Co ŚBKi chętnie znaleźliby pod choinką?


Święta Bożego Narodzenia to – dla mnie – naprawdę przyjemny czas. Chociaż często przed dwudziestym czwartym grudnia panuje dość napięta atmosfera, a przygotowania wydają się nas, domowników, przerastać, to jednak lubię te chwile. 

Jednak obok dwunastu świątecznych potraw, pasterki i sianka pod obrusem, wraz ze świętami zawsze pojawiają się… upominki! Często liczy się miły gest, a nie sam podarunek. A co konkretnie mógłbym chcieć dostać pod drzewkiem ze światełkami? Czy dla blogera piszącego o kulturze, mola książkowego, może istnieć lepszy prezent niż dobra powieść? 

1.    Pobawmy się pieczątkami, czyli exlibris i stempelki notesowe 

No tak, być może nie jest to prezent, który niesamowicie zaskakuje. Nigdy przecież nie ukrywałem faktu, że: a) korzystam z notesów podczas pisania; b) mam mnóstwo książek, więc fajnie byłoby mieć swój exlibris. Szkoda tylko, że do tej pory nie potrafię zmotywować się, by zamówić odpowiednie stemple.


Mój wymarzony exlibris? Właściwie, to nie mam konkretnego pomysłu na projekt mojej pieczęci na książkach. Jestem pewien jednak, że taki prezent naprawdę bardzo by mnie ucieszył. Niezwykle podobają mi się także te „gotowe” exlibrisy – tworzone np. przez Książkę w Mieście – a jednak, wydają mi się one jedynie przedsmakiem tego, co oferuje prawdziwy exlibris. Bo przecież te pieczęci mają przedstawiać właściciela, powinny więc być jedyne i niepowtarzalne! Co powinno znaleźć się na moim? Obowiązkowo książki i kawa. Dużo kawy. I książek też. 
 
Stemple do notesów to już właściwie taki gadżecik, a nie pieczęcie do stałego użytku. A jednak – kręci mnie na przykład datownik dla swoich notatek, w postaci pieczątki, czy też inne stempelki, które mają już gotowe formularze. I choć moim notesom i notatkom daleko do tych, które prezentują właściciele Bullet Jurnalów, to coś takiego byłoby u mnie na serio trafionym prezentem.

2.    Prawie jak w filmie – notesy Mead „Composition Book”

Kolejny z niby przyziemnych prezentów, ale jednak, do tej pory nie mogę zabrać się za zakup sobie tego… no właśnie, notesu! Skoro były już stempelki do notesów, to teraz czas na sam notes.

Zdjęcie producenta.
Co do tego – jest to notes firmy Mead, pełna nazwa tej linii notesów, czy też właściwie zeszytów, to „Composition Book”. Nie wiem, czy kojarzycie notesy i zeszyty, na których szatę graficzną składa się głównie wzór w coś na wzór pipetki. „Composition Book” to bardzo popularne, głównie w Stanach zeszyty, a ja od małego mam do nich słabość. Choć jeszcze nigdy nie miałem okazji w nich pisać.

Dlaczego akurat te notesy, które, szczerze mówiąc, nie wydają się nawet szczególnie ładne? Z tymi zeszytami wiąże się fakt, że w dzieciństwie miałem okazję zobaczyć film familijny z 1996 roku – „Harriet the Spy”. Być może wielu z Was kojarzy go z dziewczyną, której szafa pełna była zeszytów pełnych zapisek. Te zeszyty to właśnie notesy podobne do tych od Meadu. I od momentu zobaczenia tego filmu, mam dziką ochotę zamówić sobie ten notes za pięć dolarów za sztukę.

3.    „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, czyli kurs języka szwedzkiego 

Ten prezent to jeden z tych nietypowych, których fizycznie raczej nie można podłożyć pod choinkę. Od paru dobrych lat naprawdę kręcą mnie klimaty Skandynawii – miałem z resztą okazję być już w Finlandii i Danii. Kolejnym miejscem, które w przyszłości chcę odwiedzić, jest Szwecja.

Jyvaskyla (Finlandia) marcową porą.
Na razie zostaje mi jednak czytanie o Szwecji, kupowanie „szwedzkich” produktów (patrz: punkt piąty tej listy) i wręcz maniakalną obserwację wszystkich skandynawskich blogów. Do tej listy z chęcią dodałbym naukę języka szwedzkiego. Być może potrafiłbym nauczyć się go sam, z pomocą podręczników i e-kursów, myślę jednak, że byłoby to zdecydowanie trudniejsze, chociażby z tego względu, że z językami germańskimi nie miałem praktycznie nigdy do czynienia. Do tej pory uczyłem się jedynie angielskiego i francuskiego, które ze szwedzką wymową nie mają zbyt wiele wspólnego.

Nauka języków skandynawskich to jedno z tych marzeń, które pragnę, prędzej czy później, zrealizować. A na ten moment pozostaje mi oglądać skandynawskie seriale na Netflixie wraz z napisami. Swoją drogą, ostatnio pochłonął mnie serial „Ófærð” (ang. „Trapped”) – naprawdę musicie go zobaczyć!

4.    Dysk zewnętrzny i projektor, czyli nowe technologie zawsze na czasie

No dobrze, ten prezent może nie jest tak imponujący, jak nauka szwedzkiego, ale… nie ukrywajmy, że jako bloger mam wiele różnych potrzeb. Także tych związanych z nową technologią.
 
Autor fot.: Takeshi Kuboki
licencja CC-by-2.0
Dysk zewnętrzny to chyba jedna z podstawowych rzeczy, która przydatna jest w mojej „branży”. Aktualnie naprawdę wiele plików trzymam na dysku komputera, nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby ten nagle zastrajkował i nie chciał odpalić danych z dysku C i D. Jak na sobotni poranek, jest to zbyt przerażająca wizja. A jeden kubek kawy to za mało.

W każdym razie, dysk zewnętrzny, na którym mógłbym zapisywać wszystkie moje zdjęcia, które tworzę na potrzeby bloga (i nie tylko) oraz pliki tekstowe z notkami blogowymi, byłoby dla mnie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. I bardzo proszę nie proponować wrzucanie plików na chmurę – wiadomo, jak to z chmurami bywa, raz są, a raz ich nie ma. A ja wolę mieć wszystko pod ręką, niezależnie, czy jestem podłączony do sieci, czy działam offline, jadąc pociągiem.

Spotkanie, które prowadziłem podczas
ostatnich ŚTK.
W tym punkcie wymieniłem też projektor. Ten gadżety jest już trochę bardziej narzędziem, które połączyłoby miłe z pożytecznym. Po pierwsze: projektor zawsze będzie potrzebny, gdy jeżdżę do szkół czy innych instytucji i prowadzę spotkania oraz wykłady. Co prawda, cena projektor nie jest zbyt niska, ale cóż, niezależność kosztuje! Rzutnik wykorzystywałbym (chyba nawet częściej) także do… oglądania seriali z Netflixa. Duży obraz z projektora równa się więcej skandynawskich seriali. Nie wiem jednak, czy dobrze odbiłoby się to na regularności pojawiania się notek na blogu!

5.    I ostatnie – tak duży prezent, dosłownie, że nie zmieści się pod choinką. Drodzy państwo, bloger potrzebuje fotela z IKEI 

Okej, tylko się nie śmiejcie. Mówiłem, nie śmiać się, proszę. Zdaję sobie sprawę z tego, że to się raczej pod choinką nie zmieści. Ewentualnie pod jakąś dużą palmą. No ale musiałem; uznajcie ten fotel za dodatek do tej listy. Szalenie wygodny dodatek.

Zdjęcie producenta.
Chodzi o to, że gdy oglądam sobie wiele zdjęć na blogach, Instagramie i Facebooku, często pojawia się tam on – ten cudny fotel z Ikei, którego nazwę zna chyba każdy książkoholik – „Strandmon”. Sami spójrzcie na niego, czy od samego patrzenia nie czujecie, jak dobrze by Wam się w nim czytało mrożący krew w żyłach kryminał albo świetną, lekką obyczajówkę? No proszę, niech rzuci kamieniem pierwszy ten, kto był w sklepie IKEA i nie klapnął na „Strandmona” i gdy wychodził ze sklepu bez niego, pełen był niespełnionych przygód z Najwygodniejszym Dla Czytelnika Fotelem.

Przy obecnie trwającym remoncie mieszkania, prawdopodobnie nie odpuściłbym, i zamówiłbym do siebie tego jegomościa. Mam jednak jeden problem – „Strandmon” jest tak duży, że w żadnym miejscu zwyczajnie by się nie zmieścił. Cierpię na chroniczny brak przestrzeni, pozostało mi więc kupić sobie tylko w ikeowskim bufecie namiastkę Szwecji – modne ostatnio kanelbulle, czyli cynamonowe bułeczki…


Ten post to tak naprawdę post o prezentach-marzeniach. O rzeczach, o których od pewnego czasu myślę, które wydają mi się naprawdę niezłe, choć nie czuję pilnej potrzeby, by wydać na nie swoje ostatnie grosiki z portmonetki. Ten post to także wpis tematyczny, który stworzyłem dlatego, że od paru lat należę do grupy Śląskich Blogerów Książkowych. Na wielu blogach moich znajomych blogerów z ŚBK pojawi się podobny, przedświąteczny post podchoinkowych marzeniach.

Mam nadzieję, że i Was parę pozycji w tym nietypowym wpisie zainteresowało i – kto wie – może znaleźliście pomysł „na ostatnią chwilę” dla kogoś, kogo chcecie uszczęśliwić!
Nowszewpisy Starszewpisy Strona główna