierwszy rzut oka. Trzeba mieć świadomość, że nie będzie to powtórka z rozrywki. W nowej książce brakuje subtelności, którą w swojej książce Aciman zawarł dwanaście lat temu. Językowa prostota nie zawsze zatem jest dobrym wyborem. Dodatkowo, biorąc pod uwagę fakt, że narrator w nowej książce metaforycznie przyrównuje członka we wzwodzie do… latarni morskiej, można mieć też wątpliwości wobec zmysłowego erotyzmu, który stanowić miał jeden z atutów tej powieści.

Ostatecznie jednak „Znajdź mnie” domyka tę historię, a autor tworzy zręczne zakończenie, jednocześnie dając jasny sygnał, że pewien rozdział w życiu bohaterów na zawsze zostaje zamknięty. Nie ulega zatem wątpliwości, że tytuł ten koniecznie muszą przeczytać osoby, którym naprawdę zależy na kolejnym literackim spotkaniu ze światem Elio i Olivera.

André Aciman nie otwiera zatem nowych furtek, a filmowcom daje też średnią możliwość, by na podstawie drugiej książki stworzyć kolejny film. Zamiast tego jednak przyznaje bohaterom drugą szansę – na przyjrzenie się swojemu życiu i zadecydowanie, co tak naprawdę jest w nim najważniejsze.