Recenzja książki „W bagnie”. Typowe islandzkie śledztwo.


Kryminały stworzone przez Skandynawów przez wielu czytelników doceniane są za mroczny klimat i brutalną fabułę, której nie znajdzie się w wielu innych popularnych powieściach autorstwa na przykład amerykańskich pisarzy. „W bagnie” to kolejna książka, która do Polski dotarła z odległej północy – tym razem prosto z Islandii.

„W bagnie” jest pierwszą książką Arnaldura Indriðasona, która wydana została w polskim przekładzie. Rozpoczyna ona w Polsce serię o inspektorze Erlendurze Sveinssonie, policjancie ze stołecznego wydziału dochodzeniowego w Reykjaviku.

Sveinsson zostaje wezwany do sutereny jednej z kamienic, w której znaleziono ciało siedemdziesięcioletniego mężczyzny. Denat – niejaki Holberg – od dawna nie pokazywał się sąsiadom, prowadząc spokojne życie. Staruszek nikomu nie przeszkadzał, samotnie spędzając ostatnie lata przed telewizorem.

Dlatego szczególnie dziwny jest sposób, w jaki zginął mężczyzna. Śmierć nastąpiła na skutek obrażeń po uderzeniu w głowę za pomocą ciężkiej popielniczki. Drzwi do jego domu zostały otwarte, stolik wywrócony do góry nogami, a w pobliżu ciała znaleziono kartkę zawierającą jedno tajemnicze zdanie: „Ja to on”.

W tej zbrodni nic do siebie nie pasuje i islandzki inspektor doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Przede wszystkim policjanci wykluczają motyw rabunkowy. Przeszłość Holberga przynajmniej początkowo także nie budzi zastrzeżeń, a sąsiedzi w momencie zdarzenia nie widzieli w okolicy niczego podejrzanego. Ze względu na znalezioną kartkę, odpada także pomysł ze śmiertelnym wypadkiem staruszka.

Mimo tego, sprawa śmierci mężczyzny wygląda na taką, która szybko trafi do archiwum jako umorzona. Problem w tym, że inspektor Erlendur nie pozwoli tak łatwo sprawcy uciec od odpowiedzialności. Nawet gdyby policjant miał wcześniej przegrzebać wszystkie podobne sprawy.
Jednak śmierć starego Islandczyka ma podwójne dno, a nowa sprawa zaskoczy nawet tak doświadczonego policjanta, jak inspektora Sveinssona. Policjant zacznie drążyć, a kolejne odkrycia zaczną wciągać go w bagno niechlubnej przeszłości mieszkańców jego kraju.


Po wielkim sukcesie pisarzy takich jak Jo Nesbø, czy Camilla Läckberg, skandynawscy twórcy mają ogromny problem, by przekonać czytelników i recenzentów, że niesłusznie przypisywana jest im ogólna łatka pisarzy tworzących książki w podobnym typie i zgodnie ze wzorcami rozpowszechnionymi przez bardziej znanych kolegów po fachu. Książka Arnaldura Indriðasona to powieść, która, choć niewątpliwie idealnie wpisuje się w nurt skandynawskich kryminałów, posiada wiele własnych, indywidualnych detali.

Zanim zabierzemy się do lektury książki „W bagnie”, która w Polsce stanowi tom 1 cyklu o Erlendurze Sveinssonie, należy wiedzieć, że tak naprawdę nie była to pierwsza z części w oryginale. Polski wydawca zdecydował się wydać tak naprawdę tom 3, pomijając dwa poprzednie. I chociaż książkę z powodzeniem można przeczytać bez znajomości poprzednich tomów, to jak się okazuje, ma to jednak konsekwencje przy odkrywaniu dalszych losów bohatera.

Brak znajomości historii bohaterów z części pierwszej (oryginalny tytuł: „Synir Duftsins”) i drugiej (w oryginale: „Dauðarósir”) daje się we znaki wtedy, gdy na kartach powieści dochodzi do konfrontacji bohaterów – policjanta z własną rodziną. Okazuje się bowiem, że Indriðason postanowił stworzyć dość mocne i charakterystyczne postaci, które nie są wolne od wad. „W bagnie” zachęca czytelnika do rozpoczęcia psychologicznej analizy bohaterów, co nie jest do końca możliwe, gdy nie znamy ich przeszłości.

Chociaż w wielu przypadkach możemy domyślić się, jak trudna historia kryje się za bohaterami, to przeważnie nie ma szans, by sprawdzić, czy faktycznie mieliśmy rację. Autor pokazuje bowiem szczególną relację między ojcem a córką, relację nie do końca prawidłową i „zdrową”, jednak zdecydowanie realną; taką, która często zdarza się w prawdziwym świecie.

To powoduje, że książka Arnaldura Indriðason jest brutalna przez swój realizm wobec otaczającej nas rzeczywistości. A właściwie, rzeczywistości Reykjaviku z 2001 roku, która, jak się okazuje, nieznacznie różni się od wielu życiowych historii Polaków z 2019 roku.

Indriðason tworzy w swojej książce misterną, kryminalną układankę, która łączy fakty przeszłości i teraźniejszości. O ile jednak poszczególne elementy fabuły i dochodzenie do tego, dlaczego starszy pan musiał umrzeć, jest dla czytelnika ciekawe, o tyle sama tożsamość zabójcy szybko staje się dla czytelnika oczywista.

Chociaż bohaterom książki jednak trochę to zajmuje, to czytelnik łatwo może odgadnąć motyw i ewentualnego sprawcę morderstwa, choć personalia mordercy przez cały czas pozostają tajemnicą. Na plus zaliczyć jednak trzeba to, że praktycznie dopiero wraz z finałem sprawy dowiadujemy się o sposobności mordercy.

Tytuł „W bagnie” jak najbardziej pasuje do treści tej książki – czytając ją, ma się wrażenie, że otacza nas zaduch stolicy Islandii. Siekący, zimny północny deszcz, zwały śniegu i odór starych kamienic – autorowi książki idealnie udało się przekazać atmosferę miejsca, które opisuje, w tak rzeczywisty sposób, że podczas lektury gęsia skórka sama pojawia się na naszych ramionach.

Chociaż książka „W bagnie” wydana została już jakiś czas temu nakładem Wydawnictwa W.A.B., to nadal można dostać ją w wielu księgarniach. Jedną z nich jest sieć tanich księgarń Tak Czytam, od której otrzymałem egzemplarz książki do recenzji.

„W bagnie” jest mrocznym kryminałem, który niewątpliwie spodoba się wszystkim tym, których oprócz rozlewu krwi, interesuje jeszcze coś jeszcze – poznanie społeczności, motywacji sprawcy i dogłębne poznanie głównych postaci. Chociaż łatwo jest wytypować sprawcę i jego motywację, to książka nadal jest ciekawą lekturą, która sprawdzi się podczas jesiennych, chłodnych wieczorów.

Tytuł do recenzji otrzymałem dzięki sieci księgarń Tak Czytam.
Nowszewpisy Starszewpisy Strona główna