W tym roku drugi raz miałem okazję pojawić się na Warszawskich Targach Książki  organizowanych na stadionie PGE Narodowy. W przeciwieństwie do moich poprzednich wizyt na targach, tym razem miałem nadzieję na nieco bardziej spokojne zakupy podczas imprezy.


Z domu zabrałem ze sobą tylko cztery książki do podpisu. Choć pierwotnie na liście autorów do odwiedzenia pojawiło się ich znacznie więcej, postanowiłem zmniejszyć liczbę do minimum ze względów organizacyjnych.


Zabrałem ze sobą książkę Justyny Drzewickiej – trzeci tom trylogii „Niepowszedni”, powieść Marty Guzowskiej – „Ślepy archeolog”, „Inwazję”, czyli post-apo w wykonaniu Wojtka Miłoszewskiego oraz „Światło o poranku” Krystyny Mirek.


Teraz mogę powiedzieć, że zabranie ze sobą tylko tych czterech tytułów było naprawdę dobrym wyborem. Głównie z tego względu, że udało mi się otrzymać autograf na każdej książce, zatem w stu procentach udało mi się zrealizować punkty z listy.



Jak zwykle na Narodowym był nieco mniejszy tłok niż w Krakowie, jednak mimo to na Targach zaobserwować można było naprawdę wiele osób.  Czasem, by tradycji stało się zadość, w niektórych miejscach pomiędzy stoiskami robiło się naprawdę tłoczno!


W tym roku na Narodowym było głośniej niż zazwyczaj – z tego powodu, że w tym samym czasie na płycie stadionu odbywała się inna impreza – Meet Point dla fanów gier komputerowych. Zatem oprócz ogólnego harmidru książkowego, po stadionie wałęsali się także gracze przebrani w strojach z gier.


Udało odwiedzić mi się także zaprzyjaźnionych autorów i wydawców. Naprawdę cieszę się, że kolejny raz miałem możliwość przekonać się, jaką fajną jesteśmy wspólnotą – my, zapaleni fani literatury: blogerzy, autorzy, wydawcy, bibliotekarze i czytelnicy.

 

Ceny na targach, jak zwykle, wypadały mniej więcej 20-30 procent taniej od ceny okładkowej. Nie było więc szaleństwa, choć nie ukrywam, że mimo tego udało mi się znaleźć ciekawe tytuły w równie ciekawych cenach.

 

Dla przykładu, na stoisku Wydawnictwa Zysk i S-ka udało mi się kupić książkę „Bridget Jones. Dziecko” Helen Fielding za dziesięć złotych. Za tę samą kwotę na stoiku wydawnictwa Burda Książki kupiłem natomiast powieść Allena Eskensa „Pogrzebane życie”. Eskens pisze świetnie i cenię go za inne powieści, które miałem okazję już czytać, dlatego naprawdę cieszę się, że udało mi się dorwać ten tytuł w tak wspaniałej cenie.


Jakie stoiska odwiedziłem podczas tej edycji Targów Książki? Byłem między innymi na stoisku wydawnictwa Publicat, na którym książki podpisywała m.in. Augusta Docher i Marta Matyszczak.
Bardzo ładnie wyglądało stoisko księgarni Merlin.pl – i nie mówię o tym dlatego, że rozdawali darmową kawę (choć rozdawali), ale dlatego, że faktycznie się postarali. Ich stoisko odstawało od reszty nie tylko wielkością, ale także odmiennością zabudowy – zieloną, sprawiającą miłe wrażenie. Piątka z plusem! Na stoisku Wydawnictwa Pascal można było kupić m.in. książki kucharskie, a siedziba wydawcy mieściła się w… vanie, a raczej Volkswagenie!


Wśród wystawców pojawiła się także firma Storytel, która oferuje audiobooki w formie aplikacji na urządzenia mobilne. Na ich stoisku można było nie tylko posłuchać dowolnego audiobooka z ich oferty, ale uczestnicy targów mogli także wsłuchać się w prowadzone na żywo wywiady. Oprócz tego Storytel rozdawał zdrapki z prezentami, niektórym trafiały się głośniki oparte na łączności Bluetooth, a niektórzy mieli szansę wygrać trzydzieści dni darmowego słuchania audiobooków na tej pomarańczowej platformie.


Zgodnie z targową tradycją, przedstawiam najlepszy cytat z targów – „Na te targi to chyba przyjeżdżają osoby z przypadku. Raczej nikt z drugiego krańca Polski by nie przyjechał kupić książek”. No cóż, biorąc pod uwagę, że od stolicy dzieli mnie ponad 300 kilometrów, mogę stwierdzić, że ja zdecydowanie nie przyszedłem na Narodowy przypadkiem!


Ogólnie rzecz ujmując, tegoroczne targi oceniam bardzo pozytywnie. Na spokojnie, bez gonieniem za autorami, udało spędzić mi się sobotnie popołudnie w Warszawie. I choć zarzekałem się, że do domu z żadnymi nowymi książkami nie wrócę, to oczywiście, życie zweryfikowało moje plany. Przyjechałem z wielkim stosem, ale za to naprawdę zadowolony!

Wszystkie zdjęcia dostępne w albumie na Facebooku!


Kiedy jeden fan książki pokłóci się z drugim, to spodziewać można się dwóch przyczyn tej sytuacji. Albo któryś z nich niezbyt grzecznie wepchnął się do kolejki podczas targów książki, albo posprzeczali się na temat ekranizacji ich ulubionej powieści. 

W sieci znaleźć można różne opinie na temat książkowych ekranizacji. Trzeba przyznać, że faktycznie, nie zawsze są one wierne książce, na podstawie której stworzono scenariusz. Zresztą niejednokrotnie narzekamy na zły dobór obsady, fatalną jakość dźwięku czy złą scenografię. Mam jednak wrażenie, że pomimo wielu złych tytułów, można znaleźć filmy, które spodobają się zarówno czytelnikom książki, na której kanwie powstał obraz, jak i fanom przygód wyświetlanych na dużych ekranach. Tym razem przedstawię moją listę filmowych bestsellerów… 

„Zanim się pojawiłeś” 



Film powstał na podstawie powieści Jojo Moyes, która w Polsce wydana została naprawdę dawno temu – wtedy pod tytułem „Na końcu tęczy”. Przed zobaczeniem filmu, przeczytałem książkę Moyes. Już wtedy ta historia naprawdę mi się spodobała, natomiast ekranizacja sprawiła, że jeszcze bardziej się do niej przekonałem. 

„Zanim się pojawiłeś” przedstawia historię młodej Angielki – Lou, która nie potrafi znaleźć nowej pracy w swoim miasteczku. Wkrótce podejmuje pracę w roli opiekunki, czy też asystentki, niepełnosprawnego mężczyzny – nieco starszego od niej Williama. Lou – nieco wyobcowana, skromna dziewczyna, zdecydowanie dojrzeje w towarzystwie bogatego i niezwykłego Willa. Relacja, która się między nimi wytworzy, zmienia życie ich obojga. 
 
„Zanim się pojawiłeś” może poszczycić się naprawdę dobrą obsadą – w szczególności gra Sama Claflina w roli Willa, którego znałem z wcześniejszych produkcji (np. seria „Igrzyska śmierci”), okazała się strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak książka, film wywołuje w swoich odbiorcach skrajne emocje. 

„Dziennik Bridget Jones” 

© 2000 - Alliance Atlantis and Miramax - All Rights Reserved

To chyba klasyk nad klasykami, bo któż nie zna Bridget? Angielska dziennikarka i jej nie znów taki mały nadmiar kilogramów jest bowiem „alter ego”, „wewnętrznym ja” naprawdę wielu osób, a samą bohaterkę pokochały miliony na całym świecie. 

Pierwsza część z tej filmowej serii – czyli „Dziennik Bridget Jones” – ukazuje losy trzydziestokilkuletniej brytyjskiej dziennikarki, tytułowej Bridget, której, mimo pracy w mediach, życie nie satysfakcjonuje tak, jak powinno. Jest wręcz podręcznikowym przykładem „jak nie być prawdziwą damą”, nie potrafi bowiem odmówić sobie lampki wina i papierosa. Jada płatki z pudełka, przy okazji popełnia też wszystkie możliwe wpadki. Bridget zaczyna romansować jednak ze swoim szefem – kobieciarzem Danielem Cleaverem. Ta relacja nie może być dla Bridget niczym dobrym. Tymczasem ukochana mama znajduje córce innego kandydata na męża – nudnego i statycznego Marka, ubranego w sweter z reniferem. 

„Dziennik Bridget Jones” i pozostałe filmy z serii, to takie tytułu, które można oglądać bez ustanku i nigdy się widzowi nie nudzą. Za każdym razem świetnie się bawię, oglądając te filmy, a żarty, które w większości znam już na pamięć, nadal sprawiają, że na ustach pojawia się uśmiech. Film poszczycić może się także dobrą ścieżką dźwiękową, idealnie dobraną do fabuły. No i fenomenalni Renée Zellweger oraz Colin Firth, którym kibicuję od samego początku!

„Szkoła uwodzenia”

© 1999 - Columbia Pictures Inc.

No dobrze, wiem, co sobie teraz o mnie pomyślicie. Wiem, że nie jest to ekranizacja, a jedynie film, który powstał na motywach powieści. Najzwyczajniej w świecie po prostu jednak musiałem go tutaj zamieścić, skoro jest to post o moich ulubionych filmach. 

„Szkoła uwodzenia” to wyprodukowany pod koniec lat dziewięćdziesiątych film, który przedstawia losy przyrodniego rodzeństwa - Kathryn Merteuil i Sebastiana Valmonta. Rodzeństwo pochodzi z bogatej rodziny, lekką ręką traktują wielozerowe sumy, natomiast z relacji międzyludzkich zdają się kpić. Młodzi wydają się rozpuszczeni i trochę zdeprawowani, tym bardziej że Sebastian dla zabawy uwodzi – młodsze i starsze od siebie – koleżanki. Kiedy Kathryn zostaje odrzucona dla innej dziewczyny, postanawia się na niej zemścić. Sebastian zaś podejmuje kolejną rękawicę – chce uwieść i rozkochać w sobie córkę dyrektora w nowej szkole, by później złamać nastolatce serce. 

Film ten bywa różnie odbierany, jednak ja, z jakichś przyczyn, mam do niego sentyment. Poniekąd pewnie dlatego, że powstał na motywach świetnej powieści epistolarnej „Niebezpieczne związki” Pierre'a Choderlosa de Laclosa. Jednak w filmie znajdziemy jedynie nawiązania, a nie stricte adaptację filmową. 

Wykonana została ona jednak na niezłym poziomie, fabuła jest naprawdę wciągająca, a koniec – poruszający. Ten film naprawdę zachęca on do sięgnięcia po książkę de Laclosa, no i, co tu dużo mówić, wyróżnia się na tle innych ekranizacji książki – głównie tym, że nadal emitowany w telewizji jest po dwudziestej drugiej. 

„Park Jurajski” 


© 2012 - Universal Pictures
Jestem ciekawy, ile fanów filmu Spilberga z 1993 roku wie, że powstał on na podstawie powieści Michaela Crichtona. „Jurrasic Park” okazał się tak wielkim hitem kasowym, że zrobił karierę na całym świecie, a wytwórnia postanowiła nakręcić kolejne filmy z serii. Co więcej, wyspa z dinozaurami została dobrze oceniona przez krytyków i otrzymała aż trzy Oscary.

Na wyspie Isla Nublar, milioner postanowił stworzyć niesamowity i niepowtarzalny park rozrywki. Park na tak wysokim poziomie, że przyciągać miał turystów z całego świata. Cały sukces opierać miał się na niesamowitych atrakcjach – prawdziwych, żywych dinozaurach, które powstały w laboratoryjnych probówkach.

Wkrótce na wyspę zaproszony zostaje paleontolog Allan Grant i Ellie Sattler, prawnik Donald Gennaro oraz matematyk Ian Malcolm, którzy mają zająć się określeniem poziomu bezpieczeństwa na wyspie, w związku z niedawnym wypadkiem z udziałem jednego z dinozaurów. Nikt z ekspedycji nie spodziewa się jednak, że natury nie da się całkowicie kontrolować, a sytuacji tak bardzo wymknie się spod kontroli. Chociaż bowiem parkowe dinozaury powstały dzięki człowiekowi, są to zwierzęta o tych samych zachowaniach co przed milionami lat.

Film Spielberga to jedna z tych pozycji, które nie są dramatami ani komediami, a które za każdym razem oglądam z przyjemnością. Chociaż nie wiem, czy „przyjemność” to do końca dobre określenie, gdy w domu panuje całkowita ciemność, a na ekranie widać jedynie oko dinozaura.

W każdym razie, „Park Jurajski” to film ponadczasowy, który mówi o tym, jakie skutki może mieć nadmierna ingerencja człowieka w naturę. Pierwsze dwie części tej serii naprawdę trzymają poziom, „Park Jurajski III” też jeszcze jest niezły. Jednak „Jurrasic World” i uciekanie przed T-Rexem w szpilkach jest już ponad moje siły…

„Gwiazd naszych wina” 

Photo by James Bridges - © TM and © 2014 Twentieth Century Fox Film Corporation. All Rights Reserved. Not for Sale or Duplication.

Ta młodzieżowa pozycja była prawdopodobnie jednym z najchętniej oglądanych filmów w 2014 roku. Ja, choć nie jestem fanem wszystkich książek Greena, muszę przyznać, że zarówno ta książka, jak i film, były strzałem w dziesiątkę.

„Gwiazd naszych wina” to historia dwójki nastolatków, którzy zdecydowanie różnią się od swoich rówieśników – oboje cierpią na nowotwór. A poznają się w miejscu tylko dla nich dostępnym… podczas spotkania grupy wsparcia w piwnicach kościoła. Na początku nic nie wskazywało jednak na poważną relację pomiędzy nastolatkami, tym bardziej że oboje byli bardzo od siebie różni. Tymczasem okazało się, że nie tylko świetnie potrafią się dogadać podczas spotkań grupy, ale nawet mogą razem spędzać dobrze czas tylko w swoim towarzystwie. Jednak nad nastolatkami przez cały czas wisi widmo choroby…

Książka (i film) czasem jest wyśmiewana, czasem opisywana jako infantylna, ckliwa lub stereotypowa. Możliwe. Jednak nie łatwo nie wzruszyć się, podczas gdy dwójka chorych na raka młodych ludzi zaczyna się do siebie zbliżać. Jest to naprawdę ciekawy film, nie tylko dla młodzieży, który mówi o akceptacji samych siebie, podchodzenia do życia z dystansem oraz godzenia się z tym, co serwuje nam los. A to wszystko w wykonaniu pełnych pasji młodych aktorów i przy naprawdę dobrze dobranej ścieżce dźwiękowej. 

Wybrałem pięć pozycji filmowych, po które bez wahania sięgnąłbym w tym momencie. Z pewnością – wkrótce okaże się, że świetnych filmów na podstawie książek jest zdecydowanie więcej. Potwierdzą to pewnie pozostałe posty blogerów z grupy Śląskich Blogerów Książkowych, którzy także postanowili napisać dziś o swoich ulubionych ekranizacjach. I słusznie – bo choć literatura jest naszą główną domeną, nie powinniśmy pozostać zamknięci na inne wytwory kultury.

A wy? Macie jakieś ulubione ekranizacje?

LGBT, związki partnerskie czy wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne to tematy, które są ostatnio bardzo popularne – i wcale nie tylko na językach parlamentarzystów, ale także obywateli, którzy mają coraz większą świadomość na temat związków jednopłciowych. Na początku tego roku książkę „Raczej szczęśliwy niż nie” Adama Silvery wydało wydawnictwo Czwarta Strona.

Aaron od lat żył w swoim miasteczku wraz z rodzicami i starszym bratem. Jego życie było przynajmniej pozornie poukładane. Co prawda, w domu nigdy im się nie przelewało, jednak razem z bratem nie musiał głodować. W szkole wypadał zaś przeciętnie, bo choć było to ważne, to jeszcze ważniejsze było jego życie prywatne.

Aaron miał też dziewczynę – Genevieve, z którą znał się od lat. W ich związku – poprzedzonym dobrą relacją koleżeńską – nieźle się układało, podobnie zresztą jak w ich życiu…  Wszystko zmienia się, kiedy tata Aarona popełnia samobójstwo. Chociaż ojciec nigdy nie był wzorowym rodzicem, jest to prawdziwy wstrząs dla chłopaka i reszty rodziny. Zresztą – chłopcu trudno wymazać z pamięci widok wody w odcieniu szkarłatu. Bezwładnego ciała, które kiedyś oddychało, które dało mu życie. Mężczyzna podjął jednak taką decyzję, ponieważ powodował nim pewien impuls, bodziec, z którym mężczyzna nie mógł sobie poradzić. 

Teraz poradzić nie potrafi sobie rodzina – gdyż każdy jej członek pogrąża się we własnej żałobie. Aaron także przeżywa ciężkie chwile, jednocześnie podejmując niewłaściwe decyzje, które zagrażają jego zdrowiu. Z psychicznego dołka próbuje wyciągnąć go jego matka, a także Genevieve, jednak teraz nic nie jest już takie, jak przed tymi strasznymi wydarzeniami. 

Wkrótce Genevieve musi wyjechać na kilka tygodni, jej powrót zaplanowano zaś dopiero na jej urodziny. Chociaż początkowo pomysł nie zbyt podoba się Aaronowi, szybko okazuje się, że czas bez partnerki wcale nie musi być taki zły. Tym bardziej że Aaron poznaje nowego kolegę – Tomasa. Pomiędzy chłopcami pojawia się nić porozumienia. Okazuje się, że chociaż pochodzą z różnych części miasta i Thomas nie ma nic wspólnego z osiedlowymi chłopakami, których znał do tej pory Aaron, nastolatkowie świetnie się dogadują. 

Przyjaźń pomiędzy chłopcami sprawi, że w obu z nich dojdzie do wewnętrznej przemiany. Oboje w ciągu wspólnie spędzonych dni zrozumieją, że są innymi osobami, niż wydawało się do tej pory. Jednak Aaron nie będzie umiał sam zapomnieć o przeszłości. Pomóc zaś może mu Instytut Leteo. Ta decyzja spowoduje jednak, że chłopak zapomni nie tylko złe, ale także te dobre chwile.
To od Aarona i Thomasa zależy, jak pokierują swoim życiem. Jak się okaże,  nigdy nie można zaplanować go w stu procentach… 



W ostatnim czasie na rynku literatury pojawiło się naprawdę sporo powieści młodzieżowych, które poruszają problemy dotykające współczesnych nastolatków. Ostatecznie, ich jakość bywa różna, a wartości nie są przekazywane tak dobrze, jakbyśmy tego od nich oczekiwali. I choć „Raczej szczęśliwy niż nie” nie jest książką, od której szczególnie wiele wymagałem, to jednak tytuł naprawdę mnie rozczarował. 

Kiedy usłyszałem o książce Adama Silvery, byłem przekonany, że będzie to kolejna przynajmniej dobra pozycja na rynku wydawniczym, wszak o informacji o książce widziałem sporo zdjęć i materiałów promujących ten tytuł w social mediach. Niestety, w czasie jej lektury miałem ochotę włączyć telezakupy, żeby tylko znaleźć byle pretekst, by nie musieć czytać książki Silvery. Szkoda!
Losy głównego bohatera są naprawdę smutne, a sam pomysł na fabułę jest niebanalny. Co jednak z tego, gdy ogólne wykonanie pozostawia wiele do życzenia? 

Autor w swojej książce przedstawia dość zagubionego chłopca, który nie potrafi pogodzić się z rzeczywistością. Zamiast tego, postanawia zaklinać ją wszelkimi możliwymi sposobami, które nie mają jednak nic wspólnego z leczeniem. Chłopiec ewidentnie nie radzi sobie z samym sobą, nikt jednak nie potrafi mu pomóc. Nikt nie zauważa przemian, jakie się w nim dokonują. 

Kolejny z bohaterów wywołuje zaś całkiem inne emocje. Mowa o Thomasie – przyjacielu, a później także niejako kochanku Aarona. Thomas praktycznie do samego końca pozostaje bohaterem dość miałki, o nieciekawym charakterze i stylu bycia. Ostatecznie czytelnikom wydawać może się nawet, że kreacja bohatera jest niespójna, a jego zachowanie, jak chorągiewka, zmienia się według wahań nastroju – bohatera albo samego pisarza. 

Jednak podobnie wątpliwie udana jest kreacja głównego bohatera, który również nie należy do nazbyt zdecydowanych (i stabilnych) charakterów. Jeszcze bardziej dołujący jest bohater zbiorowy, czyli chłopacy z osiedlowego „trzepaka”, którymi otacza się Aaron. Dzieciaków tych przedstawiono bardzo stereotypowo, jako zbiorowisko skrajnie patologiczne. Prawdopodobnie był to zamierzony zabieg autora, ale tacy bohaterowie jako nieustane tło, powoduje efekt przejaskrawienia, a czytelnika może od tego wszystkiego zwyczajnie rozboleć głowa…! 

W tym tytule nie brakuje różnych motywów, więc oprócz patologicznego społeczeństwa szarych blokowisk, jednym z najważniejszych, przewodnich motywów powieści, jest orientacja seksualna i psychika Aarona. 

Jeżeli miałbym rozpatrywać tę powieść pod kątem powieści z zakresu literatury gejowskiej, to wypada ona bardzo słabo. Dlatego ja raczej powstrzymałbym się od określania książki Silvery w ten właśnie sposób. Fakt, jeden z najważniejszych wątków to LGBT, nie można mówić, że on nie istnieje, ale jest to tylko pretekst autora do tego, by miał on szansę poprowadzić fabułę na interesujące go tory. Rodząca się relacja pomiędzy chłopcami jest płytka, pozbawiona wyczucia i finezji. Nie brak jest potknięć – w pewnym momencie czytelnik dowiaduje się na przykład, że dziewięcioletni chłopiec, który wychowywany był w rodzinie o tradycyjnych wartościach i prawdopodobnie przy zachowaniu tematów tabu, jest w stanie w tak młodym wieku określić swoją orientację seksualną. Oczywiście, istnieje coś takiego jak faza homofilna, jednakże jest to coś innego niż stanowcze określenie swojej orientacji seksualnej… 

Temat akceptacji więc, choć ważny dla całej treści książki, nie został tak dobrze opisany, jak można by sobie tego życzyć. Bo choć on istnieje, a miłość Aarona przynosi pewne konsekwencje i zmiany, to mamy też mnóstwo innych wątków. Są to zresztą wątki, które z reguły się do siebie „nie kleją”.  Dlatego, dla przykładu, przez większą część książki w świecie przedstawionym robiąc krzywdę (innym, ale także i sobie) może osoba psychicznie chora, przy ogólnym społecznym przyzwoleniu. Cudo. 

„Raczej szczęśliwy niż nie” wydany został na początku tego roku przez Czwartą Stronę. Jest to kolejny tytuł literatury młodzieżowej, który opublikował ten poznański wydawca.

Za redakcję tytułu odpowiada Natalia Szczepkowska, natomiast korektą zajęła się Małgorzata Kryszkowska. Z języka angielskiego książkę przełożyła Sylwia Chojnacka. 

Projekt okładki na potrzeby polskiego wydania zaadaptowała Magda Bloch. Książka wydana została w oprawie miękkiej ze skrzydełkami. Na książkę składa się 400 stron. Cena detaliczna wynosi 36,90 zł. Książka dostępna jest także w wersji elektronicznej. 

Po lekturze książki Adama Silvery „Raczej szczęśliwy niż nie” byłem raczej nieszczęśliwy niż zadowolony. Niestety, ta książka kompletnie do mnie nie trafia i całkowicie nie rozumiem jej fenomenu. Znam zdecydowanie wiele innych książek, które są dla mnie ciekawsze i bardziej wartościowe niż „Raczej szczęśliwy niż nie”, a po następne książki tego autora z pewnością nie sięgnę w najbliższym czasie. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

Tytuł: "Raczej szczęśliwy niż nie"

Autor: Adam Silvera


Tłumacz:  Sylwia Chojnacka
 
Wydawca: Czwarta Strona


Rok wydania: 2018

Liczba stron: 400 [2]


ISBN: 978-83-7976-861-5


Liczba przyznanych gwiazdek: ★★☆☆☆

Bądź na bieżąco! Zaobserwuj oficjalny kanał na Facebooku: 

Aby skomentować artykuł anonimowo, należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".

Obecnie w Europie bardzo popularne są powieści napisane przez Skandynawów – to właśnie ich autorstwa poradniki czy kryminały niejednokrotnie królują na listach bestsellerów. Nic więc dziwnego, że moda na Północ przeniosła się także do literatury dziecięcej i młodzieżowej.

Skane to wyspa na Północy, oddzielona od pozostałych krajów morzem, która zawsze była dość specyficznym miejscem życia. Jej mieszkańcy, jak na wikingów przystało, nie mieli lekko i musieli walczyć o przetrwanie – nie tylko okiełznując faunę i florę na mroźniej wyspie, ale także broniąc się przed najeźdźcami. Nie zawsze się to udawało, dlatego ludność niejednokrotnie musiał uciekać i osiedlać się na nowych terenach, takich jak Skane.

Podobnie jak w wielu innych skandynawskich krajach, na wyspie wierzono w nordyckie bóstwa. Jednak co ważniejsze, w krainie tej szczególną uwagę poświęcało się przesądom, ich zignorowanie bowiem mogło przynieść karę.

W Skane należało także patrzeć w niebo. Jednak nie po to, by mieszkańcy mogli chodzić z głową w chmurach. Niebo należało obserwować, przez jego kolor bogini przekazywała swoje wskazówki i porady. Gdy niebo było zielone, oznaczało spokój i szczęście, a mieszkańcy mogli odetchnąć z ulgą, kolor niebieski przestrzegał Skańczyków przed zamiecią. Kolor czerwony natomiast miał stanowić sygnał, ostrzeżenie przed wielkim niebezpieczeństwem…

Na szczęście czerwone niebo nie pojawiało się zbyt często. Ostatni raz zajaśniało na czerwono siedemnaście lat temu – wtedy to na wyspę spadła kara, rozszalała się epidemia choroby, która odebrała życie wielu mieszkańców. Setki ludzi zostały zabranych przez zarazę, ostali się tylko nieliczni. Właśnie wtedy, w tym trudnym okresie urodziła się ona – Ósa.

Dziewczyna narodziła się w czasie epidemii, jej poród matka zaś przypłaciła życiem. Mimo że dziewczynka jakimś cudem ocalała i nie zachorowała zaraz po narodzeniu, to jej życie nie było usłane różami. W swoim krótki życiu dziewczyna ciągle odczuwa pretensje ze strony ojca i starszej siostry o to, że to właśnie to ona żyje, a nie jej matka. Ósa czuje się nieakceptowana, niezrozumiana, niekochana, choć nie wie, jak mogłaby zmienić swoją sytuację.

Po siedemnastu latach na niebie znów pojawia się czerwona zorza, a wśród ludzi nastaje panika. Po tak długim czasie spokoju, można było zapomnieć o historii pełnej śmierci i tragedii. Nieprzygotowani mieszkańcy Skane muszą zewrzeć szyki, by przeciwstawić się innemu narodowi, który chce przejąć ich ziemie.

Jednak armia wroga przewyższa liczebnością mieszkańców Skane – niejednokrotnie skłóconych, podzielonych w zamknięte i nieprzyjazne wobec siebie grupy. Jest jednak wyjście z tej sytuacji – pomoc bogini. Ktoś jednak najpierw musi do niej dotrzeć, by otrzymać wskazówki. To prawdopodobnie jedyny możliwy sposób na wygranie z góry przegranego starcia. Do tego trudnego zadania zgłasza się zaś nie kto inny jak Ósa. Dziewczyna będzie musiała stanąć oko w oko nie tylko z dziką florą lasów Skane, przeciw niej staną bowiem także jego mieszkańcy…

Czy siedemnastolatce uda się uratować wyspę – i jednocześnie udowodnić, że nie jest tak bezwartościowa, jak myśli o niej rodzina? Czego nauczy się podczas swojej misji Ósa? I czy ich bogini naprawdę istnieje?


„Gdzie niebo mieni się czerwienią” to baśń dla starszych dzieci – pełna przesądów, nordyckich motywów mitologicznych i z fantastyczną, pod względem gatunkowym, akcją. Czyli jest to książka, która posiada wszystkie te cechy sprawiające, że może spodobać się zarówno starszym, jak i młodszym czytelnikom.

Czytając opis książki, a także słysząc imię i nazwisko autorki tej powieści: Lisa Lueddecke, od razu na myśl przychodzi nam pisarz ze skandynawskim obywatelstem. Wikińskie klimaty to przecież domena Norwegów, Duńczyków czy Szwedów. A jednak, książkę w mroźnych klimatach nie napisała obywatelka żadnego z tych skandynawskich krajów. Ba, nawet nie z któregoś kraju Europy, a Amerykanka, która książkami zajmowała się do tej pory jako pracownik jednego z wydawnictw. A więc pewnie znająca także i trendy w literaturze…

Książka „Gdzie niebo mieni się czerwienią” to powieść, która idealnie wpasowuję się w termin fantasy. Serwuje nam ona wątki typowe dla młodzieżowej fantastyki, mimo tego wypada ona dobrze, a czytelnikom, którzy niekoniecznie lubią ten rodzaj powieści, powieść także powinna się spodobać. W to wszystko wpleciona zostają jednak nordyckie mity i wierzenia. Nie jestem ekspertem w dziedzinie skandynawskiej mitologii, w każdym razie, jestem pewien jednak, że autorce udało się stworzyć naprawdę ciekawy klimat.

W swojej młodzieżówce Lueddecke stworzyła zamknięte na innych, zabobonne społeczeństwo, całkowicie oderwane od rzeczywistości. Mocno wyczuwalna jest hermetyczność wyspy. Co mam przez to na myśli? Autorka nie tworzy kalki skandynawskich mitów, napisała powieść opartą na jej kanwie. Nie mamy szans więc przeczytać o typowych wikingach, jakich znamy z telewizji czy wystaw muzealnych. Mimo wszystko młodzi czytelnicy mają szansę choć w sposób pośledni poznać zarys mitycznego nordyckiego świata.

Warto przy tym jednak zauważyć, że styl pisania autorki może być dla niektórych czytelników niezbyt przyjazny. Nie chodzi o to, że Lueddecke posługuje się wieloma neologizmami czy odwrotnie – archaizmami. Zwyczajnie pióro Amerykanki jest dość specyficzne, żeby nie powiedzieć, że toporne. Takie odczucia towarzyszą czytelnikowi przynajmniej na początku, gdy ciężko jest jeszcze „wgryźć się” w całą historię. Warto jednak na początku nieco przecierpieć, gdyż później historia naprawdę może zainteresować!

Głównym motywem tej książki jest podróż Ósy przez, jak się okazuje, dość niebezpieczną wyspę Skane. Jednak gdy przyjrzymy się tej książce z innej perspektywy, możemy dojść do wniosku, że owym głównym motywem jest jednak, znany także z innych publikacji, motyw walki dobra ze złem. To właśnie walka o przetrwanie jest najważniejszym motywem książki. I choć nie brakuje oczywiście wątków pobocznych, jak ten związany z relacjami pomiędzy członkami rodziny, to nie przyćmiewają one tego najważniejszego.

„Gdzie niebo mieni się czerwienią” to książka, która swoją premierę miała w lutym bieżącego roku dzięki Wydawnictwu Zielona Sowa. Jest to książka, która wydana została z myślą o starszych czytelnikach, czyli według klasyfikacji wydawcy dla młodzieży „piętnaście plus”.

Za redakcję powieści odpowiedzialna jest Anna Włodarkiewicz, natomiast korektą zajęły się Dorota Jabłońska i Urszula Malewicka. Z języka angielskiego książkę przełożył Patryk Gołębiowski.

Polska wersja okładki powstała na podstawie okładki oryginalnej. Książka wygląda naprawdę przyzwoicie! „Gdzie niebo mieni się czerwienią” wydano w oprawie miękkiej ze skrzydełkami, a na książkę składa się około 350 stron. Książka Lueddecke dostępna jest także w wersji elektronicznej.

Porywająca fabuła, skandynawskie klimaty i główna bohaterka, której kibicujemy do samego końca, to najważniejsze zalety książki „Gdzie niebo mieni się czerwienią”. A przecież można byłoby wymieniać dalej…! I chociaż tak naprawdę nie jest to książka napisana przez Skandynawa, to nadal trzyma dobry poziom!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal. 

Tytuł: "Gdzie niebo mieni się czerwienią"

Autor: Lisa Lueddecke


Tłumacz:  Patryk Gołębiowski
 
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa


Rok wydania: 2018

Liczba stron: 349 [5]


ISBN: 978-83-8073-671-9


Liczba przyznanych gwiazdek: ★★★★☆

Bądź na bieżąco! Zaobserwuj oficjalny kanał na Facebooku: 

Aby skomentować artykuł anonimowo, należy wybrać "Zarejestruj się", a następnie "Wolę pisać jako gość".