Recenzja książki „Pod powierzchnią”. Kryminalne zagadki z klaunem w roli głównej

Pod powierzchnią książka

Adaptacje filmowe stworzone na podstawie książek są standardem. Coraz częściej spotykamy jednak zabiegi odwrotne, inspiracje produkcją filmową, które stanowią przyczynek do stworzenia książki. Tak też jest z powieścią „Pod powierzchnią” autorstwa Anny Dembowskiej, która powstała dzięki serialowi o tym samym tytule. 

W książce „Pod powierzchnią” poznajemy historię zaginionego chłopca, Maksa Gajewskiego. Kilkuletni chłopiec w czasie jednej z niedziel wybrał się wraz ze swoją matką na festyn, gdzie – w powszechnym harmidrze – szybko traci się z oczu rodzicielce. Kobieta wpada w panikę, wraz z organizatorami imprezy rozpoczyna poszukiwania syna. Kiedy to nie zdaje rezultatu, na miejsce zostaje wezwana policja. Psy tropiące trafiają zaś jedynie na porzucone rzeczy, w które ubrany był malec.

Na miejsce wezwana zostaje komisarz Maria Byszewska. Ceniona policjantka, która jednak ma za sobą trudną przeszłość. Na dodatek kobieta nie potrafi poradzić sobie z własnym, dorosłym już synem, a w pracy zdominowanej przez mężczyzny, codziennie musi udowadniać swoje kompetencje. I przypominać, że niejednokrotnie jest lepsza od nich.

Byszewska zrobi wszystko, by odnaleźć chłopca. Jednocześnie jednak w pamięci będzie miała ciągle niezamkniętą – w jej mniemaniu – sprawę gwałciciela. Sprawę, którą jej przełożeni usilnie będą chcieli zakończyć.

Niebawem bez śladu znika kolejny chłopiec, a informacje o tym zdarzeniu szybko trafiają do mediów. Czy za zaginięciami małych chłopców stoi seryjny porywacz? I jaki cel mają jego działania?

Na Byszewskiej spoczywać będzie cała odpowiedzialność, a presja ze strony społeczeństwa będzie coraz większa. Tymczasem w paradę wejdzie jej arogancki, szukający poklasku detektyw, a świadkowie zaczną szukać pomocy u… wróżek.

Komisarz będzie musiała zrobić wszystko, by rozwiązać swoją sprawę. Tymczasem przeszłość komisarz da o sobie znać. Wszystko to, co ukryte jest pod powierzchnią, kiedyś ujrzy bowiem światło dzienne.

Pod powierzchnią książka

Większość kryminałów publikowanych współcześnie opartych jest na podobnych schematach, a jedynie sposób ich stworzenia, indywidualny styl autora, sprawiają, że czytelnik ma ochotę poznać w całości przedstawianą historię i uznać ją za ciekawą. Choć wspomniana „ciekawość powieści” jest pojęciem abstrakcyjnym i z całą pewnością indywidualnym dla każdego odbiorcy, to jednocześnie – dość istotnym i kluczowym w ostatecznej ocenie.

Właśnie po stylu poznamy dobrze napisaną powieść, którą będzie chciało się czytać od samego początku aż do końca. To właśnie od sposobu narracji zależy, czy konkretny tytuł obroni się w oczach czytelników. Niestety, nad „Pod powierzchnią” w tym zakresie trzeba byłoby jednak jeszcze mocno popracować.
Co jest nie tak? Głównie trudny dla zwykłego czytelnika, a przypominający skrypt scenariusza język powieści, który odrzuca, zamiast zachęcać do czytania. Dość topornie brzmiące dialogi i sztampowe kwestie wypowiadane przez wyraziste postaci stanowią największy problem tej książki. Przez zastosowanie właściwego scenarzystom języka, w powieści zgubiła się emocjonalność i wiarygodność, tworząc czasem groteskowe i sztuczne sceny. Do tego należy dodać także fakt, że w narracji mieszane zostają czasy – teraźniejszy z przeszłym, a także pojawiają się powszechne błędy, takie jak nazywanie zajmującej stanowisko sędziego kobiety sędziną.

– Już żałuję, że cię zabrałam – stwierdziła Maria. – Słyszysz, co ty chrzanisz?
– Szczery jestem. [...]
– Nie powinieneś być policjantem – stwierdza Maria.


Powyższe przekłada się na samą fabułę, która – nie mamy się co oszukiwać – nie jest szczególnie wyróżniająca się na tle innych kryminałów czy powieści grozy. Główna bohaterka to skrywająca sekrety policjantka, a najważniejszym problemem (teoretycznie) jest zaginięcie małego chłopca, który porwany zostaje przez mężczyznę w stroju klauna.

Oczywiście, autorka z każdym kolejnym rozdziałem dokładka zagadek i tajemniczych zbiegów okoliczności. Nie zmienia to jednak faktu, że chociaż fabuła zaczyna się plątać, Byszewska musi zajmować się swoimi pierwotnymi sprawami. Mnogość wątków nie jest też równoznaczna z tym, że książka staje bardziej enigmatyczna czy frapująca.

„Pod powierzchnią” nie jest powieścią, która czytelnika zaszokuje – ani w kwestii fabularnej, ani w kwestii językowej. Jednocześnie należy pamiętać, że książka inspirowana serialem stacji TVN może stanowić niejako dopełnienie serialu emitowanego na ich antenie i może stanowić dobry pomysł na lekturę dla fanów produkcji.

Decyzję, czy warto przeczytać tę książkę, pozostawiam więc każdemu potencjalnemu czytelnikowi. W mojej ocenie tytuł ten naprawdę niewiele nowego wnosi do historii z serialu „Pod powierzchnią”, a jednocześnie – nie jest na tyle zdumiewającą czy nietuzinkową powieścią, by bez żadnego „ale” móc ją polecić.